Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Bogumił Głuszkowski, triathlonista, trener: Dyscyplina daje wolność

włącz .

Zainteresowanie Polaków trenowaniem, wysiłkiem fizycznym stale rośnie.

– Ten trend utrzymuje się od jakiegoś czasu. Muszę jednak podkreślić, że w naszym klubie przy Drodze Dębińskiej nie zajmujemy się fitnessem. Jest to miejsce, w którym spotykają się ludzie chcący się samodoskonalić uprawiając dyscyplinę, w której widzą szansę dla siebie nie tylko w kontekście ładniejszego wyglądu, lecz nauczenia się czegoś o sobie. Z coraz większym zdziwieniem zauważamy, że rośnie liczba osób zainteresowanych świadomym traktowaniem samego siebie. W ostatnim sezonie tylko do triathlonu przygotowywało się u nas około 100 osób.

Sport jest Pańskim zawodem. Czym dokładnie Pan się zajmuje?

– Zawsze zajmowałem się fizycznością. Jeszcze kilka, kilkanaście lat temu na bazie doświadczenia z mojej ukochanej dyscypliny, czyli triathlonu zajmowałem się treningiem jako elementem łączącym sferę emocjonalną, duchową, fizyczną. Właśnie w tej konwencji widziałem fizyczność. Nie po drodze jest mi więc z zagadnieniami fizjologicznymi, biomechanicznymi, choć znam się na tym i to rozumiem. Patrząc z mojej perspektywy, dużo istotniejsze jest połączenie fizyczności i umysłu. Było to dla mnie na tyle istotne, że poszukując własnej drogi zdecydowałem się wydzierżawić obiekty Akademii Wychowania Fizycznego. W związku z tym zarówno hala widowiskowo-sportowa, jak i pływalnia są nadal własnością AWF-u, ale ja nimi zarządzam. Nie jest to klasyczny obiekt rekreacyjny, bo nie ma tu jaccuzi, nie ma zjeżdżalni, ale udaje nam się spinać budżet i utrzymywać ten obiekt.

Ile osób stale z niego korzysta?

– W okresie między wrześniem a czerwcem odwiedza nas ok. 7 tysięcy osób tygodniowo. Trzeba wiedzieć, że są to ludzie, którzy do siebie samego podchodzą w sposób niezwykle świadomy. Nawet w rozumieniu matematycznym. Do każdego innego obiektu, gdzie wykupuje się abonament, wchodzi się wtedy, gdy się chce, bez żadnych ograniczeń czasowych. W naszym klubie większość zajęć jest zorganizowana, opiekę nad trenującymi sprawują instruktorzy. Kto się zdecyduje z niego korzystać ma świadomość, że przychodzi w określony dzień, o określonej godzinie, ma do dyspozycji tor o określonym numerze, znajduje się pod logistyczną opieką jednego z instruktorów. Mamy więc do czynienia ze skatalogowaniem życia. A jednak większość osób decydujących się na taki wariant przekonuje się, że w perspektywie czasu daje to wolność.

Dzięki narzuceniu sobie dyscypliny?

– Tak. Można się w ten sposób przekonać, że wolnego czasu w ciągu dnia mamy teraz coraz więcej. Być może dlatego, że taka struktura ruchu tak szalenie dyscyplinuje. Zaczynają zwykle od 2-3 godzin w tygodniu, jako elementu podtrzymania zdrowia. Potem jest to 4-5 godzin jako element jakiegoś życiowego projektu, na przykład ukończenia maratonu. Nagle się okazuje, że na trening dający o wiele lepsze samopoczucie można poświęcić nawet 10 godzin w tygodniu. Większość osób funkcjonuje tu w taki właśnie sposób.

Jeszcze kilka lat temu triathlon był w Polsce dyscypliną egzotyczną.

– Myślę, że trafiłem we właściwy czas. Było nas niewielu, działaliśmy w dziewiczym terenie. Pozwoliło mi to, mimo braku predyspozycji, osiągnąć sukcesy i zdobywać tytuły Mistrza Polski.

Brak predyspozycji? Cieszy się Pan opinią osoby niezwykle wysportowanej.

– Wystarczy porównać moją budowę ciała z gladiatorami XXI wieku, jakimi są współcześni triathloniści, by wiedzieć, co mam na myśli. Opowiem anegdotę. Kiedyś grałem w piłkę ręczną. Zrezygnowałem z niej, gdy jeden z trenerów na pytanie o grę Bogumiła Głuszkowskiego odpowiedział: wypowiem się za 20 centymetrów. Właśnie wtedy zdecydowałem się zmienić dyscyplinę sportu. W dawno już nie ukazującym się czasopiśmie „Sportowiec” świętej pamięci Mirek Mizera wspólnie z Jurkiem Górskim opisali triathlon. Jeden z nich użył sformułowania, że w triathlonie nie jest potrzebny żaden talent oprócz talentu do pracy. To była przyczyna mojego wyboru. Był to taki czas, że gdy w zawodach brało udział 150, 200 osób wydawało się, iż jest to coś niesamowitego, choć już wtedy startowałem w zawodach z udziałem 2 tysięcy uczestników i udawało mi się znaleźć w pierwszej dziesiątce, piętnastce.

Nie można było się spodziewać tak niesamowitego rozwoju tej dyscypliny w Polsce.

– Wydawało się nieprawdopodobne, że to nastąpi. W tym roku uczestniczyłem w dwóch imprezach, w tygodniowym odstępie, w Poznaniu i w Gdyni. Każda z nich skupiła półtora tysiąca uczestników.

Na jakim dystansie?

– „Połówki” [przepłynięcie prawie 2 kilometrów, przejechanie 90 kilometrów rowerem, przebiegnięcie półmaratonu, czyli 21 kilometrów – J.D.]. Można było też uczestniczyć w „ćwiartce”.

Poznań dopiero ubiega się o prawo organizacji zawodów Ironman, na pełnych, czyli dwukrotnie dłuższych dystansach.

– Gdynia też się o to stara, ale według mnie Poznań ma dużo większe szanse. Gdynia jest cudownie położona z dostępem do plaży, ale trudno wierzyć, by zdołała na tak długi okres czasu zamknąć centrum miasta. Natomiast Malta i sąsiednie tereny, możliwość wyjazdu na ulicę Warszawską to wielki atut Poznania, pozwalający realnie myśleć o organizacji Ironmana.

Co w triathlonie jest najtrudniejsze? Pływanie?

– Dla każdego jest inaczej. Jeśli ktoś uprawiał pływanie, nawet nie rejestruje, że to część triathlonu. Dla kogoś, dla kogo jest to całkowicie nowe środowisko, będzie to duża trudność. Większość osób boi się właśnie pływania. Niezależnie od tego, jak bardzo arogancko to zabrzmi, zarówno rower, jak i bieganie są dyscyplinami, w których wystarczy cykliczność, umiejętność jej przestrzegania. Trzeba szybko jeździć na rowerze na długim dystansie, stosunkowo szybko biegać na długim dystansie. Pływanie natomiast niezależnie od tej cykliczności wymaga cierpliwości, na którą w XXI wieku często nie mamy czasu. Nie staramy się dostosować do nowego środowiska, czyli do wody. Staramy się z nią walczyć. To jest właśnie syndrom naszego stulecia. Można walczyć z pedałami w rowerze wywierając ogromny nacisk na korbę niezależnie od tego, czy to jest potrzebne, czy nie, nie wiedząc, że i rower można „oswoić”, by nie poświęcać mu 100 procent energii. W czasie biegu też trzeba umieć posługiwać się sobą. W pływaniu natomiast trzeba dostosować się do nowego środowiska.

Woda jest obca. Nie próbujemy się z nią „dogadać”.

– Pierwszym krokiem, by przepłynąć szybko, jest przepłynąć efektywnie. Kto trenuje bieganie ten wie, że najpierw trzeba wydłużać dystans, a potem przyspieszać. W życiu codziennym nastawiamy się głównie na szybkość. Wielu z nas ma trudności z nauczeniem się właściwego ruchu. Nie nauczywszy się tego próbuje pływać szybko. Konsekwencje są takie, że zamiast przepływać 100 metrów na 48 ruchach, przepływamy ten dystans na 100, a nawet 150 ruchach starając się zabijać wodę.

Co poradziłby Pan człowiekowi, który odkrył w sobie potrzebę zmierzenia się ze sportem ekstremalnym – z trzema dystansami, z własnym ciałem, z ograniczeniami? Od czego trzeba zacząć? Można działać samodzielnie?

– Przede wszystkim – triathlon nie jest sportem ekstremalnym. Budowanie filozofii tego sportu na słowie „ekstremum” to błąd.

Mam na myśli powszechną opinię. Kto nigdy nie miał do czynienia z tak dużym wysiłkiem, jest on dla niego czymś ekstremalnym.

– Zgoda, ale triathlon nie jest żadnym wyzwaniem dla kogoś, kto zrozumie, że jego idea zawiera się w codziennej pracy od września do czerwca, a start w zawodach jest tylko wisienką na torcie, że zmiana całego życia polega na zmianie codziennych przyzwyczajeń.

Nie ma niczego trudniejszego niż przemiana codziennego życia.

– Tak, ale w tym momencie nie mówimy o ekstremalnym sporcie, a o zmianie samego siebie. W podobny sposób jako ekstremalny można byłoby nazywać nie tylko triathlon, ale i sztuki walki. Szukamy elementów pozwalających nam wyznaczyć nasze granice.

Wrócę do pytania. Czy człowiek jest gotów sam, we właściwy sposób wyznaczyć sobie codzienną dyscyplinę i trenować bieganie, pływanie, jazdę na rowerze, czy powinien się skierować do fachowca, który go we właściwy sposób ukierunkuje?

– Spośród 750 osób, które wystartowały ostatnio w Poznaniu na „połówce” i drugich 750 na „ćwiartce”, 70 procent bawiło się samodzielnie. Kto jednak przyszedł do nas, ten zobaczył, jaka jest skala tego wyzwania, w jakim stopniu na zdyscyplinowanie wpływa kontakt z tymi, co doskonaleniu siebie poświęcili całe życie. Tu nie wystarczy powiedzieć: dzisiaj 300 metrów, jutro 600 metrów. Takich trenerów jest mnóstwo. Chodzi bardziej o mentora. O osobę, która przeprowadzi przez te 9 miesięcy, będzie umacniała w postanowieniu. Dzięki takiej osobie trening wcale nie jest czymś ekstremalnym. Im więcej daje się innym albo określonemu celowi, tym więcej wraca do ciebie. Taka jest zasada. Kto to zrozumie, uprawia sport z czystej ekonomii. Im więcej czasu poświęcasz na doskonalenie siebie, tym więcej tego czasu zyskujesz.

Czy osoba, która we wrześniu zaczyna w mądry sposób trenować ma szansę zmierzyć się latem z trzema dystansami?

– W zeszłym roku, gdy tu przychodziło 100 osób, trudno było mi to sobie wyobrazić. Gdyby wtedy ktoś mnie o to pytał, byłbym zdystansowany i mówiłbym, że mam duże wątpliwości. Po roku pracy z najrozmaitszymi ludźmi, wykonującymi różne zawody, na rozmaitych stanowiskach uważam, że to nie jest kwestia fizyczności, lecz otwartego umysłu. Kto odniósł sukces w jakiejś dziedzinie i trafił do triathlonu, który ma go doskonalić, zrealizuje cel. Większość z tych, co przyszli do nas, poradziło sobie.

Najważniejsza jest więc głowa.

– Tak, ale mamy do czynienia z paradoksem. Miewam okazję stawać naprzeciw psychologów, którzy też powtarzają, że sukces tkwi w głowie. Wtedy wypada zadać im pytanie, ile razy podejmowali trud zrzucenia30 kilogramów nadwagi z brzucha. Skoro tak doskonale posługują się głową, to skąd ta nadwaga? W filozofii Wschodu i tych, którzy kiedykolwiek zrozumieli, czym jest człowiek, najważniejsze jest zrozumienie swojej fizyczności. Jeżeli dobrze zarządzasz czymś tak prymitywnym, jak swoje ciało, to dobrze zarządzasz też umysłem. Uczymy się zarządzania umysłem poprzez fizyczność, a nie odwrotnie. Nie dajemy dyrektywy przez umysł do ciała. To byłoby bardzo prymitywne. Chcąc zostać liderem, trzeba nauczyć się najpierw samego siebie. Chcąc być szefem poganiającym batem, zostać przyniesionym w teczce na określone stanowisko, nie trzeba się na niczym znać. Chcąc być dużą osobowością, podarować coś z siebie, trzeba się zmierzyć z sobą stając przez lustrem. Każda dyscyplina sportu służy temu, by inspirować ludzi. Jeśli redukujemy ją do etapu zdobywania medali, prowadzi to do stosowania samej technologii, do podarowywania sobie kolejnych nowych gadżetów. Człowiek przestaje być w tym ważny. Triatlon uczy codziennej odwagi stawania prze lustrem niezależnie od tego, jak potargał nas dzień wczorajszy.

Rozmawiał Józef Djaczenko