Szczęście sprzyja pewnym siebie

Przy całej swojej klasie i wyrastających ponad poziom ekstraklasy umiejętnościach piłkarzy, Lech jest niezwykle wrażliwy na niespodziewane okoliczności. Nie zawsze udaje mu się zdyskontować przewagę, zapobiec nagłym wyczynom przeciwnika, dobrać mu się do skóry. Mówiąc po ludzku – musi mieć szczęście, by wygrywać. Skoro ma być drużyną klasy europejskiej, pora od tego się uniezależnić.

Po dwóch ostatnich meczach Lecha nastroje kibiców były skrajnie różne. Porażka w Gdańsku spowodowała stratę pozycji lidera, zachwiała wiarą w mistrzostwo. Po tygodniu zdemolowanie trudnego przeciwnika, pozbawienie go złudzeń, wywołało euforię. Nie można jednak powiedzieć, że Kolejorz w Gdańsku zagrał fatalnie, a w Szczecinie fantastycznie. Paradoksalnie, w przegranym starciu z Lechią pokazał się z lepszej strony, tylko nie rzucił jej na kolana mimo wielu oddanych strzałów, nie nadeszły niesamowite minuty, gdy wszystko wychodzi, a w dodatku w końcówce pozwolił gospodarzom przeprowadzić jedyną skuteczną akcję.

Komentujący mecz dla Canal+ Radosław Majdan zauważył, że atakującemu, prowadzącemu grę Lechowi zdarza się zasłabnąć po 70 minucie, stracić koncentrację, pozwolić rywalowi dojść do głosu, nie nadążać za jego akcjami. W głosie byłego bramkarza ledwo wyczuwalna była nutka nadziei. Lech jednak zawiódł tych, co tego oczekiwali – akurat w tym momencie zdemolował Pogoń. Przestał być przewidywalny. To lepiej rokuje na sukcesy niż dobra forma poszczególnych zawodników.

W Szczecinie Lech do przerwy zachował się nietypowo, jak nie on: celnie nie strzelił ani razu. Potem już uderzał na bramkę, ale rzadziej niż w poprzednich meczach. Był za to wreszcie skuteczny. Przeprowadził akcję wzorcową, ośmieszającą obronę Pogoni. Blisko chorągiewki rożnej znalazł się z piłką Karlstrom. Pamiętajmy, że to nie skrzydłowy, nie boczny obrońca, lecz defensywny pomocnik. Dostrzegł samotnie znajdującego się przed polem karnym Murawskiego, ten uruchomił wbiegającego pod bramkę Kamińskiego. Podanie głową, strzał Ishaka z powietrza i po zabawie. Obrońcy bezradnie przyglądali się piłce krążącej nad ich głowami.

Właśnie tego zabrakło w meczu z Lechią. W Szczecinie pojawiło się też coś, czego nie było w starciu z Cracovią. Lech nie czekał, aż przeciwnik podniesie się na nogi, lecz do końca wykorzystywał jego oszołomienie. Natychmiast wyprowadził drugi skuteczny cios. Rozegranie, podanie Pereiry i dojście do piłki Kownackiego były mistrzowskie. Moc obecnego Lecha polega na głębi składu. Amaral, czołowy gracz ligi, nie jest niezastąpiony. Kiepsko zagrał, nie czuł piłki. Można go było zastąpić Kownackim, a ten pokazał dużą klasę, załatwił Lechowi dwa gole.

Właśnie takie wydarzenia potrafią nabrać pewności siebie. Piłkarze Lecha znają swoją klasę. Stać ich na zdemolowanie każdego ligowego przeciwnika. Niestety, nawet słabeusz potrafi im się przeciwstawić i przy odrobinie szczęścia odebrać punkty. Pecha uniknąć nie można, ale tylko zespoły nadwrażliwe mają tak duże predyspozycje do uzależnienia się od niego. Pokrzyżował Lechowi szyki w Białymstoku, Mielcu, Łęcznej, Gdańsku. Nie za dużo takiej przypadkowości? Z czegoś musi ona wynikać. Z pewnością nie z jakości gry, nie z umiejętności piłkarzy.

Słyszymy opinie, że Lech rozegrał właśnie najlepszy swój mecz wyjazdowy. Prawda jest inna. Ten mecz był fantastyczny tylko przez sześć minut, był też najwyżej wygranym. Lepiej Lech zagrał tydzień wcześniej, ale nie potrafił wtedy zapobiec wpływowi czynników przypadkowych. Nadzieja w tym, że po tak dużym sukcesie poczucie własnej wartości u piłkarzy wzrośnie. Oni wiedzą, że są najlepsi w lidze, ale czasami dzieje się coś nieracjonalnego. Coś, z czym najwyższa pora się rozstać.

Józef Djaczenko

Udostępnij:

Podobne

Zwycięstwem uczcili mistrzowski tytuł

To był niecodzienny mecz. Szczelnie wypełnione trybuny, atmosfera wielkiego święta, poczucie wypełnionej misji. Piłkarze Lecha mogli zagrać na luzie, cieszyć się futbolem, choć nie wszystko