Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Michał Lipczyński: Całe życie z Lechem Poznań

włącz .

Obserwujesz wydarzenia z ulicy Bułgarskiej?

– Oczywiście, że tak. Interesuje mnie wszystko, co dzieje się tam dzieje od strony sportowej, organizacyjnej, marketingowej. Tym klubem żyję od trzydziestu lat.

Od trzydziestu lat jesteś kibicem.

– Tak. Najpierw była to dziecięca fascynacja, potem pasja młodzieżowa, wreszcie kibolska. No i związałem się z klubem zawodowo. Teraz ciągle mam duszę kibica Kolejorza, a zawodowo zajmuję się marketingiem. Mam służbowe kontakty z Lechem, prowadzimy wspólne interesy.

Było o Tobie głośno, gdy Twoja firma doprowadziła do podpisania przez klub umowy z głównym sponsorem, firmą STS.

– Udało się do tego doprowadzić. Z klubem, którego byłem pracownikiem rozstałem się w 2010 roku. Początkowo trudno nam było znaleźć płaszczyznę współpracy, z czasem udało się jednak wypracować model wspólnych działań, podpisać umowę wiążącą Lecha i firmę 4Sport&Markieting. Na początek zrealizowaliśmy małe transakcje, przeprowadziliśmy akcję wizerunkową z Volkswagenem, którego gościem był Bartosz Bosacki. Sprzedaliśmy kilka lóż na stadionie, pakiet sponsora meczu, trochę czasu reklamowego na ekranach ledowych. Stawialiśmy sobie poprzeczkę coraz wyżej. Szukaliśmy sponsora wypełniającego piramidę w Lechu, czy na najwyższym szczeblu, czy na pozycji sponsora premium i sponsora biznesowego. Apogeum naszej pracy przypadło na czerwiec 2012, gdy firma s’Oliver, czyli sponsor strategiczny oznajmił, że nie przedłuży z Lechem umowy. Klub uruchomił wszystkie siły, by znaleźć kogoś w zamian.

Długo się to nie udawało.

– To prawda. Na dodatek na znalezienie sponsora były tylko dwa miesiące, zaczynał się bowiem nowy sezon. Tymczasem na pozyskanie tak ważnego partnera i doprowadzenie do porozumienia z nim trzeba mieć minimum pół roku. W tym czasie wykonuje się ogrom pracy. Jeśli chodzi o firmę STS – trzeba było na to poświęcić rok pracy.

Czy to prawda, że prawie dogadane były duże firmy, takie jak Drutex, który jednak wycofał się w ostatniej chwili?

– To pytanie do Lecha, nie do mnie. Faktem jest, że w temacie firmy Drutex działo się sporo, rozmowy przechodziły różne fazy, były duże szanse na sfinalizowanie umowy. Trudno powiedzieć, co nie zadziałało.

Czasami kontrahenci w ostatniej chwili, z niewyjaśnionych przyczyn zmieniają zdanie i nikt nie wie, co nimi kieruje.

– Tak. To się zdarza. Z firmą Drutex rozmawialiśmy też o innym produkcie, który oferowaliśmy – miała być sponsorem tytularnym całej I ligi. Pieniądze miały być podobne jak w przypadku zaangażowania się w Lechu Poznań. Dopracowanie, dopieszczenie takiego projektu wymaga wielkiej cierpliwości. Lech ma tę przewagę, że jest jedną z najlepszych płaszczyzn marketingowych w Polsce. Jest produktem ociosanym, przygotowanym do tego, by go wykorzystywać jako nośnik reklam.

Zaczynałeś pracę w zupełnie innym Lechu, w innej rzeczywistości.

– Kiedy zaczynałem, wszyscy dopiero uczyli się marketingu sportowego. Prawie nikt się tym wcześniej nie zajmował. Ten przemysł dopiero raczkował, mieliśmy rok 1999. Nieliczne firmy miały już jakieś doświadczenia, jak marka Lech Premium, obecna w futbolu, w żużlu, ale wszystko było w powijakach.

Cały klubowy marketing w tamtych czasach opierał się na współpracy z kibicami.

– Lech zawsze stał kibicami, tak było, jest i pewnie zawsze będzie.

Dziś jednak można odnieść wrażenie, że działania klubowe i działania kibiców, popularyzujących Lecha w rozmaity sposób, przebiegają niezależnie od siebie.

– W niektórych sytuacjach pewnie rzeczywiście tak jest. Zdarzają się jednak i przypadki działalności wspólnej. Pierwszy z brzegu przykład – współpraca ze sponsorem strategicznym. Kibice postarali się, by sponsor otrzymał jak najlepszy model do wykorzystania swego produktu. To funkcjonuje fajnie. Kibice są zadowoleni, bo firma STS otworzyła się na ich potrzeby, interesuje się tym, co jest im przydatne. Im zaś zależy, by sponsor był usatysfakcjonowany i rozważał możliwość przedłużenia umowy z klubem.

W czasach Twojej pracy w Lechu zaczęła się współpraca z tworzącym się właśnie stowarzyszeniem Wiara Lecha. Trudno przecenić pomoc takiej organizacji w promowaniu klubu.

– Zgadzam się z tym. To było coś nowego. Nie jestem pewny, czy nasze stowarzyszenie było pierwszym w Polsce, ale z pewnością było najbardziej liczne i najbardziej prężne, zaangażowane w życie klubu. Wtedy uczyliśmy się tego. Nie byliśmy przekonani, że to właściwa droga, współpraca nie była jeszcze sformalizowana. Cenne było to, że stowarzyszenie mogło prowadzić działalność gospodarczą, rozliczać się z klubem. Z czasem doszło do ustalenia wzajemnych praw i obowiązków. Jak kolejne lata pokazały, to się sprawdziło, kierunek był dobry. Potem Ekstraklasa SA zarządziła, że kluby muszą mieć podpisane umowy ze stowarzyszeniami o współpracy. Mam nadzieję, że Lech bez takiej kibicowskiej organizacji nie pozostanie. Wiara Lecha zrobiła dużo dobrego nie tylko dla Lecha. Także dla innych wielkopolskich środowisk. Prowadząc promocję klubu, pomaga wielu będących w potrzebie osobom, szczególnie dzieciom.

Nie wszyscy to dostrzegają.

– No właśnie. Są tacy, co wolą widzieć same złe rzeczy, a przecież muszą być i takie, bo w każdym środowisku można spotkać różnych ludzi. Nie wszędzie panuje samo dobro. Nie można jednak skupiać się na opisywaniu samego zła.

Znasz dobrze firmy szukające możliwości promowania się poprzez sport. Czy działania rządu i niektórych mediów prowadzących walkę z wydumanymi zjawiskami, takimi jak bandytyzm stadionowy, ma wpływ na podejmowane decyzje o sponsoringu?

– Oczywiście, że ma. Kilkanaście lat temu tworzyło się dobrą atmosferę wokół klubu, wokół piłki. Stadiony były już bezpieczne, rosło zainteresowanie firm, mediów, kibiców. Rosła frekwencja na meczach. Pojawiły się coraz większe pieniądze. Teraz bardzo nam takiej atmosfery brakuje.

Podstawą polskiej piłki są kluby. Rząd mógłby im pomóc, skupia się jednak na tworzeniu atmosfery zagrożenia, zniechęca do przychodzenia na stadiony, do współpracy z biznesem.

– Takie działania rzeczywiście powodują, że firmy czują się zniechęcone. Dziś nie podejmuje się decyzji o sponsoringu spontanicznie, kierując się sympatiami. Firmy analizują, każdą decyzję poprzedzają badaniami, oceną ryzyka, sprawdzają długofalowość działań. Wszelkie nagonki medialne, powstawanie złej otoczki, zamykanie pod byle pretekstem stadionów ma negatywny wpływ na podejmowane decyzje. Kluby tracą pieniądze, polska piłka nie rozwija się. Słyszymy zapewnienia, że celem działań urzędników jest poprawa bezpieczeństwa na trybunach.

Ależ na trybunach od lat jest całkowicie bezpiecznie! Niczego nie trzeba poprawiać. Nie pamiętam prawdziwie groźnego incydentu na meczu ekstraklasy.

– Mamy do czynienia z pokazówkami. Politycy zabrnęli w aferę hazardową, więc trzeba było błyskawicznie uchwalić radykalne ustawy. Przy okazji do jednego worka wrzucono jednorękich bandytów i firmy bukmacherskie. Nie tylko Lechowi, ale całej polskie piłce przepadły grube miliony. Władze chcą pokazać się z dobrej strony, a skutki bywają dla sportu bolesne.

Chciałoby się powiedzieć – byle do wyborów...

– Może i tak, ale pamiętajmy, że Platforma wydawała się bardziej otwarta, nowoczesna światopoglądowo i związana ze sportem od PiS-u. Nie wiem, jakie polityczne rozwiązanie będzie teraz korzystne.

Wydaje się, że kontakty z politykami nigdy sportowi nie służyły.

– Tak i nie. Te dziedziny zawsze się będą przenikać, nie tylko w Polsce.

Politycy mogą bardziej zaszkodzić niż pomóc.

– Nie zgodzę się z tym. Weźmy taką Lechię Gdańsk. Tam sponsorem stadionu jest państwowy koncern PGE, sponsorem klubu jest państwowy Lotos. Pozyskanie ich nie było działaniem marketingowym ale politycznym.

Pan premier bardzo swojemu klubowi pomógł, a kibice tak nieładnie go na gdańskim stadionie traktują.

– Kibice chyba nie do końca dowierzają intencjom premiera. Być może nie uznają go za swego, ale o to trzeba byłoby spytać kogoś z tamtego środowiska. Tak czy inaczej – politycy często pomagają klubom ze swego terenu. Lech też na tym korzystał. W ten właśnie sposób rozpoczęła sięrozbudowa stadionu.

To była pomoc samorządu. Lokalni politycy słuchali swych szefów z Warszawy i najczęściej, choć z chwalebnymi wyjątkami, sprzeciwiali się kontaktom z klubem. Świętej pamięci Maciej Frankiewicz nie musiał nikogo słuchać. Robił swoje, pomagał, jak mógł.

– Bez pomocy z magistratu Lech by nie przetrwał, to jest pewne.

Odchodziłeś z klubu z żalem. Jakie są Twoje odczucia po latach?

– Nie miałem wyboru, to nie ja zadecydowałem o moim odejściu. Jasne, że to bolało. Człowiek poświęcił klubowi 11 lat, większość swojej zawodowej kariery. Bardziej myślał o Lechu niż o sobie samym. Po kilku latach nabrałem do tego trochę dystansu. Lech dał mi sporo doświadczenia, pozwolił wyrobić mnóstwo znajomości, mogę to w działaniach firmy wykorzystać. Z drugiej strony – mogłem zdecydować się na odejście kilka lat wcześniej i już wtedy zarabiać pieniądze, także dzięki współpracy z klubem. Życie pokazuje, że więcej można zarobić będąc zewnątrz, ale robiąc w dużej mierze prawie to samo. Ryzyko jest większe, trzeba się mocnej starać, ale efekty są lepsze.

Rozmawiał Józef Djaczenko