(Nie) stworzeni do futbolu

Piłka nożna wymyka się racjonalnym uogólnieniom, próbom zmierzenia, zaplanowania. Tu nigdy 2+2 nie równa się 4. Zawsze pozostaje margines na coś nieprzewidywalnego, niezwykłego i niewytłumaczalnego, czasami wręcz magicznego. Trenerskie kariery robią tylko ludzie mający „coś”. Coś, czego nie znajdziemy u innych, najlepiej wykształconych, fachowo analizujących, przepięknie opowiadających.

Podobnie jest z dyrektorami sportowymi, prezesami klubów. Trzeba nie tylko znać się na tym fachu, rozumieć futbol i działających w nim ludzi od podszewki. Trzeba też być wizjonerem. Nikt tego racjonalnie nie zmierzy, nie określi w detalach, nie zaprojektuje. Dobrym lekarzem lub inżynierem może być każdy, kto jest pracowity, kształcił się pilnie przez wiele lat. W futbolu też jest to potrzebne, ale nie jest decydujące. Trzeba jeszcze mieć to, czego inni u siebie nigdy nie znajdą.

Często ważne funkcje w futbolu pełnią ludzie stworzeni do czegoś zupełnie innego. Niczego nie osiągną, prędzej zdemolują to, za co odpowiadają. Potrzeba cudu, by sami zrozumieli, że się do tego nie nadają. Pójdą w zaparte, nie poddadzą się nigdy. Złe decyzje będą podejmować zawsze, bo trafili do niewłaściwej niszy.

Kibice Lecha mają wielkiego pecha. Ich klub ma wszystko, by osiągać sukcesy. Zamiast tego, grzęźnie w kolejnych kryzysach. Ratuje się, zamiast się rozwijać. Trwoni własny potencjał. Zniechęca, zamiast przyciągać. Nieszczęście polega na tym, że nie można tu zatrudnić kogoś znającego się na rzeczy, kto potrafi nadać właściwy kierunek rozwojowi. Byłoby to złamaniem ustroju. Ma być tak, jak jest. Balast, jaki klub musi dźwigać, dany jest na zawsze. Chyba, że komuś się obecna rola znudzi…

Zbigniew Boniek to człowiek wielkiej piłki. Zrobił wielką karierę, a miał w głowie wystarczająco dużo, by to zdyskontować. Dowiódł, że nadaje się do biznesu, że jest znakomitym organizatorem. Uratował wizerunek PZPN-u, co wydawało się nieosiągalne. Związek był wyszydzany, znienawidzony, rządzący nim ludzie uchodzili za szkodników. Zmiana prezesa okazała się cudem. Nikt już nie kpił z reprezentacji, nikt na stadionach nie krzyczał, co trzeba robić z PZPN.

Przywilejem prezesa związku jest wybór selekcjonera. I na tym polega pech. Na trenerach i na trenowaniu zwyczajnie się nie zna. To nie jego dziedzina. Próbował, nie udało się. Rok po roku spuszczał kluby z Serie A. Słabo radził sobie w niższych klubach włoskich. Z funkcji selekcjonera zrezygnował po fatalnej porażce domowej z Łotwą. Nie trzeba być człowiekiem wielkiej piłki, by zostać wybitnym trenerem, a intuicja nie zawsze pomaga w wyborze selekcjonera.

Postawił na kumpla z boiska Adama Nawałkę, mimo iż ten nie sprawdził się w kilku klubach. Dzięki żelaznej dyscyplinie i konsekwencji niezłe wyniki miał tylko w Górniku Zabrze. Podobne zasady wdrażał w kadrze. Mimo awansów na duże imprezy, mimo dobrego Euro we Francji, drużyna Nawałki nigdy nie grała porywająco. Liczyła się głównie defensywa. Marnował się potencja dobrych graczy ofensywnych. Nie było polotu, była konsekwencja. O jakości trenerskiej Nawałki szybko przekonali się włodarze Lecha. Zatrudnienie go było łatwym do przewidzenia, kosztownym szaleństwem.

Boniek postawił potem na Brzęczka, choć gdyby powołał jakiegokolwiek innego ligowego trenera, skutek byłby podobny. Niespodziewanie prezes PZPN zmienił zdanie, pozbył się Brzęczka, którego dopiero co wyniósł na szczyty. I znów zawiodła go intuicja, okazał się łatwowierny. Ekipa Brzęczka grała nieciekawie, ale potrafiła punktować. Ekipa Sousy gra brzydko, chaotycznie, nieskutecznie. Trener rozpędził obronę, nowej nie zbudował, gubi się w koncepcjach taktycznych, nieustannie eksperymentuje, dorabia do tego teorie.

Niegdyś właściciel Lecha też zastąpił trenera gawędziarzem. Jose Mari Bakero był człowiekiem z Barcelony, przepięknie opowiadał o taktyce, strategii, budowaniu drużyny, stylu gry. Można go było słuchać godzinami. Sprawiał wrażenie wizjonera. Jak Jacek Rutkowski dał się uwieść Katalończykowi, tak potem Bońka uwiódł Portugalczyk.

Właściciel Lecha nie chciał pozbyć się Bakero, wbrew faktom i logice. „Trener na lata” zabrnął w ślepą uliczkę. Taktyka Lecha ograniczała się do wymiany podań na własnej połowie, a kiedy przeciwnik zbliżył się, następowało wycofanie piłki do bramkarza, by ten kopnął ją na ślepo, często na aut. Nie wiadomo, jak by się to skończyło, gdyby nie kibice. Zbierali się przed stadionem, by wieźć trenera na taczkach. Trzeba było natychmiast wydać komunikat, że Bakero został zwolniony.

Drużyna Sousy na Euro gra równie katastrofalnie, jak w meczach poprzedzających. Mocny w gębie trener snuje opowieści, kreśli wizje, a na grę się to nie przekłada. Ludzie wolą to, co mówił ś.p. Kazimierz Górski – że mecz można wygrać, przegrać lub zremisować, że trzeba strzelić rywalowi jedną bramkę więcej. Jego drużyna grała porywająco, nie ustępowała najlepszym na świecie, Polacy byli z niej dumni. Obecnej reprezentacji się wstydzą.

Z trenerskimi decyzjami Bońka jest jak z zarządzaniem Lechem: żaden ruch nie jest lepszy od poprzedniego. Prezes podjął złą decyzję angażując Brzęczka. Gorszą było zastąpienie go Sousą. Jeszcze gorszą będzie trzymanie się Portugalczyka, czyli eskalacja szkód wyrządzonych polskiej piłce.

Udostępnij:

Share on facebook
Share on twitter

Podobne

Brawo Lech! Taką grę chcemy oglądać!

Czy to prawdziwe przełamanie? Czy zawsze będziemy oglądać takiego Kolejorza? Bardzo byśmy chcieli. Miał słabe momenty, wciąż było widać nerwowość, ale i pojawiło się to,