Najwięcej bramek strzelonych, najmniej straconych – taki jest bilans Lecha w tabeli ekstraklasy. To układ wzorcowy. Świadczy o równowadze, niezbędnej przy budowie drużyny piłkarskiej. Każde zachwianie działa na niekorzyść, brak balansu jest szkodliwy, uniemożliwia osiąganie sukcesu, może doprowadzić do upadku. Poprzednicy Macieja Skorży dobrze o tym wiedzą. Nie trzeba daleko szukać, by znaleźć drużynę kompletnie niezbalansowaną. To nasza reprezentacja narodowa.

Prowadzi ją osoba, którą już dziś można nazwać wielkim szkodnikiem, choć jeszcze większym był ten, co zaangażował poprzedniego i obecnego selekcjonera. Wymyślenie Jerzego Brzęczka to ruch zupełnie niezrozumiały. Gdyby chcieć sięgnąć po kogoś z naszej ligi, można byłoby znaleźć osobę bez porównania bardziej do tego się nadającą. Zbigniew Boniek kompletnie się na trenowaniu nie zna, zanotował zresztą na tym polu kilka spektakularnych porażek, ale nawet on wreszcie zrozumiał, że to był ruch fatalny i z niego się wycofał. Tylko dlaczego sięgnął po kogoś jeszcze gorszego?

Były prezes PZPN tłumaczył, że chciał, by nasza narodowa drużyna nie odbiegała tak bardzo jakością gry od europejskich potęg, by próbowała im się postawić, nie ograniczała się do bezładnej obrony i skazanych na niepowodzenie, nielicznych prób odgryzienia się. Paulo Sousa miał za zadanie uczynić grę bardziej ofensywną, przenieść jej ciężar na połowę przeciwnika. Natychmiast zmienił system na trzech obrońców i wahadłowych. Gdyby dobrał od początku do tego wykonawców i tylko ulepszał ten układ, doskonalił zgranie, być może doszedłby do tego, czego w Rakowie dokonał Marek Papuszn. Ale Sousa wolał nieustannie eksperymentować. Wykonywał ruchy niezrozumiałe, a w tym szaleństwie nie było żadnej metody.

Skutek był taki, że strzelenie naszej reprezentacji bramki nie stanowiło dla nikogo żadnego problemu. Najniżej sklasyfikowane w Europie zespoły mogły liczyć na prezent od polskiej defensywy. I nic dziwnego, skoro selekcjoner wystawiał na pozycji ostatniego obrońcy takiego mistrza defensywy, jak Bereszyński. Samego siebie przeszedł w ostatnim meczu, posyłając na lewą stronę trzyosobowego bloku obronnego prawonożnego Kędziorę. To już był sabotaż. Lista błędów, jakie popełnił, jest bardzo długa. Pomylił się wszędzie, gdzie tylko mógł – jakby celowo chciał zaszkodzić. Nikt przy zdrowych zmysłach nie podejmowałby tak idiotycznych decyzji.

W ten sposób nawet osoby broniące dotychczas Sousy przekonały się, co z niego za specjalista. Gdyby nie próbowały doszukiwać się w jego działaniach racjonalnego ziarna, już dawna by zauważyły, do czego prowadzą szalone eksperymenty na żywym organizmie. Oglądaliśmy je i próbowaliśmy zrozumieć właściwie w każdym meczu. Celem trenera nie było wygrywanie, ale zaskakiwanie obserwatorów coraz „ciekawszym” ustawieniem, wynajdywaniem piłkarzy po to tylko, by wystawić ich do gry, a potem zastąpić kimś zupełnie innym. Odgadnięcie składu na jakikolwiek mecz było niepodobieństwem. Sousa robił niespodzianki chyba nawet samemu sobie, jakby przeprowadzał losowanie.

Gdyby trenował drużynę ligową i został zatrudniony przez prezesa, któremu jest kompletnie obojętne, jak gra jego zespół, można byłoby takiego trenera rozgrzeszać. Ale on bawił się w ten sposób reprezentacją narodową! Nikogo niczego nie nauczyła klęska na Mistrzostwach Europy, nowy prezes PZPN zapalił Sousie zielone światło. Już wie, jaka jest tego cena. Anglia była dla nas nieosiągalna w grupie eliminacyjnej do Mistrzostw Świata, ale pozostałe spotkania należało wygrać. Wystarczyłoby zmontować solidną ekipę, racjonalnie nad nią pracować, nauczyć kilku schematów ofensywnych i wykorzystywania własnych atutów. Tylko trener nieudacznik pozbawia swoją drużynę wszelkich walorów.

Skutek jest taki, że Mistrzostwa Świata przejdą nam koło nosa. Porażka z rezerwami Węgier była kosztowna pod każdym względem. Za coś takiego pan trener powinien wylecieć z hukiem. Narobił ogromnych szkód, także finansowych, bo najbliższy mecz eliminacyjny nie odbędzie się na Stadionie Narodowym, lecz na obiekcie klasowego przeciwnika. Gdyby jakimś cudem Polska wygrała, po trzech dniach czeka ją jeszcze trudniejsze zadanie. Sprzątanie po szkodniku powinno się zacząć od razu. Trzymanie go do marca to szaleństwo, proszenie się o guza, ośmieszanie polskiego futbolu, i bez tego wystarczająco skompromitowanego.

Udostępnij:

Share on facebook
Share on twitter

Podobne

Rzeczywistość równoległa

Słynny już wywiad Dariusza Mioduskiego, właściciela Legii Warszawa, opublikowany na klubowej stronie internetowej, otworzył wielu ludziom oczy na mentalność obowiązującą na Łazienkowskiej. Mówi się, że

Derby pełne paradoksów

Tylko wynik się zgadzał. Okoliczności i przebieg derbów były niezwykłe. Mimo miażdżącej przewagi Lecha, najlepszym jego zawodnikiem został bramkarz. Defensywa Lecha rzadko pozwala rywalom na