Jakość na razie tylko indywidualna

Czy opinie, że Lech ma najlepszą drużynę w lidze, są trafne? Niezupełnie. Owszem, ma najlepszych w kraju, najwartościowszych piłkarzy. Na jakość drużyny słabo się to niestety przekłada. Indywidualne umiejętności często decydują o wynikach meczów, ale Lech przegra jeszcze niejedno spotkanie z zespołem bez tak świetnych zawodników, za to dobrze zorganizowanym, umiejętnie stosującym dobrze dobraną taktykę.

Potwierdzenie umiejętności graczy Kolejorzy widzieliśmy w pierwszym kwadransie meczu z Piastem. Piłkarze z Gliwic byli bezradni wobec klasy Gholizadeha, który strzelił pięknego gola, a drugiego, też cudownego, wypracował Rodriguezowi. Mając takich ludzi można mierzyć wysoko i liczyć, że ich sprowadzenie i opłacanie przełoży się na trofea. Trzeba jednak umieć zrobić z tych wartości użytek, a z tym w Lechu bywa różnie. Czołowi zawodnicy na długo wypadają z treningów, po obozach przygotowawczych zespół nie od razu uzyskuje dobry rytm. Nie pierwszy raz po przerwie zimowej prezentuje się gorzej niż przed nią, a kilku ważnych zawodników notuje spadek formy.

Z innymi jest na szczęście lepiej, co zawdzięczają kolegom – mogą się pokazać, wykorzystać ich niedyspozycję. Pereira musi dojść do siebie po obozie w Abu Zabi. Trochę to jeszcze chyba potrwa. Natomiast jego zmiennik Robert Gumny notuje dobre występy, zwłaszcza ten ostatni, gdy był świetny w defensywie i mógł zdobyć gola. Szkoda, że nie skierował głową piłki tam, gdzie nie ma bramkarza. Byłoby gorzej, gdyby obaj boczni obrońcy tracili i zyskiwali formę równocześnie. Nie na każdej pozycji panuje tak korzystny układ, ale i tak Frederiksen ma komfort dla jego kolegów z innych klubów niewyobrażalny. Stać go na posłanie na ławkę Palmy, Pereiry, Douglasa, Skrzypczaka, Walemarka, Ismaheela, Moutinho, Oumy…

Inni trenerzy uznaliby to za marnotrawstwo potencjału. Owszem, w Lechu jest on ogromny, dla innych nieosiągalny. Jak to się zatem dzieje, że słabsze zespoły punktują lepiej, potrafią wygrywać nawet w Poznaniu? Lechia Gdańsk i Cracovia to niejedyne przykłady. Tajemnica leży w sposobie gry. Potencjał w drużynie może być mniejszy, ale przy umiejętnym go wykorzystaniu można ogrywać faworytów. Słabości Lecha jako drużyny widzieliśmy w niedzielę. To był mecz paradoksalny, bo Piast mógł stracić jeszcze kilka bramek, ale i przy odrobinie szczęścia wywieźć punkty z Poznania. Okazji stworzył wiele, potrafił zaszachować gospodarzy pressingiem, pozbawić ich atutów, tworzyć zagrożenie.

Dobre drużyny mają sposób gry, na który wpływu nie mają zmiany w składzie. Nawet po wymianie części kadry zespół gra tak samo, zawsze jest groźny, przewidywalny. Przykładem jest Jagiellonia Siemieńca, Raków Papszuna, Legia z czasów, gdy nie była partacko budowana i zarządzana. W Lechu zalążki własnego stylu widzieliśmy w pierwszym okresie pracy Frederiksena. Intensywna gra ofensywna, pressing, pełna kontrola – tym cechował się Kolejorz, dzięki temu był nie do powstrzymania na własnym stadionie.

Ten sposób gry stopniowo niestety zanikał, a mistrzostwo zawdzięcza umiejętnościom najlepszych zawodników – Gholizadeha, Sousy, Walemarka. Nowy sezon jest inny, bo zaczął się od absencji leczących się liderów. Nie wszyscy wrócili już na boisko, ale i tak zespół jest teraz mocniejszy. Niestety, wciąż ma problemy z rozegraniem, decyzyjnością, brakuje wypracowanych schematów ofensywnych, powtarzają się błędy w fazach przejściowych. Krótko mówiąc – jest nad czym pracować, sporo trzeba nadrabiać po obozie przygotowawczym. Gdyby sztukę gry zespołowej połączyć z klasą piłkarzy i gdyby wszyscy oni odzyskali formę, Lech byłyby nie do zatrzymania.

Udostępnij:

Podobne