Zagrożenie zamknięcia sezonu już po trzech pierwszych meczach minęło, ale to nie znaczy, że teraz wszystko pójdzie świetnie. Do Lecha wciąż nie można mieć zaufania, w jego grze występują mankamenty, powielane są błędy z ubiegłego roku, a forma kilku piłkarzy wskazuje, że obóz w Abu Zabi im zaszkodził. Na domiar złego w najbliższym meczu możemy poznać odpowiedź na pytanie, czy bez Ishaka Lech potrafi wygrywać. Oby nie negatywną.
Porażka z Piastem Gliwice była pechowa. Przepadło wiele znakomitych szans bramkowych, a pudło Rodrigueza staje się symbolem niemocy i punktem odniesienia, zapamiętamy je chyba na zawsze. Wchodzący w końcówce meczu na boisko Pereira chyba się nie spodziewał, że przypadnie mu rola Jokera. Portugalczyk z pewnością zdaje sobie sprawę, że zimowa przerwa mu nie posłużyła. Zatracił celność podań, w defensywie jest jeszcze słabszy niż wcześniej. Do końca sezonu daleko. Kiedyś się przełamie.
W niedzielę z tym samym rywalem trzeba grać ponownie, ale w sytuacji trudniejszej, bo bez Ishaka. Występ Agnero w Zabrzu nie przyniósł przełomu. Jego kiks w końcówce był nieprawdopodobny, ale nikogo nie bulwersuje. Akurat jemu można to darować, bo przecież nie zagrał inaczej niż w prawie wszystkich dotychczasowych meczach w barwach Lecha. Całe szczęście, że nie przesądziło to o wyniku, nie odebrało jego drużynie punktów. Gorsze jest coś innego. W niedzielę będzie jedynym napastnikiem. Trenera czeka trudna decyzja: ryzykować grę od początku w dziesięciu czy ustawić w roli napastnika któregoś z graczy linii środkowej? Wydaje się, że rozwiązanie jest tylko jedno.
Po kilku golach zdobytych późną jesienią i po nienajgorszym występie w sparingu można było żywić nadzieję, że Agnero jednak się spłaci. Występ w Zabrzu nie potwierdza, że coś się ruszyło. Jak na złość akurat teraz czeka go trudny test. Gdyby trener znów wyznaczył mu rolę zmiennika, odebrane by to zostało jako brak wiary w tego gracza i sugestię, że sprowadzenie go było błędem. Tego Frederiksen zrobić nie może, jego przełożeni nie byliby tym zachwyceni. Zrobi wszystko, by ten napastnik nie tylko zagrał, ale zagrał dobrze, najlepiej z bramką. Nikomu nie będzie życzył lepiej, a dyrektor sportowy, prezes i szef skautingu uczucia te podzielają. Ten zawodnik albo znów wiele straci, albo sprawdzając się w trudnej próbie zyska wszystko.
Gdyby nie „szwedzki” rzut rożny w Zabrzu, czyli trzy magiczne dotknięcia piłki przez Skandynawów lub gdyby Lech nie wytrzymał naporu Górnika, w Poznaniu panowałyby teraz nastroje minorowe. Udało się, więc wróciły nadzieje, mimo iż jakość gry Kolejorza smuci. Wiele elementów szwankuje. Kuleje gra kombinacyjna, piłkarze ofensywni nie rozumieją się, nie wyczuwają wzajemnie intencji, źle się czują we własnym towarzystwie. Oprócz Pereiry formy szukają Milić i Palma. Dobrą wiadomością jest natomiast uniknięcie błędów w obronie, mimo iż w drugiej połowie składała się ona wyłącznie z wychowanków, w tym z trzech rodowitych poznaniaków (Gumny, Mońka, Skrzypczak). Przed laty Lech miał w składzie tylko takich. Dziś jest to zjawisko unikalne. Potwierdzenie trafności strategii podjętej przed laty. Akademia to największy skarb tego klubu (nie licząc oczywiście setek tysięcy wiernych fanów, ale to inna kategoria).
Może doczekamy czasów, gdy choćby z co drugiego, co trzeciego rocznika można będzie wyłowić graczy na wszystkie pozycje. Nie byłoby problemów z uzupełnieniem luk w składzie. Brak „szóstki”? Nie szkodzi, damy szansę młodemu z rezerw. Lepsze to niż manewrowanie składem, by można było bezboleśnie powierzyć tę rolę „ósemce”. Żadne ruchy zastępcze nie zrekompensują braku działań. Zaniechania lubią się mścić.
Mimo tych okoliczności, Lechowi piłkarzy zazdroszczą w tej lidze wszyscy. Kibicom Kolejorza serce rośnie, gdy widzą powrót Walemarka, umiejętności Gholizadeha. Na ławce rezerwowych zasiadają gracze, którzy byliby gwiazdami w każdym innym zespole. Szkoda tylko, że póki co jakość piłkarzy nie przekłada się na jakość drużyny. Piłka nożna to gra zespołowa. Górnik nie ma tak wartościowych zawodników, a i tak zmusił Lecha do obrony i mało mu brakowało do zdobycia co najmniej punktu, zresztą do tej pory zgromadził ich więcej niż aktualny mistrz Polski. Jeśli zatem mamy wątpliwości, czy Lech potrafi zrewanżować się Piastowi, to wynikają one z obawy o jakość drużyny, a nie najlepszych piłkarzy.



