Joao Amaral wrócił do Lecha. I zrobił różnicę

W pierwszym letnim sparingu Lech pokonał Zagłębie Lubin 3:1 tracąc bramkę z rzutu karnego. W pierwszej połowie klasą błysnął Joao Amaral, strzelec gola i faktyczny autor drugiego. Po przerwie bramkę strzelił Dani Ramirez, który potem sprokurował „jedenastkę”, popełniał też inne błędy.

Filip Bednarek, Joel Pereira, Thomas Rogne, Mateusz Skrzypczak, Jakub Kamiński, Pedro Tiba, Radosław Murawski, Michał Skóraś, Filip Wilak, Joao Amaral, Mikael Ishak – w takim składzie zagrał Lech w pierwszej połowie. Pierwszych zmian trzeba było dokonać już po kilkunastu minutach. Kapitan Rogne doznał kontuzji, czym nikogo nie zaskoczył. Zastąpił go Djordje Crnomarković Rekonwalescenta Wilaka zastąpił jego równie młody imiennik Borowski.

Od początku było wiadomo, że trener wyśle na boisko dwie drużyny. W żadnej nie było piłkarzy młodych, później kończących rozgrywki, dłużej odpoczywajacych. Brakowało też Jana Sykory, a Artur Sobiech nie nadaje się jeszcze do gry, dopiero wznawia piłkarskie treningi.

Po kilku minutach wyrównanej gry przypomniał o sobie Joao Amaral. Przeprowadził akcję w swoim stylu – wyłuskał piłkę w środku pola, popędził na bramkę i oddał minimalnie niecelny, płaski strzał. To było pierwsze zagrożenie lubińskiej bramki. Wszyscy Portugalczycy byli w pierwszej części meczu bardzo aktywni, a pokazało się ich na boisku aż trzech.

Wkrótce Lech wyszedł na prowadzenie. Gol był zasługą Amarala, ale nie on skierował piłkę do bramki. Portugalczyk rozegrał piłkę na prawym skrzydle, pobiegł pod bramkę, otrzymał prostopadłe podanie od Ishaka, minął bramkarza, ale kąt był zbyt duży, by celnie trafić. Wyręczył go bramkarz Konrad Forenc, który pewnym strzałem ulokował piłkę we własnej bramce. Kilka minut później Amarala nikt nie musiał wyręczyć. Przyjął dośrodkowaną przez Pereirę piłkę na klatkę piersiową i z powietrza celnie uderzył dając swej drużynie dwubramkowe prowadzenie.

Amaral był centralną postacią Lecha w pierwszej połowie, choć w pewnym momencie poczuł się zbyt pewnie. Nadużywał dryblingów, seriami próbował zagrań piętką, wszystkie były nieudane. Po przerwie Lech zagrał w prawie całkowicie zmienionym składzie. Na boisko wybiegli: Mickey van der Hart, Alan Czerwiński, Djordje Crnomarković, Bartosz Salamon, Antonio Milić, Karlo Muhar, Jesper Karlstroem, Tymoteusz Klupś. Jakub Kamiński (zmieniony przez Antoniego Kozubala), Dani Ramirez, Aron Johannsson.

Początek drugiej połowy należał do zespołu z Lubina. Mnożyły się błędy i niedokładności w Lechowej obronie, po jednej z akcji Van der Harta wyręczył słupek. Gra „siadła”, obie drużyny nie wysilały za bardzo. Wystarczyła jedna akcja, błysk jakości piłkarzy Lecha, by podwyższyć wynik. Z własnej połowy Karlstroem posłał piłkę do będącego na linii pola karnego Ramireza, a ten umiejętnie przelobował bramkarza.

Po trzech minutach Hiszpan się nie popisał popełniając faul w polu karnym. Lech przez to nie zakończył meczu bez straty gola – Żivec z 11 metrów pokonał van der Harta. W ostatnich minutach obu drużynom nie chciało się już grać, piłka posyłana była głównie wszerz boiska. Niewiele brakowało, by padł drugi gol dla Zagłębia, znów po fatalnym błędzie Ramireza.

Udostępnij:

Share on facebook
Share on twitter

Podobne

Poznań uwierzył w Skorżę

Możemy żałować, że mecz Lecha z Wisłą Płock został zaplanowany na piątkowy późny wieczór. Widzów będzie mniej niż przyszłoby na stadion w sobotę lub niedzielę.

Na takiego Lecha czekaliśmy. Od lat

Przełom nie polega na odczarowaniu po sześciu latach Łazienkowskiej. Prawdziwa zmiana jest taka, że pojechał tam Lech, o którym mówiło się, że ma poważne szanse