Nie potrafią grać w osłabieniu. Nawet nie próbują

Czerwona kartka i konieczność gry bez jednego zawodnika to część futbolu. Wszystkim się to zdarza co jakiś czas, gra w osłabieniu utrudnia zadanie, ale nie pozbawia szans na zwycięstwo, na strzelanie bramek. Jest tylko jedna drużyna, która po czymś takim przestaje grać w piłkę, trwożliwie wycofuje się w komplecie na pole karne, by ograniczać się do przeszkadzania przeciwnikowi, bezładnego wybijania piłki. To Lech Poznań. W środę postąpił tak znów.

Nie było wątpliwości, że mecz Lecha w Częstochowie będzie mieć duże znaczenie dla układu tabeli na koniec rozgrywek. W poprzednim sezonie o mistrzostwie kraju zadecydował jeden punkt przewagi Kolejorza nad Rakowem. Gdyby oba zespoły dorobek miały identyczny, tytuł zdobyłby lepszy w bezpośredniej rywalizacji Raków. Dlatego ważne jest zdobywanie punktów w spotkaniach przeciwko głównym przeciwnikom. Lech był bardzo bliski ustawienia się w korzystnej sytuacji.

Koniec pierwszej połowy spotkania i początek drugiej, gdy goście umiejętnie zdobywali teren, wydostając się spod pressingu i stwarzając zagrożenie pod bramką rywala, dawał nadzieję, nawet niemal pewność na wywiezienie punktów z trudnego terenu. W sekundę wszystko się posypało. Nieszczęśliwa interwencja Palmy nie tylko wyrządziła krzywdę Arseniciowi, który prawdopodobnie nieprędko wróci na boisko, ale i osłabiło Lecha. Natychmiast porzucił myśl o kontynuowaniu gry w piłkę.

Zjawisko to jest zdumiewające, bo ci sami zawodnicy, którzy panowali nad wydarzeniami, mieli wszystko w swoich rękach, zachowywali się jakby nagle stracili zasilanie. Zwyczajnie się poddali. Przewaga Rakowa stała się gigantyczna, ale nie dlatego, że nagle zaczął grać świetnie. Miał przed sobą przeciwnika nastawionego na przyjmowanie ciosów. Mimo totalnej dominacji gospodarze wcale nie musieli strzelać bramek, tej drużynie dużo brakuje do najlepszych jej czasów.

Mieli ułatwione zadanie, bo w Lechu zawsze w takich sytuacjach znajdzie się ktoś podający rywalowi pomocną dłoń. Tym razem był to Douglas. We wcześniejszych akcjach też nie fatygował się z interwencjami, niemal doprowadzając do straty gola. Powtórzył to w najgorszym momencie, a potem jeszcze dał Marciniakowi powód do podyktowania „jedenastki”. Jeden piłkarz, dwa szybkie, tragiczne błędy, strata dwóch punktów, a być może i czegoś więcej na koniec sezonu.

Możemy być pewni, że Szweda długo nie zobaczymy na boisku. Podobnie było po wcześniejszych jego pomyłkach, gdy trener odstawiał go od gry. Nauka widać poszła w las. To dziwne, bo niektóre akcje tego obrońcy były pierwszorzędne, zwłaszcza w ofensywie, gdy swobodnie zdobywał teren, trafił nawet do bramki, ale gola pozbawił go łamiący przepisy Ouma. Nie ma znaczenia, czy teraz do gry wejdzie Mateusz Skrzypczak, czy ktoś inny. Do żadnego obrońcy Lecha, może z wyjątkiem Milicia, nie wolno mieć zaufania. Każdy ma na drugie imię „nieodpowiedzialność”.

Lech bronił się całą drużyną do końca meczu, ledwo kilka razy przekroczył linię bramkową, ale i tak mógł zdobyć gola, po wrzuceniu piłki z autu do Skrzypczaka. Szkoda, że tak rzadko zdobywał się na takie próby. Trener nie wiedzieć czemu zdjął z boiska Ishaka, wprowadził na nie Agnero. Być może liczył na szybkość nowego napastnika, na kontrataki w jego wykonaniu. Srogo się zawiódł. Korzyści z Iworyjczyka było tyle samo, co z innego zmiennika – Fiabemy, który po prostu zaliczył występ, czyli zrealizował jedyne swe zadanie. Postawa Agnero budzi niepokój. Na razie nie sprawia wrażenia piłkarza wartego ponad 2 miliony euro.

Udostępnij:

Podobne

Podwójna rywalizacja z GKS Katowice

Ponad 30 tysięcy kibiców przyjdzie w niedzielę na Bułgarską, by obejrzeć ważny i ciekawie się zapowiadający mecz Lecha z GKS Katowice. To nie będzie jedyny