Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Radosław Sołtys: Kibicowskie pieśni biorą się z serca. I gotowych wzorców

włącz .

Ludzie związani z Lechem znają cię jako najpierw kibica, potem wiceprezesa klubu. Większość kibiców nie ma pojęcia, że jesteś autorem tego, co śpiewają.

– To prawda.

Kiedy zaczęły się twoje związki z Kolejorzem?

– Gdy pojawiłem się na stadionie, a było to jeszcze na Dębcu, gdzie zresztą mieszkałem. Na trybunach bywałem już jako dziecko. Pamiętam mecz, na którym po koronie stadionu jeździłem czterokołowym rowerkiem. Chodziłem na mecze z tatą, potem sam, ale Lech grał już przy Bułgarskiej. Gdy tam się wybrałem samodzielnie, a miałem lat 12, trzeba było odbyć podróż autobusem specjalnym z tabliczką „MECZ”.

Z kim grał wtedy Lech?

– Ze Śląskiem Wrocław. Lech wygrał wtedy 6:0. Z tego meczu utkwił mi w pamięci schodzący z boiska piłkarz Śląska Waldemar Prusik. Wykonał obsceniczny gest w stronę publiczności. Dziś by go za to zdyskwalifikowali na długo. Autobus specjalny ruszał z pętli przy torach na ulicy Opolskiej, kończył trasę przed stadionem, w okolicach pamiętnej stacji benzynowej CPN-u, prowadzącej wyszynk, a więc bardzo popularnej wśród kibiców. W okolicach stało wiele pojazdów należących do PKP, pełniących funkcję mobilnych kas biletowych.

Jak się wtedy dopingowało?

– Inaczej niż dziś. Nic nie było zorganizowane. Każdy śpiewał i krzyczał, co chce. Najczęściej nad stadionem unosił się spontaniczny okrzyk „Ko-le-jorz!”. Słychać też było brzęk tłuczonych butelek, turlających się z wyższych rzędów, popychanych kibicowskimi butami. Kiedy komuna upadła, kibice zaczynali się organizować, przejmowali wzorce z Zachodu. Przyszła fala zauroczenia Anglią. Kibice mieli szaliki, zwykle dziergane przez mamy na drutach. Kto regularnie chodził na mecze, z czasem zaczął jeździć na wyjazdy, wtedy wsiąkał w grupę takich, jak on sam. Tak było ze mną. Pierwszy wyjazd zaliczyłem w 1987 roku. I poszło. Włączyłem się aktywnie w życie kibicowskie.

Atmosfera na stadionie była wciąż taka sama?

– Niezorganizowany początkowo doping zaczął się zmieniać, gdy pojawili się kibice z szalikami, za bramką utworzył się Kocioł, potem przeniósł się na sektory 5-6 na łuku, by na koniec wrócić pod zegar. Wtedy już doping był zorganizowany, pojawiały się flagi trochę bardziej wymyślne niż z wymalowanym farbą napisem „Lech wygra”. Szycie flag o ciekawym kształcie ruszyło na dobre, farbowało się prześcieradła na niebiesko. Niektórzy kibice mieli szaliki przywiezione z zagranicy. To były klubowe szale ekip o niebiesko-białych barwach, takich jak Wigan, Blackburn, Leicester, Manchester City, Schalke.

Pojawiły się też kibicowskie przyśpiewki.

– Zorganizowany doping potrzebuje takich kanonów.

Co kibice śpiewali?

– Moda stadionowa była trwała, z niezmiennym repertuarem, z przeróbkami tego, co śpiewa się na innych stadionach. To nie zmieniło się do dziś. Większość przyśpiewek to utwory zapożyczone z innych stadionów. Kiedyś ten trend skierowany był na Anglię, gdzie kibice zaczęli śpiewać jako pierwsi. Potem to zanikło, dziś już tam się nie śpiewa. Na wielu stadionach słyszało się międzynarodowe standardy, evergreeny takie, jak „Che sera, sera”. Na to nakładało się własne słowa, jak w Poznaniu „Che sera, sera, Kolejorz trzy punkty ma”.

Wcześniej, przed zmianą regulaminu rozgrywek, śpiewało się „Kolejorz dwa punkty ma”. To potwierdza, jak stara jest ta pieśń”.

– Była i „Marsylianka” z własnym tekstem. Było „Go West” zespołu Pet Shop Boys ze słowami „Super KKS”. Każdy klub starał się mieć coś własnego. Teraz obserwuje się skierowanie zainteresowań w stronę chorwacką, grecką, południowoamerykańską. Dominują więc rytmy południowe. Nowe słowa układane są do hymnu klubu River Plate, kibice Widzewa zaadoptowali hymn Panathinaikosu.

Kibice Lecha wiedli prym we wdrażaniu własnych przyśpiewek?

– Raczej znajdowali się w gronie średniaków, choć przyjęło się kilka kawałków naszego autorstwa. Pracowaliśmy nad tym, staraliśmy się wymyślać coś nowego, ale podobnie działo się i w innych klubach. Tyle, że nam to trochę lepiej wychodziło, mimo iż nie był to jeszcze czas, gdy ludzie bardzo zaangażowali się w ruch kibicowski. Dziś członkowie stowarzyszeń tworzą nowe przyśpiewki, a jest to o wiele łatwiejsze, wystarczy znaleźć na YouTube pieśni któregoś ze znanych klubów, do tego ułożyć polskie słowa. Kiedyś trzeba było oglądać zagraniczne mecze, najlepiej z uchem przyłożonym do telewizora, by wyłapać, co trybuny śpiewają. To był inny świat. Trzeba jednak przyznać, że ludzie zabawiają się dziś w całkiem dobrych tekściarzy, ich dokonania słyszymy także na stadionie Lecha.

Lech miał własne, niepowtarzalne przyśpiewki, bo tylko u nas tak bardzo „kocha” się Legię.

– U nas jest Legia, w Łodzi część kibiców nienawidzi ŁKS, a część Widzew, w Krakowie mają Wisłę i Cracovię. Wszędzie jest podobnie, zmienia się tylko nazwa „ukochanego” klubu. Mało jest piosenek autorskich, o których możesz powiedzieć, że tu się zrodziła i można ją przypiąć tylko do określonej drużyny.

W Poznaniu kolejne pokolenia kibiców śpiewają taką właśnie pieśń. Jest twojego autorstwa.

– Myślisz o pieśni ze słowami „Na nienawiści do tej drużyny tak wychowano, wychowano nas…”. Rzeczywiście, popełniłem kiedyś ten tekst.

Pamiętasz, jak do tego doszło?

– Jechałem do centrum handlowego „Panorama” i zastanawiałem się, co by tu pośpiewać o naszej przyjaciółce. I tak do głowy przyszły mi te słowa.

Ile miałeś wtedy lat?

– Działo się to na początku lat dziewięćdziesiątych, a więc miałem jakieś 22-23 lata.

Słowa sam ułożyłeś, ale jak wybrałeś melodię?

– To był skutek obejrzenia filmu przedstawiającego wyjazd kibiców Romy na mecz z Juventusem. Przez Włochy przejechał pociąg grozy, a w oczekiwaniu na wejście na stadion kibice śpiewali piosenkę na melodię, która wpadła mi w ucho. Słyszało się tam jakieś wtręty przeciwko Juve, widać kibice Romy wyrażali swój stosunek do klubu z Turynu. Postanowiłem i ja wyrazić swoje uczucia do Legii.

Mogłeś sobie wyobrazić, że ta pieśń przetrwa tyle lat, będzie intonowana nie tylko na stadionie, ale i podczas rozmaitych spotkań towarzyskich? Przed laty słyszało się ją nawet w poznańskim Zamku, podczas noworocznego przyjęcia u prezydenta miasta.

– Nie mogłem się tego spodziewać. Kiedy coś takiego się wymyśla, to po to, by zaśpiewać na najbliższym meczu. Wiele fajnych piosenek, które kiedyś wymyśliłem, szybko umarło. Kiedyś ułożyłem pieśń o Mirku Trzeciaku – o tym, że „z Koszalina pochodzi, a dziś u nas gra, wszyscy kochamy Mirka Trzeciaka”. Przerobiłem też piosenkę Widzewa, ale ona także nie przyjęła się w Poznaniu.

Czy oprócz pieśni o Legii coś twego autorstwa funkcjonuje do dziś?

– Z piosenek chyba nic innego, wszystkie pozostałe miały krótki żywot. Długo natomiast przetrwały flagi z wymyślonymi przeze mnie hasłami. Jestem autorem dość popularnego na szalikach i flagach hasła „Miłość, wiara, walka”. Ktoś potem dodał do tego „Lech, Cracovia, Arka”. Moja była tylko ta pierwsza część, wtedy jeszcze nie było triady.

Przypomnijmy, że Lech przez jakiś czas nie miał ani jednej zgody.

– To hasło, podobnie jak wiele innych, było zapożyczone. W tym przypadku od Olympique Marsylia, tylko pierwsze słowo – „mit” – zamieniłem na „miłość”. W języku polskim „mit” nie ma właściwego wydźwięku. Znalazłem też hasło, o którym od razu wiedziałem, że się u nas przyjmie. Gdy uporałem się z tłumaczeniem sprzedałem je kibicom i powstała nowa flaga. Na stadionie Swansea można było przeczytać: „Loved by few, hated by many, respected by all”. W moim tłumaczeniu było to „Kocha nas niewielu, większość nienawidzi, boją się nas wszyscy”. Tę flagę widziało się na meczach długo, to jest moja robota. Inny mój pomysł z czasów, gdy nie mieliśmy z nikim przymierza, to „Alone against all”, czyli „Sami przeciw wszystkim”. Już nawet nie pamiętam, gdzie znalazłem to hasło.

Dziś polskie stadiony, także Lecha, podzieliły się na dwie części. Ultrasi prowadzą nieustanny doping, pozostali wtórują od czasu do czasu i klaskają do rytmu.

– Niestety, według mnie właśnie w tym kierunki zmierza kibicowanie. Spodziewam się sinusoidy – będzie się to nasilać, potem zanikać, i tak na zmianę, falami. Po normalnym okresie kibicowskim, gdy do lig wchodzą duże pieniądze, ultrasi są wypierani przez tak zwanych pikników, czyli zwykłych, normalnych ludzi. Przychodzą po to, żeby poczuć atmosferę, posłuchać dopingu, śpiewania, obejrzeć oprawę. W Niemczech kilka lat temu obserwowaliśmy kompletne „spikniczenie”, teraz kibicowanie w Bundeslidze się odradza, ruchy ultras rosną w siłę. W Anglii nastąpił pogrzeb ultras, tylko jedna kapela na 20 coś próbowała robić na trybunach, reszta nic. Wynikało to z wysokich cen sezonowych karnetów, zmuszających prawdziwych, mało zamożnych kibiców do oglądania meczów w pubach. Ale i tam kibicowanie powoli wraca. U nas przejdzie podobną drogę.

Póki co proporcje zmieniają się na korzyść pikników.

– Trudno mi snuć rozważania socjologiczne, ale wszystko idzie w kierunku maksymalnego skomercjalizowania piłki, a komercja nie lubi niczego zaskakującego, ceni sobie przewidywalność. W związku z tym kibice żywiołowi, tacy jak ultrasi, zniechęcają się. Po kilku latach nieobecności odwiedziłem stadion w Anglii. Pomyślałem, że znalazłem się na pogrzebie. Było cicho, doping odzywał się tylko po jakiejś niewykorzystanej sytuacji. Tragedia. To już nie były stare angielskie stadiony. Szkoda by było, gdyby i nasze stadiony zamarły.

Rozmawiał Józef Djaczenko