Jeśli odpadać z pucharu, to w takim stylu. Brawo Kolejorz!

Gigantyczna sensacja była o krok. Lech wygrał na wyjeździe z klasową drużyną, ale trochę mu zabrakło do jej wyeliminowania. Prowadził już 3:0, był o krok od sprawienia cudu, czyli doprowadzenia do dogrywki. Ostatecznie wygrał na włoskiej ziemi 3:2. Zakończył piękną pucharową przygodę, z Europą pożegnał się godnie. Nie poddał się, napędził faworyzowanym Włochom niemało strachu, pokazał piękne oblicze. Gdyby nie fatalny mecz w Poznaniu…

W przeddzień meczu trener John van den Brom cieszył się, że może wystawić skład mocniejszy niż przed tygodniem, jednak z tej okazji nie skorzystał dokonując kilku niespodziewanych wyborów. Co prawda zagrali mający ostatnio problemy ze zdrowiem Dagerstal i Karlstrom, ale trudno było przewidzieć, że zagrają Czerwiński i Sobiech. Pereira wymagał odpoczynku, a Ishak nie czuł się najlepiej.

O ile pierwszy mecz tych drużyn zaczął się dla Lecha fatalnie, to rewanż wprost przeciwnie. Włoska drużyna, jak się wydawało, panowała nad wydarzeniami, czuła się pewnie, a Kolejorz tylko starał się dotrzymywać jej kroku. Jednak wystarczyła jedna dobra akcja ofensywna, by wyszedł na prowadzenie, po dośrodkowaniu Skórasia, złym wybiciu piłki przez obrońcę i dobrym technicznie strzale lewą nogi Sousy, kierującego piłkę w odsłoniętą część bramki.

Fiorentina wciąż miała przewagę w bramkach, więc nie zrobiło to niej dużego wrażenia, starała się grać swoje. Mnożyły się ostre starcia, gospodarze mieli pretensje do sędziego za zgodę na zbyt ostrą grę. Słoweński arbiter nie żałował kar indywidualnych, już w pierwszej fazie meczu wysoko zawiesił sobie poprzeczkę. Bardzo ryzykował Czerwiński faulujący bezpardonowo mimo żółtej kartki na koncie. Trener widział, co się świeci zmienił go na Pereirę. W 28 minucie Murawski użył w wyskoku ramienia raniąc rywala, a działo się to w polu karnym, jednak sędzia nie zdecydował się na podyktowanie jedenastki.

Z czasem ujawniła się przewaga gospodarzy, którzy łatwo przedostawali się pod bramkę Bednarka, strzelali i dośrodkowywali, a Lechowi wciąż dopisywało szczęście. Starał się ponownie zagrozić rywalowi, ale stworzenie składnej akcji ofensywnej przychodziło mu trudno. Za dużo było błędów, niedokładnych podań i nieprzemyślanych zagrań, by coś się z tego mogło ciekawego urodzić. Jednak pierwszą połowę zakończył z prowadzeniem.

Początek drugiej nie przyniósł zmiany w grze jednej i drugiej drużyny. Fiorentina wciąż była groźniejsza, po kilkunastu minutach Bednarka uratował cud, a właściwie umiejętnie wyciągnięta noga. Chwilę później w polu karnym sfaulowany został Skóraś. Sędzia długo się wahał, wreszcie obejrzał powtórkę wideo i wskazał na jedenasty metr. Nie było na boisku Ishaka, odpowiedzialność wziął na siebie Velde i nie zawiódł – pewnym strzałem pokonał włoskiego bramkarza. 2:0 dla Lecha – kto by się tego spodziewał?

Po kilku minutach stadion Artemio Franchi zamarł. Szybki atak Lecha, Skóraś uruchomił Karlstroma, Szwed dośrodkował, a Sobiech z bliska wbił piłkę do bramki. Straty z Poznania wyrównane! Kto w to wierzył? To nie był koniec strzelania we Florencji, ale tym razem gola zdobyli gospodarze. Wystarczył bezsensowny faul Velde w pobliżu narożnika pola karnego, dośrodkowanie, wybicie Murawskiego wprost do Sottila, a ten nie dał Bednarkowi żadnych szans. Lech znów był poza półfinałem, ale nie wszystkie szanse stracił. Trener van den Brom wymienił trzech graczy ofensywnych i na boisku trwał ciężki bój.

Były sytuacje bramkowe, wszystko mogło się zdarzyć, ale mecz zamknął katastrofalny błąd Dagerstala, który stracił piłkę i pozwolił rywalom zdobyć gola. Było jasne, że cudu nie będzie. To była już inna Fiorentina i niestety inny Lech. Nadal próbował szczęścia, stać go jednak już było tylko na dowiezienie zwycięstwa do ostatniego gwizdka.

Udostępnij:

Podobne

Wygrana bez satysfakcji

Punkty przywożone z wyjazdów zawsze cieszą. Jednak mecz Lecha na stadionie ŁKS-u pozostawia niesmak i świadomość, że jeszcze jedna kompromitacja była o włos. Przeciwnik to

Wyszarpane zwycięstwo Lecha

Piłkarze Kolejorza nareszcie nie zawiedli, choć kibiców swych mogli doprowadzić do zawału serca. Walczyli z beniaminkiem desperacko próbującym utrzymać się w lidze, a niewiele brakowało,