Znów to zrobili! Co za frajerstwo!

Wydawałoby się, że bardziej niż ostatnio nie można upokorzyć własnych kibiców, ale dla piłkarzy Lecha granice obciachu nie istnieją. Zmiana trenera na ich mentalność nie wpłynęła. Stal Mielec potrzebuje punktów, więc je sobie z Poznania przywiozła. Przegrywała, ale w samej końcówce niewiele musiała zrobić, by ośmieszyć Kolejorza.

Wiemy, że piłkarze Lecha specjalizują się w ratowaniu drużyn, które są w potrzebie. Podali pomocną dłoń będącym w kryzysie Jagiellonii i Cracovii, ostatnio dali wygrać Podbeskidziu. Nikt by jednak nie uwierzył, że stać ich na to, co zrobili przy Bułgarskiej w meczu z ostatnią drużyną tabeli. Kolejorz jest ciężko chory. Zmiana trenera może niczego nie wyleczyć. Ryba psuje się od głowy.

Pierwsza połowa meczu ze Stalą była w wykonaniu Lecha beznadziejna. Miarą jego „klasy” był sposób rozegraniu kontrataku, który – wydawałoby się – musi przynieść prowadzenie. Na bramkę gości szarżowało czterech piłkarzy Lecha, mając przeciwko sobie dwóch spanikowanych obrońców. Pech chciał, że piłkę prowadził fatalny tego dnia, chaotyczny tak, że bardziej już nie można, Michał Skóraś. Podał wprost do jednego z dwóch przeciwników.

Gra Lecha była szarpana i jak zwykle pełna błędów. Maciej Skorża zapowiedział ofensywę i mówił, że oczekuje od pomocników, by grali przede wszystkim do przodu. Piłka krążyła jednak głównie między obrońcami Lecha, którzy podwali do siebie lub do bramkarza, albo wybijali na ślepo. Trener stał obok i spokojnie przyglądał się, jak jego podopieczni bawią się w antyfutbol. Po przerwie Lech mocno zaatakował, uzyskał przewagę, często gościł na polu karnym Stali. Grał jednak zbyt nerwowo, by cokolwiek uzyskać, strzałów było niewiele.

Dwoił się i troił Puchacz. Oddał potężny strzał, który bramkarz z trudem odbił na poprzeczkę. Nieudany był też drugi, dopiero za trzecim razem miał więcej szczęścia. Uderzył z linii pola karnego, jak zwykle mocno, po lekkim rykoszecie bramkarz był bez szans. Teraz wystarczyło kontrolować mecz, wyprowadzać kontry. Normalny Lech zdobyłby co najmniej jedną jeszcze bramkę. Obecny jest nieskuteczny i nieskoordynowany, na dodatek wielkoduszny wobec rywali.

Dowiezienie prowadzenia wydawało się pewne, ale Lech nie byłby Lechem, gdyby to zrealizował. Krótko przed końcem meczu Forsell wrzucił piłkę z autu w pole karne. Zrobiło się zamieszanie, Kraweć wepchnął piłkę do własnej bramki. To był jego pierwszy z nią kontakt, minutę wcześniej zastąpił Kamińskiego. Piłkarze Stali oszaleli ze szczęścia. Wiedzieli już, że na Lecha zawsze można liczyć, ale jeszcze nie doceniali jego hojności.

W doliczonym czasie była identyczna sytuacja – daleki wyrzut z autu, z tego samego miejsca. Lech słynie z powielania własnych błędów. Pozwolił Stali zdobyć drugą bramkę i wygrać mecz. Otrzymała zwycięstwo na tacy.

Lech Poznań – Stal Mielec 1:2 (0:0)
Bramki: Tymoteusz Puchacz 80 – Wasyl Kraweć 89 (s), Jonathan de Amo 90
Żółte kartki: Milić, Sýkora – Mak, Matras.
Lech: Filip Bednarek, Alan Czerwiński, Lubomir Satka, Antonio Milić, Tymoteusz Puchacz, Michał Skóraś (65 Jan Sykora), Jesper Karlstroem (70 Nika Kwekweskiri). Pedro Tiba, Dani Ramirez, Jakub Kamiński (88 Wasylk Kraweć), Aron Johannsson (65 Filip Szymczak).
Stal: Rafał Strączek, Robert dadok (73 Albin Granlund), Jonathan de Amo, Bożidar Czorbadżijski, Michał Flis, Krystian Getinger, Maciej Urbańczyk (84 Maciej Jankowski), Mateusz Matras (84 Petteri Forsell), Grzegorz Tomasiewicz, Mateusz Mak (67 Aleksandyr Kolew), Maciej Domański (67 Andreja Prokić).
Sędziował Jarosław Przybył (Kluczbork).

Fot. Damian Garbatowski

Udostępnij:

Share on facebook
Share on twitter

Podobne

Nie do odparcia

Siła ofensywna Lecha jest tak duża, że kiedy przyspieszy, bez trudu gubi przeciwnika. Tylko dwa zremisowane mecze na własnym stadionie, poza tym same zwycięstwa. W