Lech pewny awansu. Brutalnie odarł z marzeń Islandczyków

Już wiemy, że do końca roku będziemy oglądali Lecha w akcji dwa razy w tygodniu, zapewnił sobie bowiem grę w pucharach. Zaskakująco łatwo rozprawił się w pierwszym meczu z islandzkim Breidablik. Po 7:1 w Poznaniu rewanż jest formalnością. Tylko przez kilka chwil ambitni i nieźle zorganizowani goście z dalekiej wyspy mogli marzyć o nawiązaniu równorzędnej walki z mistrzem Polski. Potem zaczęła się masakra. Wydarzeniem wieczoru był pierwszy hat trick Ishaka, który wykorzystał trzy rzuty karne.

Jak było do przewidzenia, Lech od początku narzucił własne warunki gry. Nie wiemy, czy Islandczycy mieli w planie ograniczanie się do defensywy, momentami rozpaczliwej, czy był to rezultat energicznych ataków Kolejorza. Nareszcie dobrze funkcjonowały jego skrzydła. Trener nie musiał już udawać, że ma w składzie graczy potrafiących atakować bokami boiska. Joel Pereira mógł wreszcie wystąpić na własnej pozycji dowodząc dużej klasy. Cała boczna strona boiska należała do niego, ale i nie stronił od pokazywania się w okolicach pola karnego, czego owocem była bramka. Od pierwszych minut na skrzydle urzędował Filip Szymczak, wymieniający się pozycjami z Leo Bengtssonem i po każdej ich akcji było groźnie. Szwed zdobył gola, Polakowi niewiele brakowało do asyst.

Zmiana, jaka dokonała się w grze Lecha w letniej przewie, polega na wyższej skuteczności przy rzutach rożnych. Już w 4 minucie celne dośrodkowanie Pereiry Milić zamienił głową na bramkę. Gdy publiczność czekała na kolejne gole, niespodziewanie goście wyrównali. Milić nieszczęśliwie zahaczył rywala w polu karnym i sędzia bez wahania wskazał rzut karny, choć równie dobrze mógł puścić grę. To była jedyna szansa Breidabliku na gola, Lech miał więc wyjątkowego pecha, bo inne ofensywne zapędy przeciwników łatwo likwidował. Nie dał się zaskakiwać nawet po katastrofalnych błędach, takich jak na szczęście nieudana asysta Mrozka, który idealnie obsłużył Islandczyka.

Niektórym mogło się wydawać, że na Bułgarską wracają islandzkie koszmary. Lech jednak ani myślał rezygnować z odzyskania prowadzenia, a goście chętnie mu pomogli, także potem rozdawali prezenty w postaci fauli w polu karnym. Kiedy Ishak otrzymał dobre podanie i umiejętnie wyszedł z piłką sam na sam z bramkarzem, został sfaulowany. Ku ogromnemu zdziwieniu wszystkich obecnych na stadionie sędzia pokazał sprawcy tylko żółtą kartkę. Protestom nie było końca, zainterweniował też VAR i arbiter z Belgii zreflektował się i po obejrzeniu powtórki zamienił kolor żółty na czerwony. Od tego czasu goście grali w osłabieniu, w dodatku wciąż sprzyjali Lechowi.

O tym, że z panem sędzią coś jest nie tak świadczyła kolejna akcja, gdy nie dostrzegł faulu na Miliciu w polu karny. Znów trzeba go było skierować przed monitor, by miał szansę się zrehabilitować. Ishak „jedenastkę” wykorzystał bezbłędnie. Lech miał prowadzenie i jednego gracza więcej, był więc panem sytuacji. Tym bardziej, że się nie zatrzymywał. Świetny rajd przeprowadził Gurgul wpadając z boku boiska w pole karne i celnie dośrodkowując. Piłkę otrzymał Pereira i trafił do bramki idealnie. Po kilku minutach obrońca zatrzymał piłkę ręką piłkę w polu karnym i Ishak mógł dorzucić z rzutu karnego drugą swą bramkę. 4:1 to już był pokaźny wynik, ale liczne przerwy spowodowane ratowaniem gaf belgijskiego sędziego wymusiły przedłużenie pierwszej połowy o 6 minut. To akurat tyle, ile potrzeba, by Bengtsson i Kozubal mogli rozegrać filmową dwójkową akcję, po której szarżujący Szwed otrzymał zwrotne podanie od młodego Polaka i mógł zdobyć piątego gola.

Druga połowa nie była już tak dynamiczna i obfitująca w ważne wydarzenia, ale wciąż coś się działo. Lech atakował bawiąc się grą, wymieniając wielką liczbę podań, a osłabieni, lecz ambitni Islandczycy nie zamierzali spasować. Starali się odbierać piłkę i atakować. W ich grze mało było błędów i przypadkowych podań, szybko zdobywali teren, brakowało im tylko dochodzenia do sytuacji strzeleckich. Lech odpowiadał żywiołowym, szalonym natarciem, nie zawsze dokładnym. Gorzej, że wciąż przytrafiały mu się pomyłki, których tej klasy rywal wykorzystać nie potrafił. Kiedy Lech chciał odpocząć, piłka bezpiecznie krążyła po obwodzie, a gracze w niebieskich koszulkach śrubowali rekordy w liczbie podań.

W drugiej połowie pokazał się kibicom Timothy Ouma, robiąc na nich duże wrażenie. Był świetny w defensywie, ciekawie prowadził akcje ofensywne. Po kolejnych jego udanych zagraniach na trybunach było słychać owacje. Jednak na kolejnego gola Lecha trzeba było czekać aż do 77 minuty, gdy płaski, wydawałoby się niegroźny strzał z dystansu oddał Jagiełło, a bramkarz był bezradny. Po kilku minutach po kolejnym faulu w polu karnym wynik z rzutu karnego ustalił Ishak, który zresztą chwilę później miał okazję trafić jeszcze raz, tym razem po akcji. Wynik już się jednak nie zmienił i za tydzień ekipa Lecha uda się na wycieczkę na wyspę gejzerów.

Udostępnij:

Podobne