Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Marian Kaczmarek, były piłkarz Lecha: Marnowany potencjał

włącz .

Oglądał pan mecz z Legią?

– Oczywiście, staram się oglądać wszystkie mecze mojego Kolejorza, więc tak ważnego wydarzenia nie mogłem przegapić. Tym bardziej, że nadzieje były duże. Zapowiadało się, że Lech wreszcie wygra w Warszawie i utrze nosa zarozumialcom z Łazienkowskiej.

Czego zabrakło, by to osiągnąć?

– Przede wszystkim skuteczności, bo okazji bramkowych w drugiej połowie nie brakowało. Taki napastnik, jak Teodorczyk powinien był wykorzystać co najmniej jedną. Gdyby wiedział, jak strzelać bramki, Lech by ten mecz wygrał. O wiele groźniejszy był Szymon Pawłowski, ale on strzelał głównie z daleka, zza pola karnego, a wtedy zaskoczyć bramkarza jest trudniej. Poza tym drużyna walcząca o tytuł nie może mieć tak słabej obrony.

Słabej?!

– Tak, słabej. Nie można mieć do niej zaufania. W każdym meczu robi jakiś błąd. Wołąkiewiczowi zdarza się nawet popełnić pięć błędów w jednym meczu, a po każdym pada gol dla przeciwnika. Kamiński powinien popracować nad tężyzną fizyczną, bo dziś każdy bardziej zdeterminowany rywal potrafi go przepchnąć. Lech musi mieć dwóch pewnych, twardych, szybkich stoperów, takich jak Arboleda, gdy był w pełni formy, albo jak Bartek Bosacki. Nie ulega wątpliwości, że w stosunku do ubiegłych sezonów w tej formacji nastąpił duży regres. Ktoś, kto buduje tę drużynę, powinien się wstydzić.

To bardzo surowa ocena.

– Surowa, ale sprawiedliwa. W takim klubie, jak Lech Poznań, gdzie oczekiwania sukcesu są ogromne, nie można sobie pozwalać na brak profesjonalizmu. Sposób budowania najważniejszej formacji dyskwalifikuje tego, co za to odpowiada. W każdym normalnym klubie zajmuje się tym dyrektor sportowy. Jest to stanowisko, którego nie powierza się amatorowi. Właściciel klubu zdaje sobie sprawę, jak wiele zależy od takiego specjalisty i jak kosztowne są jego pomyłki. Wystarczy spojrzeć, kto pełni takie funkcje w dobrych lub nawet średnich klubach europejskich. To ludzie znający się na futbolu, doświadczeni, często byli piłkarze. Nie zastąpi ich żadne ciało zbiorowe, żaden komitet transferowy. 

Marcin Kamiński i Hubert Wołąkiewicz nie są słabymi piłkarzami, mogliby grać w każdym polskim klubie.

– W każdym polskim klubie mają obrońców, do których można mieć zaufanie. W Lechu strata wielu goli obciąża przede wszystkim obrońców. Bolączką polskiego futbolu jest brak klasowych lewych obrońców. W Lech ten problem udało się rozwiązać, nie można mieć zastrzeżeń do postawy Douglasa. Zwróćmy jednak uwagę, że w tej chwili brakuje tu solidnego prawego defensora. Możdżeń gra na tej pozycji z konieczności, traktuje to jako karę za niepopełnione grzechy. Kędziora nie spełnia jeszcze oczekiwań trenera. Ceesay się leczy. Nie można więc powiedzieć, że Lech ma skład kompletny. Braki widać gołym okiem.

Przed sezonem trener cieszył się, że ma po dwóch dobrych graczy na każdą pozycję.

– I co z tego zostało? W ataku mamy tylko Teodorczyka, bo w klubie brakowało woli zaangażowania zastępcy Ślusarskiego.

Może bardziej pieniędzy niż woli.

– Pieniądze są ważne, ale nawet je wydając można popełnić błędy oceniając zawodników. Natomiast bez pieniędzy można znaleźć zawodnika, z którego będzie korzyść. Trzeba się tylko na tym znać. Pogoń zaangażowała Robaka oferując mu trochę wyższy kontrakt niż miał w Gliwicach. W Szczecinie nie oglądali się na wiek tego piłkarza. Dziś czerpią z tego korzyści.

Czy w obecnym składzie Lecha stać na sukcesy?

– To zależy, co uznamy za sukces. Jeżeli zakwalifikowanie się do europejskich pucharów, to go prawdopodobnie odniesiemy. W klubie o takich aspiracjach, z tak wiernymi i licznymi kibicami trzeba stawiać sobie wyższe cele. Tu trzeba co rok walczyć o tytuł. Stosowanie ostrożnej polityki, szukanie oszczędności, nastawianie się na sukces za ileś lat to marnowanie ogromnego potencjału. Takiego, jakiego nie ma żadne inne polskie miasto. Tu aż się prosi, by stworzyć mocną drużynę, walczyć o mistrzostwo, a stadion się zapełni, całe miasto będzie żyło nadziejami. Nie trzeba niczego wymyślać. Wystarczy sobie przypomnieć, jak było w przeszłości – co się działo, gdy Lech zdobywał mistrzostwo, albo niespodziewanie wywalczył Puchar Polski. Jak można do tego nie dążyć? Dla mnie jest to kuriozum.

Myśli pan, że Lech ma odpowiedni potencjał, by co rok walczyć o mistrzostwo?

– A kto, jeżeli nie Lech? W Warszawie cieszą się, gdy na hitowy mecz przyjedzie prawie 30 tysięcy kibiców, a miasto jest trzykrotnie większe niż Poznań. Gdyby Lech plasował się na czele tabeli i toczył decydujące pojedynki, zabrakłoby miejsc na stadionie. Jak można tego nie dostrzegać?

Co więc radziłby pan obecnym władzom Lecha?

– Przede wszystkim odwagi. I profesjonalizmu w budowania drużyny. Amator nigdy nie dobierze właściwych zawodników, choćby miał mnóstwo pieniędzy do wydania. Tu trzeba doświadczenia. Takiego, jakie mieli ludzie pracujący dla Lecha po przyjściu do Poznana Amiki. Potem wszystko „siadło”, bo takich ludzi zabrakło. Błąd gonił błąd, widzieliśmy nietrafne decyzje personalne. To prywatny biznes, właściciel wydaje własne pieniądze, ale musi mieć świadomość, jak wielkie są oczekiwania. Ludzie, dla których Lech jest wszystkim nie mogą mieć przekonania, że ktoś z nich drwi.

Rozmawiał Józef Djaczenko