Krok we właściwą stronę. Będą następne?

Zatrzymanie w klubie Mikaela Ishaka i hojne go wynagrodzenie to ruch, który trzeba chwalić. Trochę łagodzi ocenę władz Lecha, które, delikatnie to określając, nie przyłożyły się do budowy mocnej drużyny na bieżący sezon. Gdyby miały choćby połowę determinacji właściciela Rakowa Częstochowa w dążeniu do sportowych sukcesów, na Lecha nie byłoby w Polsce siły.

Nie uciekniemy przed porównywaniem Lecha do Rakowa. Klub z Częstochowy pod względem piłkarskim nie ma aktualnie sobie równych w Polsce, wygrywa z każdym, co jest wynikiem konsekwencji w budowie drużyny, determinacji w dążeniu do dobrych wyników. W poprzednim sezonie o wyższości Lecha zadecydowało nastawienie się na uczczenie stulecia ligowym triumfem. Sprowadzeni zostali wartościowi piłkarze, angaż otrzymał trener, który jak żaden w Polsce zna się na zdobywaniu trofeów. I udało się.

Potem jednak właściciel Lecha uznał, że za dużo tego dobrego. Ile można wygrywać? Kto wytrzyma tak potężne obciążenie psychiczne? To nie na jego mentalność. Trzeba było mocno spuścić z tonu, a symbolem postępowania nastawionego na oszczędność (albo raczej pospolite skąpstwo) było sprowadzenie do klubu bramkarza. Van der Hart został pożegnany po to, żeby zrobić miejsce dla wybitnego fachowca, Lech miał już nie odstawać od klubów z solidnymi bramkarzami. Artur Rudko nie mógł zostać uznany za klasowego zawodnika. Grał w podrzędnym klubie przeciętnej ligi, bo nie mógł liczyć na grę w rodzinnym kraju, popełniał mnóstwo błędów. Miał jednak wartość przesądzającą. Można go było wypożyczyć.

Nie pierwszy raz krótkowzroczność naraża Lecha na straty sportowe, wizerunkowe, finansowe. Koszty absurdalnej oszczędności bywają potężne. Rudko nie kosztował nic, ale narobił takich szkód, że jego obecność w klubie długo będzie wspominana jako koszmar. Trener John van den Brom przełamał niejedno tabu. Lech dobrze pokazał się w Europie, ale nie kosztem odpuszczenia ligi. Osłabiona przez zarząd klubu drużyna ponosiła porażki, straciła szansę na obronę tytułu, ale miejsce w czołówce wciąż jest realne. Można domniemywać, że Holender dałby radę przełamać także inne fatum i wywalczyć Puchar Polski. Nic z tego, bo diabeł go podkusił, by w meczu z Śląskiem wystawić Rudkę.

Wiele podejmowanych przez klub decyzji woła o pomstę do nieba. Kibice Lecha wiedzą, że w porównaniu do innych klubów są upośledzeni, bo władze ich klubu mają mgliste pojęcie o futbolu i nie są zainteresowane wykorzystaniem olbrzymiego potencjału, rezygnują z dominującej pozycji w polskim futbolu. To bolesna świadomość, powoduje bezsilną złość tych, co klubowi życzą dobrze, a muszą obserwować trwonienie możliwości, o których inni mogą tylko marzyć.

Raków ma mocną drużynę, ale nic ponadto. Klub jest cherlawy, prowincjonalny, bez kibiców, stadionu, medialnego zaplecza. Jeśli właścicielowi się znudzi, tak jak niegdyś Cupiałowi w Wiśle, albo z jakichś powodów trzeba będzie zmienić trenera, cała ta „potęga” rozpadnie się w jeden dzień. W przeciwieństwie do Rakowa, Lech ma wszystko, co mieć powinien mocno stojący na nogach organizm. Tyle, że tego nie wykorzystuje, stwarzając Rakowowi pole do sportowych sukcesów. Zatrzymanie przy Bułgarskiej Ishaka to krok przeczący zachowawczej postawie właściciela. Jeśli ma to służyć budowie drużyny, pora na kolejne działania.

Udostępnij:

Podobne

Zęby bolą, ale serce się cieszy

Mecze naszej reprezentacji narodowej ogląda się albo ze wstrętem i smutkiem, albo z radością z osiągniętego wyniku, ale nigdy z zachwytem nad pięknem płynnej gry.

Kalendarz wywrócony do góry nogami

Kiedy zapanowała pandemia i piłkarskie rozgrywki ligowe we wszystkich krajach zostały zawieszone lub przedwcześnie zakończone, wydawało się, że nigdy już nic równie nienormalnego się nie