Bez goli w meczu Lecha z Legią. To nie był hit

W normalnych okolicznościach pojedynek ten można byłoby nazwać ważnym i prestiżowym, a stratę przez Lecha trzech punktów rozczarowaniem. Sytuacja Kolejorza jest jednak daleka od normalności. Przegrywa właśnie jeszcze jeden sezon za panowania obecnych władz, znów wyrzucił trenera, a Legia pewnie zmierza po tytuł i nie nastawiła się na zwycięstwo za wszelką cenę.

Janusz Góra miał prawdopodobnie jedyną okazję w życiu poprowadzić drużynę w meczu ekstraklasy, w dodatku w meczu tak prestiżowym. Doszedł widać do wniosku, że nie warto powielać ustawienia preferowanego przez Dariusza Żurawia. Zdecydował się na wystawienie trzech środkowym obrońców i wahadłowych. Nie można powiedzieć, że przyniosło to powodzenie, ale rozczarowania nie było. Lech zagrał bez porównania lepiej niż w poprzednich spotkaniach. Widać było, że ma plan, o coś walczy.

Nie był to futbol na najwyższym poziomie. Legia miała w polu przewagę. Wysokim ustawieniem utrudniała Lechowi wyprowadzanie piłki spod własnej bramki, często ją przechwycała, gospodarzom trudno było nawet opuścić własną połowę zanim nastąpi strata. Nie tak łatwo oduczyć niecelnych podań piłkarzy, którym z reguły uchodziło to na sucho, bo poprzedni trener nie zwracał uwagi na takie drobiazgi. Szczególnie dużo błędów popełniał Ramirez.

Kiedy już Lech zaatakował, częściej oddawał strzały niż Legia. W pierwszej połowie niemal wszystkie były niecelne, ale przynajmniej próbował. Po przerwie celnych uderzeń było więcej. Na Macieju Skorży, który mecz oglądał z trybuny VIP, z pewnością duże wrażenie zrobiła gra Ishaka. Był bardzo aktywny nie tylko w ofensywie, starał się nieustannie absorbować obronę rywala. Mogła się też podobać gra rozprowadzającego akcje Tiby. Rywalom trudno go było upilnować. Niespodzianką była gra od początku Kwekweskiriego. Trzeba przyznać, że choć Gruzin Lecha nie zbawił, to pokazał się z lepszej strony niż grając „ogony”.

W drugiej połowie obie drużyny nastawiły się na szybkie ataki. Legii wychodziły one lepiej. Potrafiła nawet umieścić piłkę w bramce, ale z wyraźnej pozycji spalonej. Lech raz po raz zatrudniał Boruca, zmuszał go do wykazania się umiejętnościami. Gdyby Legia bardziej nastawiła się na zwycięstwo, a Lech nie miał za sobą ciężkich przeżyć w ostatnich dniach, mecz byłby ciekawszy. I nie musiałby się skończyć wynikiem, którego kibice nie lubią.

Lech Poznań – Legia Warszawa 0:0
Żółte kartki: Kamiński, Salamon, Karlström – Mladenović.
Lech: Mickey van der Hart, Lubomir Satka, Bartosz Salamon, Antonio Milić, Jakub Kamiński (61 Michał Skóraś), Nika Kwekweskiri, Jesper Karlstroem, Dani Ramirez (80 Jan Sykora), Pedro Tiba, Tymoteusz Puchacz, Mikael Ishak.
Legia: Artur Boruc, Artur Jędrzejczyk, Mateusz Wieteska, Artem Szabanow (57 Paweł Wszoek), Josip Juranović, Bartosz Slisz, Andre Martins, Bartosz Kapustka, Luquinhas, Filip Mladenović, Tomas Pekhart.
Sędziował Bartosz Frankowski (Toruń).

Udostępnij:

Share on facebook
Share on twitter

Podobne

Słaba Warta przegrała w Zabrzu

Drugi sezon w ekstraklasie okazuje się dla Warty znacznie trudniejszy niż pierwszy. Wyniki, jak się Zieloni przekonują, były ponad stan. Teraz nie tak łatwo wygrywać,

Kłopoty z bramkarzami

Lech wzmocnił się na nowy sezon, na to okienko transferowe nie można się skarżyć. Nie dotyczy to jednak pozycji w drużynie newralgicznej – bramkarza. Klub

Demonstracja mocy

Jest pięknie. Aż strach pisać dobrze o Lechu, bo wszyscy wiemy, jak gwałtownie potrafi zawieść, czasami zwyczajnie zejść na psy. Teraz obawa jest mniejsza. Maciej