Znów islandzka kompromitacja! Co oni zrobili z Lechem?!

Jak można było tak skutecznie i tak szybko zdemontować najlepszą w Polsce drużynę? Trzeba mocno się postarać, żeby do tego doprowadzić. Jaki jest cel takiego działania, po co właściciel Lecha niszczy coś, co do niego należy i warte jest miliony, doprowadza ludzi kochających jego klub do rozpaczy? Tak sobie zaplanował, czy tak mu jakoś wyszło? Takie pytanie stawiają sobie kibice po jeszcze jednym blamażu. To nie jest pierwsza islandzka katastrofa klubu pod tym kierownictwem. Nie dość, że Lech przegrał, to pokazał nieudolność, brak jakiegokolwiek pomysłu. Wszystko to szybko zmierza do całkowitego upadku.

W meczach pucharowych, szczególnie wyjazdowych, kluczową pozycją w każdej drużynie jest obrona. W Lechu jest ona w stanie rozpaczliwym. Najważniejsi defensorzy się leczą, na boisku znaleźli się nowy nabytek Dagerstal, który nie popisał się w meczu ligowym i Douglas, dla którego jest to pozycja obca. Niestety, od pierwszych minut było to widoczne.

Potwierdziło się, że Vikingur gra ofensywnie, wykorzystuje każdą okazję do ataku dużą liczbą piłkarzy. Gospodarze łatwo zdobywali teren i raz po raz defensywa Lecha była w opałach. Do tego przytrafiały się fatalne błędy, jak Douglasa bezmyślnie tracącego piłkę w sytuacji, gdy był ostatnim graczem przed Bednarkiem. Lech odwzajemnił się dwoma atakami z udziałem aktywnego w pierwszych minutach Ishaka, niestety nieudanymi.

Goście próbowali zakładać pressing, stosować długie podania. Nie było z tego jednak pożytku. Do tego strata goniła stratę. Nawet nie atakowani piłkarze Kolejorza gubili piłkę, kopali niecelnie, wybijali na aut. W islandzkim zespole nie ma graczy klasowych, są oni jednak świetnie zorganizowani i wybiegani. Potrafili robić z tego użytek. Jak na dłoni było widać, która drużyna jest na fali, a która mocno cierpi, w dodatku ma atrapę obrony.

Dopiero po 20 minutach z gospodarzy zeszło powietrze, już nie byli tak energiczni. Przyczyną było ogarnięcie się Lecha, który zaczął grać spokojniej i skuteczniej w pressingu, długo utrzymywać się przy piłce. Akcje ofensywne nadal się jednak nie udawały, głównie za sprawą niedokładności i strat, w czym celował Velde. Nawet jeżeli przeszedł rywala, to za chwilę łatwo piłkę tracił. Jeszcze gorzej grał Amaral, kompletnie niewidoczny. Grać musiał, bo innej solidnej „dziesiątki” akurat w klubie nie ma.

Pod koniec pierwszej połowy Lech panował na boisku, wykonywał serię rzutów rożnych. Vikingur się obronił, w dodatku wyprowadził kontratak. Pomocnicy Lecha udawali, że przeszkadzają Islandczykowi w ataku, ten wykonał zwód i uderzył sprzed pola karnego w długi róg i Lech przegrywał. To była cena braku obrony i przede wszystkim braku organizacji gry. Stracić gola po własnym rzucie rożnym? To piłkarski kryminał.

Drugą połowę Lech zaczął lepiej, przeprowadził kilka szybkich ataków, stworzył zagrożenie, szczęścia i formy zabrakło Amaralowi. Po 10 minutach sytuacja wróciła do normy i nieatakowani Islandczycy zaczęli zagrażać Lechowi. Młodzi gracze nie mieli problemów z dochodzeniem do strzałów, kręcili tzw. obroną mistrza Polski. Bezradność Lecha, ślamazarność, daremne szukanie choćby odrobiny piłkarskiej jakości aż bolała. Tak było do ostatniej minuty. Piłkarze Lecha biegali, ale bezładnie, bezmyślnie. Nie dość, że nie wyrównali, to niewiele brakowało do straty drugiej bramki. Z pewnością trener van den Brom znów będzie dumny ze swych zawodników. Jeżeli pozostanie w klubie do przyszłego tygodnia, Lech straty z Rejkiawiku nie obroni.

Udostępnij:

Podobne

Słabość Lecha nadzieją Luksemburczyków

Carlos Fangueiro, trener F91 Dudelange, nie ma złudzeń: Lech jest faworytem, nie ma co porównywać jakości piłkarzy obu zespołów i wysokości budżetów. Luksemburczycy nie przyjechali

Na transfery trener nie liczy

Pokonanie w dwumeczu mistrza Luksemburga da Lechowi awans do fazy grupowej Ligi Konferencji. Trzeba będzie łączyć występy w Europie z ekstraklasą. Trener John van den