Mistrzostwo albo klęska

Przed startem rundy wiosennej Lech był zdecydowanym faworytem do końcowego triumfu. Wskazywała też na to ligowa tabela, jednak w niej – jak to nieraz bywa – sytuacja szybko diametralnie się zmieniła. Drużyna Nielsa Frederiksena nie rywalizuje na żadnym innym polu. Z Pucharu Polski odpadła przy pierwszej możliwej okazji, a miejsca w europejskich pucharach nie wywalczył Mariusz Rumak. W przypadku braku podniesienia trofeum na koniec maja ten sezon będzie całkowitą porażką i wyczerpaniem cierpliwości wielu kibiców.

A wszystko było już tak dobrze 

Wiele osób nie może uwierzyć, jaką metamorfozę przeszła ta drużyna podczas przerwy zimowej. Nagle wiele elementów przestało funkcjonować, pojawiły się niespodziewane problemy i zbyt duża liczba potknięć nawet ze słabszymi przeciwnikami. Jesienią Lech zachwycał przygotowaniem fizycznym do meczu. Imponujące było, jak potrafił przycisnąć przeciwnika i nie dać mu nawet centymetra swobody. Deklasował go przebiegniętymi kilometrami, intensywnością i jakością piłkarską. Bezdyskusyjnie żadna inna drużyna nawet nie zbliżyła się wtedy do takiego poziomu. Wydawało się, że na wiosna przyniesie tylko spokojny marsz do odebrania w maju złotych medali. 

Nagle coś się kompletnie odmieniło. Patrząc na obecnego Kolejorza coraz bardziej logicznym pomysłem jest szukanie przyczyny całego zła w zimowych przygotowaniach i w obozie w Turcji. Czy to właśnie wtedy nie zostały popełnione błędy przez sztab szkoleniowy, które rzutują na obecną dyspozycję drużyny? Trenerowi nie zabrano żadnego ważnego zawodnika, a wręcz na dodatek dostał kilku nowych.

Problem jest widoczny, a spadek formy poszczególnych zawodników ewidentny. Zawsze można to zrzucić na każdego z nich, tylko jeśli praktycznie każdy Lechita gra na wiosnę słabiej niż wcześniej to sprawa musi mieć głębsze podłoże. Antoni Kozubal nie przypomina zdolnego młodzieżowca ocierającego się o powołanie do reprezentacji. Alex Douglas nie jest już obrońcą, który z hukiem wszedł do drużyny i od razu stał się pewnym filarem defensywy. Joel Pereira nie jest sobą i przegrywa rywalizację z wypożyczonym Rasmusem Carstensenem. Afonso Sousa nie porywa już tłumów swoją efektowną i efektywną grą. Nawet Mikael Ishak na wiosnę jest wyjątkowo nieskuteczny. Tak naprawdę tylko Bartosz Mrozek prezentuje stabilną, wysoką formę. Tylko do jego postawy nie można się przyczepić.

Słabsza dyspozycja indywidualna lechitów oczywiście przekuwa się na funkcjonowanie całej drużyny. Gdzie podziała się rozpędzona maszyna z jesiennych meczów z Jagiellonią czy Legią? Tego nie wie chyba nikt, włącznie z samym Nielsen Frederiksenem. Teraz jego drużyna pomaga w walce o utrzymanie Lechii Gdańsk i Śląskowi Wrocław. Pokazuje, że z wiosennym Lechem może wygrać każdy. Widzą to również następni przeciwnicy. Czego ma się bać Korona Kielce czy Motor Lublin, widząc, jak łatwo i skutecznie można przeciwstawić się dawnemu faworytowi do mistrzostwa.

Żeby zainkasować z Kolejorzem trzy punktem wystarczy tylko strzelić pierwszego gola w meczu. Wtedy ta drużyna sypie się jak domek z kart. Jako jedyna w lidze nigdy nie jest w stanie odrobić strat. Kibice, gdy widzą 1:0 dla przeciwnika, mogą już wyłączać telewizor. Wiadomo, że Lech będzie walczył, próbował, a i tak nic z tego nie wyjdzie. Taka postawa drużyny idącej po mistrzostwo jest niedopuszczalna. To jest też obciążenie dla Nielsa Frederiksena. Nie potrafi on pozbierać swoich piłkarzy, zaszczepić w nich wiary, że jeszcze nie wszystko jest stracone. Nie przeprowadza odpowiednich zmian. Gdy idzie tak, jak powinno, to rezerwowi mają dobrą okazję, by się pokazać i jeszcze dobić przeciwnika. Gdy mecz się nie układa, nie ma różnicy, czy Walemark zmieni Gholizadeha, czy kolejną szansę dostanie Fiabema. Efekt będzie ten sam.

Osiem porażek po 26 meczach to też nie jest zdecydowanie wynik na miarę kandydata na mistrza. Dla porównania w ostatnim sezonie mistrzowskim za Macieja Skorży przez całe rozgrywki było ich zaledwie cztery. To właśnie ten trener jest jedynym sposobem na sukces. Jeśli jego nie ma, to i tak niezależnie, jaką nową strategię wymyślą władze klubu, to i tak finalnie coś pójdzie nie tak, jak powinno. Czy trener z Holandii czy z Danii, to i tak na koniec wyjedzie z Poznania jako przegrany, a według zapewnień jego następca to już będzie to brakujące ogniwo. A wtedy na przekór wszystkim historia udowadnia, że lubi się powtarzać.

Mistrz oddala się od Poznania 

Przed rozpoczęciem rundy wiosennej według niemal wszystkich wyliczeń i opinii ekspertów Lech był zdecydowanym faworytem do mistrzostwa. Wydawało się niemal niemożliwe, że coś lub ktoś mógłby w tym przeszkodzić. Często padało nawet zdanie, że tego nawet nie ma z kim przegrać. Jak widać, rzeczywistość szybko to zweryfikowała. Mogło to też pokazać, że nie warto zbyt szybko wydawać wyroków, jednak na ten moment wszystko wskazuje na to, że na szczyt wróci Raków Częstochowa. Z bezpieczną przewagą wyprzedza całą stawkę i nie wygląda na to, by miał zacząć nagle seryjnie tracić punkty.

Marek Papszun wreszcie dotarł do swojej drużyny i znów zrobił z niej bezwzględną maszynę, jak podczas pierwszej kadencji zwieńczonej pierwszym w historii klubu mistrzostwem Polski. Jego zespół zdecydowanie nie prezentuje widowiskowego futbolu z dużą liczbą pięknych akcji i goli. To jest dokładnie ta piłka, co wcześniej. Opanowane do perfekcji schematy, zabijanie meczu i wykorzystywanie większości przy niezwykle szczelnej i dobrze funkcjonującej defensywie. Raków ma już serię pięciu zwycięstw z rzędu i nawet jeśli jeszcze się potknie, to wątpliwe jest, żeby zrobił to tak wiele razy, by Lech był w stanie go wyprzedzić.

Nawet jeśli klub z Częstochowy zaliczy jakąś spektakularną wywrotkę, to i tak za jego plecami jest jeszcze Jagiellonia. Potrafiła połączyć rywalizację w europejskich pucharach z dobrym punktowaniem w Ekstraklasie i nawet przy znacznie większej liczbie spotkań prezentuje się lepiej od obecnego Lecha. Pokazało to nawet ostatnie starcie w Białymstoku, w którym piłkarze Adriana Siemieńca kilka dni po kluczowym starciu w Belgii pokazali piłkarską dominację nad wypoczętym Kolejorzem. Uczestnik Ligi Konferencji sprawia na tyle dobre wrażenie, że Niels Frederiksen raczej nie zdobędzie nawet wicemistrzostwa.

Mistrzostwo bardzo się oddaliło, a tylko one mogło zapewnić zaliczenie sezonu do udanych. Jagiellonia ma Superpuchar i przynajmniej ćwierćfinał Ligi Konferencji. Legia najprawdopodobniej w pierwszych dniach maja sięgnie po puchar i również przynajmniej ćwierćfinał europejskich rozgrywek. Raków z dużą dozą prawdopodobieństwa zdobędzie upragnione mistrzostwo. A Lech? Znowu zostanie z niczym.

Kibice już raz pokazali swoją frustrację w poprzednim sezonie na meczu ostatniej kolejki z Koroną Kielce. Tym razem zamiast złości panuje bardziej bezradność i przygnębienie. Niezależnie od wszystkiego. Transferów, trenera, przeciwników, okoliczności i tak kończy się jak zawsze. Wiele osób już całkiem traci cierpliwość i nadzieję, że klub rzeczywiście kiedyś będzie regularnie dostarczał radość swoim sympatykom.

Kolejna klęska i co dalej?

Zakładając, że finalnie Lech skończy na trzecim miejscu, dającym grę w eliminacjach Ligi Konferencji, w których będzie miał realną szansę na powodzenie. Tym argumentem na pewno posługiwać się będą władze klubu, chcąc usprawiedliwić swoje kolejne niepowodzenie. Czy dojdzie do realnych zmian? W teorii po poprzednich rozgrywkach zapowiadane było, że margines błędu do wielu osób z gabinetów się wyczerpał.  Rozważana będzie przyszłość Nielsa Frederiksena, jednak raczej można spodziewać się, że dostałby kredyt zaufania i możliwość dalszego poprowadzenia drużyny. Z Doszłoby za to do kolejnej rewolucji kadrowej. Wielu zawodników mogłoby odejść, a w ich miejsce zostaliby sprowadzeni nowi, kompletnie nieznani, będący jedną wielką zagadką i loterią. Wypalą albo nie. 

Wiele osób domaga się ściągnięcia zagranicznego fachowca odpowiedzialnego za transfery. Jak pokazują przykłady innych polskich klubów, jest to możliwe, a szczególnie z możliwościami Lecha wielu interesujących, sprawdzonych dyrektorów sportowych chętnie spojrzałoby na podjęcie takiego wyzwania. Oczywiście pod warunkiem, że dostałoby sporą niezależność przy podejmowaniu decyzji, tak jak to funkcjonuje w innych miejscach. Czy w Lechu to jest możliwe? Wykluczyć nigdy tego nie można, ale kibice raczej nie powinni mieć zbyt dużych nadziei, że coś takiego szybko się wydarzy.

W najgorszym możliwym scenariuszu, czyli wypadnięciu poza podium, co wciąż też jest możliwe, klub zostałby postawiony niemal pod ścianą. Niezadowolenie kibiców byłoby takie, jak jeszcze nigdy. Wtedy rzeczywiście wiele osób musiałoby zapłacić za ten wynik swoimi stanowiskami. Żeby rozładować nieco nastroje, pewnie dokonałyby się takie w teorii mocne zmiany. Czy rzeczywiście po takiej klęsce wszystko byłoby już zupełnie inne? Bardzo możliwe, że nie. Jedne nazwiska zmieniłyby inne, jednak w praktyce funkcjonowanie klubu mogłoby zbyt wiele się nie zmienić. 

Brak mistrzostwa byłby przedłużeniem passy wpadek i kompromitacji od pamiętnego wyjazdowego meczu ze Spartakiem Trnava. Tak naprawdę nawet po takiej porażce wszystko toczyłoby się dalej. Lech nie przestanie istnieć tylko dlatego, że po raz kolejny zostanie krajowym pośmiewiskiem. Kibice muszą przywyknąć, że już wiele przykrych wydarzeń przeżyli i jeszcze wiele przeżyją. Wypuszczona w absurdalny sposób szansa na trofeum będzie tylko jednym z nich. Przed sezonem padną hasła o wyciągnięciu wniosków i miażdżeniu przez odmienionego Lecha konkurencji. I tak wszystko będzie się dalej kręcić. 

Mikołaj Duda

Udostępnij:

Podobne

Podwójna rywalizacja z GKS Katowice

Ponad 30 tysięcy kibiców przyjdzie w niedzielę na Bułgarską, by obejrzeć ważny i ciekawie się zapowiadający mecz Lecha z GKS Katowice. To nie będzie jedyny