Nie tylko piłkarze postawią się Lechowi. Także natura

Lech będzie tej jesieni walczył nie tylko z przeciwnikami z ligi polskiej, portugalskiej, szkockiej i belgijskiej. Kto wie, czy piłkarskie zmagania nie będą łatwiejsze niż obrona przed podstępnym wirusem. Może on nieźle narozrabiać, zrujnować kalendarz, wymusić walkowery, albo przekładanie meczów. To jeszcze nie wszystko. Lechowi może też zagrozić trawa na Bułgarskiej.

Już w sobotę Kolejorz stanie przed pierwszym wyzwaniem. Pokonać Jagiellonię, a trzeba to zrobić koniecznie, wcale nie będzie łatwiej niż rywala z mocnej europejskiej ligi. Nie dlatego, że Jaga to taka potęga. Trzeba się z nią zmagać w momencie, którego Lech nie lubi – tuż po wznowieniu rozgrywek, i w miejscu, gdzie kompletnie mu nie idzie. Od lat tam nie wygrał. Bywało, że prowadził, ale zawsze wygraną tracił. Ostatni trener Żuraw zapowiedział przełamanie tego fatum. I wrócił do Poznania z punktem.

W czwartek Lech zagra u siebie z najmocniejszym rywalem od lat. W zamierzchłej przeszłości podejmował tu Liverpool, mocną w tamtym czasie Borussię Moechengladbach, Barcelonę. Po latach posuchy na Bułgarskiej gościły Manchester City, Juventus. Braga. Potem jeszcze FC Basel, Fiorentina. W czwartek przeciwko Lechowi wybiegnie słynna Benfica. Akurat teraz poznaniacy mają atuty – grają odważnie, ofensywnie, skaleczyć mogą każdego.

Pojedynek z tak wielkim klubem to gratka dla kibiców. Takie spotkania, zwłaszcza zakończone dobrym wynikiem, wspomina się latami. Każdy kibic chciałby mieć taki zapis w życiorysie. Zapowiadało się, że na stadionie zasiądzie, przy pandemicznych ograniczeniach, ok. 10 tysięcy osób. Przyszedł jednak cios w postaci zakazu rozgrywania meczów z widzami. Mogą wchodzić to teatrów i kin, czyli do zamkniętych pomieszczeń, ale na trybuny pod gołym niebem – nie. Można to porównać do zakazu wchodzenia do lasu, rekreacyjnego biegania i jeżdżenia rowerem.

Lasy przestały być strefą zakazaną, ktoś zmądrzał i wycofał durne zarządzenia, jest więc niewielka nadzieja, że może na następne mecze pozwolą ludziom wejść na trybuny, gdzie przecież ryzykuje się mniej niż na przystanku tramwajowym. Jeśli nie, to pozostanie przekonanie, że to nie ostatni występ Lecha w fazie grupowej. Do Poznania mogą przyjechać jeszcze większe kluby. Ten rok i tak trzeba kibicowsko spisać na straty. Lech szczęśliwie wybrnął z problemów finansowych, ale kibice obeszli się smakiem, zły los i urzędnicy zamienili ich w fanów telewizyjnych.

Tej jesieni, niemal do samego Bożego Narodzenia, boisko przy Bułgarskiej musi przyjąć potężną dawkę meczów. Lech będzie się tu potykał z Cracovią, Rakowem, Podbeskidziem, Pogonią, Wisłą Kraków, na dodatek Benfiką, Standardem Liege, Rangersami, a wszystko to w dwa miesiące. To gigantyczne obciążenie dla trawy, która z natury jest rachityczna, sztucznie podtrzymywana przy życiu, reanimowana chemicznie i fizycznie.

Włosi, grający ostatnio z Polską w Gdańsku, byli oburzeni skandaliczną jakością boiska. Trudno się dziwić, w cywilizowanym świecie od lat już się nie gra na tak dziurawym grzęzawisku. Tamta nawierzchnia i tak była lepsza od tej przy Bułgarskiej za „najlepszych” czasów, gdy na zmianę rujnowali ją Lechici i Warciarze. Trawa we Wrocławiu, na meczu z Bośnią, była nieco lepsza, ale do doskonałości brakowało jej bardzo, bardzo dużo.

O tej porze roku trawa na poznańskim stadionie nigdy nie była w dobrym stanie. Nawet gdy wizualnie prezentowała się nieźle, nie wytrzymywała nawet rozgrzewki. Wielkich szkód potrafili narobić rezerwowi grający w dziadka. Strach pomyśleć, co będzie pod koniec roku. Nie wiemy przecież, co nam zgotuje natura, czy nie trzeba będzie rozgrywać meczów w śniegu. Władze klubu mają więc niemałe zmartwienie organizacyjne. Chyba, że zdarzy się cud i trawa jakoś przetrwa.

Udostępnij:

Share on facebook
Share on twitter

Podobne

Zasłużona porażka Warty

Niewiele do powiedzenie mieli Zieloni w meczu przeciwko Górnikowi Zabrze. Goście byli w Grodzisku dużo lepiej zorganizowani, do tego nastawili się ofensywnie. Byli jednak bardzo