Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Andrzej Kuczyński, dziennikarz „Sportu”: Najwyższy czas na przełamanie

włącz .

Nadarza się dobra okazja do zrewanżowania się Legii za ostatnie porażki.

– Z pewnością. Dwóch spotkań pod rząd od dawna Lech z Legią nie przegrał. Mieliśmy wcześniej okres dużo lepszy, bo to my częściej wygrywaliśmy.

Legia będzie zmęczona po meczu pucharowym, ma kontuzjowanych piłkarzy, a Lech wydaje się wracać do wysokiej formy.

– Do takich informacji podszedłbym ostrożnie. Czytając doniesienia na temat drużyny warszawskiej można się dowiedzieć, że oni też szczególnie mobilizują się na mecz w Poznaniu, na derby Polski, na ligowy klasyk – jakkolwiek byśmy takiego meczu nie nazwali. Lepiej ich traktować bardzo poważnie, nie licząc na żadne zmęczenie. Ten mecz w obu drużynach wyzwala dodatkową adrenalinę. Nikt nie będzie pamiętał o poprzednich meczach.

Jak trzeba zagrać, żeby z nimi wygrać?

– Przede wszystkim lepiej w obronie niż rok temu w Poznaniu. Pytanie, czy skuteczność, nad którą piłkarze Lecha ostatnio trenowali, podobno z dobrym skutkiem, pozwoli na odniesienie zwycięstwa. Myślę, że w takim meczu bardzo ważne będzie strzelenie pierwszej bramki. Widzę szanse, by się przełamać i wrócić na właściwe tory, gdy Legia z Lechem najczęściej w Poznaniu przegrywała.

Który mecz Lecha z Legią utkwił Ci w pamięci najbardziej?

– Trudna sprawa, takich spotkań było w przeszłości mnóstwo. Były mecze wygrane, były i bardzo wysoko przegrane. Pamiętam porażkę z Legią 0:6, po doskonałym meczu Lucjana Brychcego.

Ten były piłkarz ciągle znajduje się w sztabie szkoleniowym Legii.

– Tak, szkoli napastników. To był znakomity napastnik, chyba do końca nie doceniony. Inny nieszczęśliwy mecz, to porażka 0:5 w rozgrywanym w Częstochowie finale Pucharu Polski. Do dziś twierdzę, że jacyś ludzie podczas wywołanych wtedy zamieszek zginęli, mimo iż oficjalne komunikaty mówiły, że nic takiego się nie zdarzyło. To była makabra. Najlepszy piłkarz w historii Wielkopolski, Mirosław Okoński, grał w tamtym meczu po przeciwnej stronie. Nawet nam strzelił bramkę.

Pamiętasz same nieszczęścia.

– Nie, dobrze pamiętam też mecze wygrane, jak 3:0 przy Bułgarskiej po hat tricku Piotra Reissa. Albo 2:0 w finale Pucharu Polski. Legia u siebie straty nie odrobiła i Puchar trafił do Poznania. W latach pięćdziesiątych odbył się na Dębcu mecz, po którym Legia, w razie porażki, miała spaść z ligi. Udało się jej zremisować. Podobno Lech bardzo chciał wtedy wygrać, ale do dziś krążą mity, że wygrać nie mógł.

Gdyby wygrał, prawdopodobnie nastąpiłoby powiększenie ligi. Legia nigdy nie spadnie – to nie jest pusty slogan. Ten klub zawsze był pieszczochem centralnych władz.

– Dziś po takim meczu szum medialny byłby niebywały. W latach pięćdziesiątych nie takie rzeczy się działy. Sprawa została szybko wyciszona. Inaczej było przed wojną, wtedy nikt Legii nie chronił. Ten klub wywodził się zresztą z Wołynia, o czym się dziś nie pamięta.

Czyli z prowincji. Głębokiej prowincji.

– Początkowo funkcjonował przy jakichś kresowych koszarach. A my przed wojną też mieliśmy u siebie w Poznaniu Legię. Nie miała ona niczego wspólnego z klubem warszawskim.

Rozmawiał Józef Djaczenko