Udane święta zagwarantowali piłkarze Lecha tym, dla których ich wyniki znaczą bardzo dużo. Sezon zaczęli paskudnie, po opanowaniu sytuacji i tak nie obyło się bez kryzysów i kompromitujących wpadek, ale finisz jesieni, jakby na przekór temu wszystkiemu, okazał się obiecujący. Ostatni, wygrany mecz możemy traktować jako symbol tego, co drużyna przechodziła od lipca do grudnia. Jeśli wszyscy odpowiadający za nią wypełnią zimowe obowiązki fachowo, za pół roku mogą mieć satysfakcję z przełamania fatum. Mistrzostwo Polski przestanie być zwiastunem nieszczęść.
Przez wcześniejsze wpadki nie udało się załapać do czołowej ósemki Ligi Konferencji, ale dzięki pokonaniu Czechów najbliższy rywal nie będzie nie do przejścia. Niezależnie od tego, czy w lutym trzeba się wybrać do Finlandii czy na Bałkany, Lech będzie absolutnym faworytem. Byle grał przynajmniej tak, jak ostatnio. I by najmocniejsza w Polsce kadra przestała być dziurawą. Jak długo można się ratować kierowaniem na „szóstkę” piłkarzy z innych formacji? Najlepiej byłoby mieć zdrowego Radka Murawskiego. Ktoś taki, jak Ouma nie może pozostawać jedynym defensywnym pomocnikiem. Kozubal też tam może grać, ale nie jest specem w tej roli, to samo trzeba powiedzieć o Jagielle.
Mecz w Ołomuńcu dał odpowiedź chyba już ostateczną o roli w drużynie dwóch piłkarzy. Obie bramki wywalczył Rodriguez. Wyskoczył wysoko w polu karnym nie faulując, odegrał piłkę, a po chwili Ishak mógł się cieszyć z pięknego gola. To on wywalczył rzut karny, po którym kapitan Lecha otrzymał szansę naprawienia pomyłki Palmy. Także on był faulowany przed drugim rzutem karnym, którym snajper Kolejorza powinien zamknąć mecz. Im Hiszpan gra bliżej bramki przeciwnika, tym lepiej. Jego notoryczne straty, gdy z konieczności próbuje się wcielać w rolę szóstki lub ósemki, mogą kosztować stratę punktów.
Ouma stawał na głowie, by zachowywać się odpowiedzialnie. Nieczęsto faulował i tracił piłkę. Kartkę złapał na tyle późno, że trener nie musiał w trybie alarmowym ściągać go z boiska. Jednak nie kto inny, jak właśnie Kenijczyk spowodował stratę bramki. To po jego błędzie w środku boiska Sigma przeprowadziła szybki atak. Ouma błyskawicznie wrócił do obrony i zdążył przeciąć dośrodkowanie wybijając piłkę na róg. Cóż z tego, skoro po tym stałym fragmencie padł go kontaktowy, zaczynający najtrudniejszy moment w meczu. Gdyby nie robił takich numerów, klasowa Slavia Praga nie kierowałaby go na wypożyczenie, czyli po naukę. Może być na nią za późno, ze względu na specyficznie funkcjonujący ośrodkowy układ nerwowy tego człowieka.
Nie wiemy, jak klub planuje uporządkować sytuację w strefie środkowej, jak się czuje Murawski. Wątpliwości nie może być tylko w jednym: stan obecny jest nie do przyjęcia, o ile klub stawia sobie wysokie cele i priorytetem jest jakość zespołu. To sami zresztą możemy powiedzieć o bramkarzu. Przy Bułgarskiej potrafią szkolić zawodników, ale na bramkarzach chyba znają się trochę gorzej. Bartek Mrozek nie ma konkurencji. Dwaj młodzi bramkarze, zdaniem trenera, nie zasługują na rolę zmienników. Owszem, siadają na ławce rezerwowych, ale nawet na moment się z niej nie podnieśli. W innych klubach wystawia się w bramce nastolatków zaczynając niejedną piękną karierę. W Lechu chyba panuje przekonanie, że ani Bąkowski, ani Pruchniewski nie mają jeszcze kwalifikacji. Pamiętajmy, że niezastąpiony dziś Mrozek też był w Poznaniu niedoceniany. Skrzydła rozwinął, gdy się go pozbyli.
Fatalnym wyróżnikiem Lecha są błędy. Początkowo występowały systemowe. Fatalnie grała cała formacja defensywna, zawodnicy z innych pozycji nie potrafili jej wspomóc. Przepadło przez to wiele punktów, które dziś, przy wyrównanej lidze, pozwoliłyby na liderowanie. Udało się to uregulować, dziś młoda obrona przypomina wreszcie monolit. Błędy wciąż są zadziwiająco częste, ale indywidualnie. Niechlujne podania, strata równowagi w najgorszym momencie, bezsensowne wchodzenie w dryblingi w strefach niebezpiecznych – wszystko to oglądamy w każdym, bez wyjątku, meczu. Tak też było w Czechach. Obrona była zdeterminowana, ale po błędach Skrzypczaka cierpła skóra. Dobrze, że Sigma to zespół przeciętny. Z tym groźnym zjawiskiem, dotykającym wszystkich graczy (nawet Ishak bliski był sprezentowania rywalom gola) trzeba bezwzględnie walczyć. W żadnym profesjonalnym klubie nie ma pobłażania dla brakoróbstwa.



