Kto wybrał się na Bułgarską w niedzielne późne popołudnie, mógł być pod wrażeniem. Co prawda trudno było się tam dostać, cała okolica została sparaliżowana autokarami próbującymi niemal wjechać na murawę, jakby w okolicy nie było dla nich parkingów. Na wypełnionych trybunach trwało jednak święto, publiczność, wśród której znalazły się tysiące młodych ludzi, świetnie się czuła w atmosferze przez siebie stworzonej.

Piłkarskie widowisko składa się niestety także ze sportu. Jest on tu nawet najważniejszy. Zabawa skończyła się, gdy piłkarze Lecha przystąpili do udawania, że grają w piłkę i nią się cieszą, że potrafią porwać publiczność. Nie było już radości, nie było oczekiwań. Im dłużej trwał mecz, tym większa panowała frustracja. Widzom z minuty na minutę kończyła się cierpliwość. Nie wszyscy dotrwali do ostatniego gwizdka. Szkoda im było nerwów, opuścili widownię przed czasem, nie byli świadkami „podziękowań”, jakie spadły na klub po końcowym gwizdku. – Takie miasto, tacy kibice, a tu takie gówno – brzmiały te w miarę cenzuralne komentarze zawiedzionych fanów.

Nie można powiedzieć, że piłkarzom nie zależało na zdobyciu tej jednej jedynej bramki, która by wszystko odmieniła. Oni chcą, ale nie mogą. Nie zostali dobrze przygotowani do rozgrywek i jest ich niewielu. Stan tej ekipy nie jest winą ich, trenera, ale ludzi odpowiadających w klubie za pion sportowy. A raczej jednego człowieka, który nie chce się z nikim dzielić władzą, sam podejmuje kluczowe decyzje, a nie ma ku temu predyspozycji, w dodatku niespecjalnie mu zależy. Gdyby był choć trochę zdeterminowany, stworzyłby możliwości wykorzystania niepowtarzalnej szansy na zdobycie mistrzostwa. Jego decyzje pozbawiają kibiców radości, a klub trofeów, niemałych pieniędzy, możliwości pokazania się w Europie, wypromowania piłkarzy. Mówiąc wprost – uniemożliwia rozwój klubu będącego jego własnością.

Jagiellonia może powoli zbierać gratulacje za pierwszy w historii mistrzowski tytuł. Zawdzięcza to sobie, ale i przeciwnikom, którzy wypisali się z rywalizacji. Jedni nie potrafili, innych nie stać. Lech zwyczajnie nie chciał. Kibice tego pragną, ale właściciel ich tego szczęścia pozbawił. Ciekawe, czy wypełnione w niedzielę trybuny skłoniły go do refleksji, czy ma świadomość, że to on odpowiada za ten klub, a więc i za zawód sprawiany setkom tysięcy ludzi. Przejmujący Lecha Jacek Rutkowski zapowiedział przed laty, że będzie sprzedawał emocje. Teraz sprzedaje je jego syn. Szkoda tylko, że są to emocje negatywne.

Lech Poznań jest na tle innych polskich klubów wyjątkowy. Stoi na mocnych podstawach organizacyjnych i finansowych, nie jest kolosem na glinianych nogach. Jego przyszłość nie zależy od kaprysu kogoś, kto za to wszystko płaci. Klub utrzymuje się sam. Klubowa akademia jest w polskich warunkach wzorcową. Cała Wielkopolska żyje wynikami Lecha. To wartość, której właściciele innych klubów, takich jak Raków, nie kupią za żadne pieniądze. Warunki do odnoszenia sukcesów są więc idealne. Sukcesów tych jednak nie ma, bo to klub dwóch prędkości. Część sportowa, dowodzona osobiście przez właściciela, to jakby obce ciało w całej tej organizacji. I zmienić tego nie można. Lech jest więc w ślepej uliczce. Upadek mu nie grozi, jest stabilny. Nie pełni jednak roli prawdziwego klubu piłkarskiego, nie służy do zaspokajania kibicowskich oczekiwań.

Udostępnij:

Podobne