Gwizdy skwitowały nieudolność Lecha

Wielkie rozczarowanie. Można było z dużym prawdopodobieństwem zapewnić sobie wyjście z grupy Ligi Konferencji. Wystarczyło pokonać słabą, jak się miało okazać, drużynę z Izraela. Lecha nie było jednak na to stać. Nie stworzył ani jednej klarownej okazji bramkowej, a niewiele brakowało, by stracił frajerskiego gola w końcówce. Najgorsze jest to, że obecny Lech bardziej przypomina tego z początku sezonu niż sprzed przerwy reprezentacyjnej.

Pogłoski o dużych umiejętnościach piłkarzy z Izraela, ich doświadczeniu, umiejętności stosowania pressingu i stwarzania sytuacji bramkowych okazały się mocno przesadzone. Taktycznie ta drużyna jest poukładana, zwłaszcza w defensywie, potrafiła zatrzymać wszystkie ataki Lecha. Umiejętności graczy Hapoelu są jednak mierne. Gubili piłkę w prostych sytuacjach, kopali na aut, łatwo dawali się odgrywać.

Lech miał w tym meczu sporą przewagę, z której kompletnie nic nie wynikało. Brakowało mu pomysłu na tworzenie sytuacji bramkowych. Na domiar złego trener, który dotychczas podejmował dobre decyzje, tym razem nie pomógł drużynie. Wprost przeciwnie, bardzo ją osłabił. Wystawienie w tak ważnym meczu na „dziesiątce” Marchwińskiego nie było dobrym pomysłem. Skoro w marnej formie jest Amaral, można było zdecydować się na Souzę. „Marchewa” pozbawił drużynę rozgrywającego. Zepsuł wszystkie akcje, w których uczestniczył.

Inna sprawa, że pozostali gracze Lecha nie pokazali się z dużo lepszej strony. Velde znów doprowadzał widzów i kolegów z drużyny do wściekłości. Beznadziejnie grał tym razem Skóraś. Ishak nie oddawał strzałów, bo podania do niego nie docierały. Wrzutki Pereiry bez trudu wyłapywał izraelski bramkarz. Gdy brakowało pomysłu na rozegranie ataku, piłka krążyła po obwodzie, często padała łupem obrońców. Gracze Hapoelu ustawiali się w dużej liczbie przed własną bramką, umiejętnie się przesuwali, gorzej im wychodziły próby ofensywne.

Lech zastosował pressing, nie pozwalał rywalom na rozwinięcie skrzydeł, zaskakująco łatwo odbierał im piłkę. Cóż jednak z tego, skoro po czymś takim nie było przejścia do przodu, próby zaskoczenia obrony. Kolejorz ma graczy ofensywnych, którzy jednak w ofensywie nie istnieją. Z kreatywnością było jeszcze gorzej niż w sobotnim meczu z Legią. Oglądało się to z przykrością i rozczarowaniem. W drugiej połowie Lech starał się atakować szybciej, wykorzystywać skrzydła, jednak brakowało choćby jednego celnego dośrodkowania, próby uruchomienia kolegi. Nawet wtedy, gdy przy wtórze gwizdów boisko opuścili Marchwiński i Velde.

Bezproduktywne ataki Lecha nic nie dawały, za to w samej końcówce goście z Izraela byli o włos od strzelenia bramki. Bezmyślnie nacierający i podający po obwodzie piłkarze Lecha dali się zaskoczyć, ale uratował ich brak podstawowej techniki u graczy Hapoelu. Mieli najlepszą sytuację w całym meczu, ale spaprali ją kompromitująco. Chwilę potem nad Bułgarską rozległ się potężny gwizd. W ten sposób 17-tysięczna publiczność „dziękowała” piłkarzom Lecha za widowisko, którego musiała być świadkiem.

Udostępnij:

Podobne

Bezcenne zwycięstwo Warty

To był klasyczny mecz o sześć punktów. Warta mierzyła się z rywalem w walce o utrzymanie się w lidze – Koroną Kielce. Musiała walczyć w