Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Rafał „Uszol” Dąbrowski: To nie było chuligaństwo dla chuligaństwa

włącz .

Od kiedy przypomniałeś kibicom Lecha o swoim istnieniu, każda informacja przyjmowana jest z wielkim zaciekawieniem. Czym to tłumaczyć?

– Nie wiem. Może ludzie darzą mniej jakimś sentymentem, a może to mój nieodparty urok i czar osobisty (śmiech). Nie będę udawał, że nie dostrzegam tego zjawiska, bo przecież odbieram mnóstwo sygnałów o zainteresowaniu moją osobą. Zastanawiam się nad tym. Przez wszystkie te lata utrzymywałem kontakty ze znajomymi i przyjaciółmi, spotykałem się z nimi i w naszych rozmowach temat lat 90. nie istniał. Wystarczyło, że po 17 latach pokazałem się na stadionie, a pamięć o mnie odżyła.

Rozstałeś się z kibicowaniem pod koniec lat 90. Jak odbierasz różnice, jakie w międzyczasie nastąpiły na stadionie? Oczywiście nie chodzi o sam obiekt, który jest zupełnie inny, ale o mentalność kibiców, nastawienie do klubu.

– Chcąc być ścisłym muszę przypomnieć, że pierwszy raz na stadionie po długiej przerwie pojawiłem się, gdy Lech rozgrywał słynny zimowy mecz z Juventusem. Trzeba na to patrzyć nie w kategorii powrotu na stadion, ale przypadku. Nie byłoby mnie tam, gdyby nie mój przyjaciel Zbigniew Rybak i jego nachalne namowy i prośby oraz zaproszenie do skyboxu przez pana Piotra Gadomskiego. Zobaczyłem zupełnie inny świat niż ten, który znałem. Nietypowe było wszystko, nic nie kojarzyło mi się z kibicowaniem, jakie pamiętałem, przebywałem zresztą daleko od prawdziwych kiboli. Czułem się tak, jakbym był u kogoś na imprezie, a nie na stadionie. Mówiąc szczerze, zajmowałem się konsumpcją alkoholu i rozmową.

Ostatnio jednak kilkakrotnie pojawiłeś wśród kibiców i miałeś okazję z bliska poczuć meczową atmosferę.

– Nie poczułem. Mój świat był kompletnie inny od tego, który zobaczyłem po latach. Wbrew temu, co niektórzy sugerują, to nie był mój powrót na stadion. Owszem, pokazałem się. Śmiesznie to może zabrzmi, ale została na mnie wywarta pewna presja. Wszystko wynikło z tego, że zostałem poproszony, abym dostąpił zaszczytu rozwieszenia na płocie fany „Kolejorz”, którą 20 lat temu zaprojektowałem i wspólnie z moimi kolegami wykonałem i która teraz została odnowiona, trochę przerobiona, poprawiona. To był katalizator, który przyczynił się do mojej obecności wśród kiboli. Nie ma jednak mowy o powrocie na stadion w takim sensie, jakiego wielu się spodziewa. Nie ukrywam, że kierowałem się też trochę ciekawością. Jeżeli teraz pokazuję się na stadionie, to głównie z powodów towarzyskich. Wykorzystując znajomości zabieram ze sobą młodych ludzi, czy też dobrych znajomych będących nadal kibolami, w tym moje dzieciaki. Bez tego nigdy nie miałyby okazji pojawić się w skyboxach, obejrzeć stadionu „od kuchni”. Reasumując – cieszę się z tego, że mogę zrobić im frajdę.

Emocji sportowych już nie przeżywasz?

– Czasami przeżywam. Duże wrażenie wywarł na mnie mecz z Pogonią. Przyjechali kibice ze Szczecina, siedziałem nie wewnątrz skyboxu, ale na krzesełku przed nim, wracałem pamięcią do własnych przygód związanych ze zmaganiem się Lecha z tym klubem, a jest co wspominać. Nie brakowało różnych animozji między kibicami, konfrontacji, starć, pościgów. Uczestniczyłem w tym wszystkim, kiedyś nienawidziłem tego klubu i jego fanów z całego serca, ale chyba jakieś zachodzące we mnie procesy chemiczne zrobiły swoje i teraz cieszyłem się, że tu przyjechali (śmiech). Nie słyszałem z ich strony za wiele bluzgów pod adresem Lecha, w każdym razie niewiele docierało do miejsca, które zajmowałem. Może wyrażam się niezbyt poprawnie z kibolskiego punktu widzenia, ale to tylko taka luźna myśl. Poza tym sam mecz fajnie się oglądało. Był zacięty i dla mnie emocjonujący. Lech wygrał, ale równie dobrze to Pogoń mogła wyjść z tego pojedynku zwycięsko. Jak wiemy, nie postawa, a liczba zdobytych bramek decyduje o zwycięstwach.

Czasy się zmieniły, nie ma już zadym na trybunach. Załóżmy jednak, że na takim meczu dochodzi do konfrontacji między kibicami. Jak byś zareagował? Włączyłbyś się, czy spokojnie obserwował przebieg wydarzeń?

– Zajebiste pytanie! Dziękuję, że je zadałeś. Przyznam się, że myślałem o tym, i to niejednokrotnie. Pewne jest jedno: gdyby w mojej obecności poniżany, czy też bity był człowiek z niebiesko-białym szalikiem, nie pozostałbym obojętny. Mimo iż minęło 17 lat od kiedy przestałem bywać na stadionie, jestem innym człowiekiem, odizolowałem się od tego wszystkiego i burzliwe czasy mam za sobą, to w takiej sytuacji chyba nie potrafiłbym się pohamować.

Kiedy dziś czyta się niektóre wspomnienia i obserwuje komentarze na temat przeszłości, to można dojść do wniosku, że w latach 90 chodziło się na mecze wyłącznie po to, by uczestniczyć w zadymach, ścierać się z wrogami i z policją. Było jednak inaczej. Bijatyki zdarzały się, ale nie były normą.

– Wielokrotnie na ten temat ostatnio się wypowiadałem, ale teraz powtórzę: chuligaństwo, w którym czynnie uczestniczyłem wynikało tylko z tego, że byłem zakochany w swojej drużynie, świata nie widziałem poza nią, byłem gotowy poświęcić jej wszystko, z życiem włącznie. Chuligaństwo było elementem tego wszystkiego, co mnie wiązało z Lechem Poznań. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych ludzi właśnie ono jest najważniejsze, na mecze chodzili, czy też nadal chodzą w jednym celu. Tak było kiedyś, tak być może jest i dziś. Pod koniec mojej, nazwijmy to żartobliwie – kariery, gdy uczestniczyłem w rozmaitych bójkach, pościgach, zasadzkach spotykałem się z młodymi ludźmi o mentalności innej niż moja. Gdy pytałem ich o to nie kryli, że chodzą na mecze tylko dla chuligaństwa. Nie pociągały ich meczowe oprawy, doping, atmosfera na trybunach, ani tym bardziej wyniki Lecha, sensem życia był udział w zadymach. Wiedziałem, że w przypadkach starć ktoś taki jest naprawdę wartościową jednostką bojową, ale i tak gdzieś w głębi duszy mnie to bolało. W przeciwieństwie do takich ludzi nie chodziłem na stadion tylko po to, by się wyładować uczestnicząc w bójkach i pokazać, jaki jestem dzielny. Nie to było ważne, nie to było w tamtym czasie sensem kibicowania, ale Lech Poznań. To była nazwa mistyczna, miała w sobie coś świętego, przynajmniej dla mnie.

Ale jedno nie wykluczało drugiego.

– Nie! Gotowy byłem bić się w każdych warunkach, bez względu na to, jakie mam szanse. Ale nie robiłem tego dla siebie, tylko dla Lecha, na jego cześć i chwałę. Liczyły się barwy, a nie sama bijatyka, zrobienie rozróby. Kiedy eka z jednej dzielni styka się z drugą, to mamy chuligaństwo dla chuligaństwa, bez dodatkowego kontekstu, bez żadnej ideologii. Ja ją miałem, widziałem sens tego, co robię. Nie mówię, że niechętnie uczestniczyłem także w rozróbach, że unikałem konfrontacji. Mam na sumieniu niejeden wybryk, niejedno bezsensowne zachowanie, ale to nie była codzienność. To były sytuacje wyjątkowe. Tak czy siak, niechcący stałem się chuliganem numer jeden, przynajmniej taką miałem opinię. Tak byłem postrzegany wtedy, tak słyszę o tym teraz, mimo upływu tak wielu lat. Tu już nawet nie chodzi o łatkę chuligana, której się nigdy nie pozbędę. Przylgnęła do mnie opinia aktywnego kibola, człowieka Lecha Poznań. Tak jestem traktowany do dziś, co mnie zastanawia, bo przecież przez 17 lat nie miałem niczego wspólnego z Lechem. Jak to mogło tak długo przetrwać? Dlaczego wciąż jestem postrzegany tak, jakby nie było tak długiej przerwy, jakbym ciągle w tym uczestniczył? Jakby dosłownie nic się nie stało, nic w międzyczasie nie zaszło!

Wracam więc do mojego pierwszego pytania. Czym to tłumaczyć?

– Dla mnie to jest fenomen. Ci wszyscy ludzie traktują mnie tak, jakbym nie zniknął na tak długo, jakby wszystko to działo się wczoraj. O tym, że tak się dzieje przekonałem się wracając niedawno pociągiem z Gdyni. W przedziale zupełnie przypadkowo znalazłem się z kibolem Zagłębia Lubin. Okazało się, że on wie, kim jestem, słyszał o mnie. Zaskoczył mnie tym. Przyznam, że to było niesamowite uczucie – dowiedzieć się, że zostałem zapamiętany, i to nie tylko w Poznaniu.

Pytałem cię też o różnice w kibicowaniu w twoich latach i teraz. Czy dawniej kibice też angażowali się w sprawy polityczne, wyrażali na stadionie swoje poglądy na świat?

– Drodzy chuligani, drodzy ultrasi, drodzy kibole. Pytacie mnie często o dawne czasy, więc wyjaśniam. Dla mnie istniała tylko jedna religia, jedna świętość. To był Lech Poznań. Wszystko inne się nie liczyło, przynajmniej na stadionie. Przez cały tydzień z utęsknieniem czekałem na sobotę, bo wtedy rozgrywano większość meczów. Dzień meczowy był świętem. Adrenalina rosła z godziny na godzinę, dosłownie trząsłem się na myśl, że coraz bliżej do pójścia na stadion. Na trybunie drużynie oddawaliśmy sto procent siebie. Nie było mowy o polityce, o demonstrowaniu poglądów. Nic nie umywało się do Lecha i jego barw. Po prostu inny świat nie istniał.

Ktoś kiedyś powiedział, że kibiców Lecha może dzielić wszystko, ale łączy tylko jedno: miłość do klubu. Na stadion przychodzą różni ludzie, wyznają rozmaite poglądy, jednak wobec Lecha są sobie równi.

– O ile sobie przypominam, wpadłem kiedyś na pomysł wyrażenia na meczu jakichś treści odbiegających tematycznie od Lecha. Coś mnie tak wyprowadziło z równowagi, nawet nie pamiętam już co, że chciałem dać temu wyraz przez zamanifestowanie na stadionie. Moi ówcześni koledzy, a szczególnie Radek Sołtys przekonali mnie, że stadion to nie jest właściwe miejsce na tego typu demonstracje i powinniśmy być z dala od takich zachowań. Powiedział mądrą rzecz – że tu jesteśmy tylko kibicami i tu liczy się tylko nasz Lech. Ostudził moje zapały. Przyznałem mu rację. Zszedłem na ziemię. Dziś, jak widzę, jest inaczej. Moim zdaniem chłopacy powinni się zastanowić nad tym, co robią, co jest dla nich najważniejsze, po co przychodzą na stadion. Poza nim niech dyskutują, wyrażają poglądy, robią, co chcą, ale na meczu nic nie może przesłaniać Lecha. Taki jest mój pogląd w tej sprawie. Zaznaczam, że nie sprzyjam żadnej partii, także mój osobisty światopogląd nie ma tu nic do rzeczy. To tylko moja dobra rada: panowie, zajmujcie się jakością dopingu i wizerunkiem czołowych kibiców w Polsce, a do tego aspirujecie. I poprawcie choreografię, nie stójcie jak słupy soli. Szaliki nie służą do tego, by obwiązywać sobie nimi szyje.

Czujesz się patriotą?

– Tak, ale tylko lokalnym. Dla mnie liczy się tylko Poznań i Wielkopolska, choć nie ma mowy o żadnej autonomii naszego regionu, nie domagam się tego tak, jak to czynią Ślązacy, czy Kaszubi. Oczywiście mam pewne mrzonki, bądźmy jednak realistami. Podkreślę tylko, że całym sercem czuję się Wielkopolaninem. Gdyby przyszło mi mieszkać w innym mieście niż Poznań, to w grę wchodziłaby tylko Gdynia. Od wczesnej młodości mam do niej duży sentyment.

Sprawom patriotyzmu, a także kibicowaniu poświęcone jest przedstawienie teatralne „Ambona ludu”, grane w Teatrze Nowym. Twórcy tego spektaklu potraktowali cię jako symbol kibica, postać charakterystyczną. Prosili ciebie o konsultacje.

– Zaznaczam, że poproszono mnie o to nieformalnie, można powiedzieć – prywatnie. Zadzwonił do mnie w tej sprawie znajomy aktor. Odpowiedziałem, że przecież od dawna jestem już poza tym środowiskiem. Okazało się jednak, że mogę się przydać i jest to bezdyskusyjne (śmiech). Wiedziony ciekawością i chęcią pomocy zgodziłem się. Odezwał się do mnie Marcin Kalisz grający w spektaklu postać kibica. Spotkaliśmy się, przedstawił mi założenia sztuki teatralnej, zaciekawiło mnie to. Rozmawialiśmy długo, chyba ponad dwie godziny. Zauważył, że kiedy opowiadam o dawnych czasach czuję się tak, jakbym ciągle tam tkwił, mam błysk w oczach, dosłownie dzikość. Opowiedziałem mu trochę swoich przygód. Nie robił żadnych notatek, tylko słuchał. Wywiązała się z tego bardziej przyjacielska pogawędka niż udzielanie jakichś rad. Potem się przekonałem, że trochę tego, czego się ode mnie dowiedział, przemycił do spektaklu. Zapamiętując to zaimponował mi, poczułem satysfakcję.

Odgrywał rolę gniazdowego.

– Takiego terminu nie znam, nie utożsamiam się z nim, w moich czasach czegoś takiego nie było. To ja byłem alfą i omegą tamtego Kotła. Ale Marcinowi Kaliszowi fajnie to wyszło. Cały spektakl bardzo mi się zresztą podobał. Niektórzy źle o nim mówią, ale do mnie przesłanie tej sztuki trafiło, zresztą – oceniając reakcję widowni – nie tylko do mnie.

Recenzje były pozytywne, ale można było spotkać się i z krytyką. Otóż twórcy mieli popełnić błąd polegający na współpracy z niejakim „Uszolem”, kibolem noszącym tatuaż przedstawiający Waffen SS.

– Podkreślę jeszcze raz, że nikt mnie oficjalnie do współpracy nie zapraszał, spotkałem się z aktorem na gruncie prywatnym, zupełnie nieoficjalnie i pogadaliśmy na temat kibicowania. Reakcje po premierze rzeczywiście były fajne. Reżyser podszedł do mnie, przedstawił się, podziękował. Wbrew niektórym sugestiom o żadnych tatuażach nie rozmawialiśmy. Gdybym służył w tej sprawie radą, to pan Kalisz nie pokazałby się na scenie z Jezusem na klacie i z postacią powstańca warszawskiego na ramieniu, co dla mnie było skandalem. Upamiętniałby powstańców wielkopolskich. Nie tylko z reżyserem wtedy rozmawiałem. Stając przez chwilę w osamotnieniu zauważyłem, że w moim kierunku zmierza pewien postawny mężczyzna. Myślałem, że się mylę, ale nie, on szedł wprost do mnie. Kiedy stanął przede mną nie miałem pojęcia, kto to jest. Uścisnęliśmy sobie dłonie, oczywiście przedstawiłem się, tyle że nadal nie wiedziałem, z kim mam do czynienia. Zauważyłem tylko wpięty w klapę marynarki herb Poznania. Zagaił mnie o sztukę i jej odbiór. Wymieniliśmy się komentarzami na temat reakcji publiczności, a ja wciąż nie wiedziałem, jak się do niego zwracać. W pewnym momencie, gdy do rozmowy włączały się inne osoby, wszystko się wyjaśniło – tytułowały go „panie prezydencie”. Dopiero wtedy nastąpiło objawienie.

Rozmawiałeś z Jackiem Jaśkowiakiem?

– Jak się okazało – tak. Dołączyły do nas kolejne osoby, wywiązała się ciekawa dyskusja na temat sztuki. Potem doszły mnie słuchy o przytykach pod moim adresem, że wącham się z prezydentem, z którym kibice walczą. Takiego aspektu w ogóle nie brałem pod uwagę, zresztą i tak długo nie miałem pojęcia, z kim mam do czynienia.

To dowodzi, jak daleko ci do głównego kibicowskiego nurtu.

– Polacy uwielbiają krytykować, oczerniać, przyklejać łatki, wykluczać, piętnować, zresztą podobnie jak wszyscy i wszędzie. Teraz na pewno usłyszę, że jako poznaniak powinienem znać swego prezydenta. Nie chcę się usprawiedliwiać, ale kto mnie zna, ten wie o moich problemach z rozpoznawaniem ludzi. Jeśli z kimś nie obcuję, nie spotykam się regularnie, to nie wiem, z kim mam do czynienia. Mogłem z nim rozmawiać, nawet pić wódkę, ale jeśli dłuższy czas go nie widzę, to potem go nie rozpoznam. Pana prezydenta Jaśkowiaka nie widuję codziennie, ale to nie jest tłumaczenie się, lecz ciekawostka na mój temat. Taką po prostu mam przywarę. Tego wieczoru rozmawiałem zresztą z wieloma ciekawymi osobami. Między innymi z aktorką grającą rolę pani profesor.

Mowa o pani Danieli Popławskiej.

– Tak. Nie tylko ona, ale i inni uczestnicy spektaklu traktowali mnie jak zjawisko oraz aktywnego kibola. Prostowałem, że to nieprawda, bo moje kibicowanie to przeszłość. Pani Popławskiej złożyłem szczere gratulacje, bo swą rolą wywarła na mnie niesamowite wrażenie. Jej monologi wpisują się w to, co nas otacza, z czym mamy do czynienia w życiu codziennym i co najważniejsze – jak są postrzegani wszyscy kibole przez ogół społeczeństwa. Po prostu oszalałem. Apeluję do wszystkich, którzy krytykują ten spektakl, żeby wybrali się na niego choćby dla samej roli odgrywanej przez panią Danielę Popławską. W dość kategoryczny sposób pytała mnie o opinię na temat tego, jak kibice traktują prezydenta. Chciała wiedzieć, czy moim zdaniem jest to w porządku. Była tym zbulwersowana. Dyplomatycznie uciąłem temat mówiąc, że to nie czas i miejsce na takie rozmowy, zresztą w sukurs przyszedł mi pan prezydent mówiąc, że kiedy obejmował urząd wiedział, na co się pisze i musi być na te sprawy odporny. Tak czy owak – nie czuję się w tej tematyce kompetentny, w tym środowisku po prostu mnie nie ma. Korciło mnie tylko, żeby spytać pana prezydenta o to, czego dowiedziałem się od Edgara Trzcielińskiego i Radka Majchrzaka ze Stowarzyszenia Kibiców Lecha Poznań – że w 2015 roku nie wziął udziału w obchodach rocznicy Powstania Wielkopolskiego, bo po prostu wyjechał sobie w góry. Dla mnie jest to niepojęte. Przecież jest prezydentem naszego miasta. Nie dość, że nasze Powstanie jest marginalizowane, to jeszcze najważniejsza osoba w mieście do tego się przyłącza.

Szkoda, że o to nie spytałeś.

– Potem już nie było okazji, zaczęła się oficjalna uroczystość związana z premierą przedstawienia. Żałuję. Skoro taki przykład idzie z góry, to nie możemy mieć pretensji o to, że pamięć o naszym zwycięskim zrywie nie jest kultywowana.

Wróćmy do tatuaży, które nosisz i które nieustannie ci wypominają.

– Gdyby wszyscy, którzy próbują do tego dorobić jakąś ideologię dowiedzieli się, z jakich, między innymi infantylnych pobudek to zrobiłem, byliby rozczarowani. Dajmy temu spokój. Jest jak jest, nie mam zamiaru się tłumaczyć. Zdawałem sobie sprawę, jakie to wzbudzi kontrowersje. No i to mam. Dziwię się tylko, że ci wszyscy bystrzy dziennikarze, wypominający symbol Waffen SS nie zauważają tatuażu, który mam na przedramieniu, a który każdego lata jest wyeksponowany. To herb Poznania, noszę go z dumą od ponad 20 lat. Nic nie piszą też o naszych poznańskich koziołkach, które mam na dłoniach. Ciekawe…

Masz w planach częstsze pokazywanie się na stadionie?

– W grudniu 2015 roku zakomunikowałem, że to już nie jest mój świat, a od tego czasu nic się nie zmieniło. Jeżeli zaproszenia od Piotra Gadomskiego nadal będę otrzymywać, to dzięki jego uprzejmości pokażę się na stadionie, ale wyłącznie w celach towarzyskich.

Przez 17 lat, jak mówisz, wynikami Lecha nawet się nie interesowałeś. To się zmieniło?

– Nie zmieniło się. Kiedy mój podopieczny i przyjaciel Damianek udzielał się z kumplami z tzw. sekcji gimnastycznej Lecha, trochę się wciągnąłem, bo go to kręciło. Pytałem go o wynik, ale tylko dlatego, że on tam był. Nadal nie przeglądam tabel, wyników. Miałem możliwość prowadzenia dopingu na meczu z Legią, potem na meczu z Arką, ale to drugie wydarzenie miało tragiczne tło. Damianek, o którym mówię, zginął w wypadku, miał 25 lat. Bardzo to przeżyłem, w końcu to mój wychowanek, mieliśmy bliskie relacje. Bardzo się cieszył, gdy stanąłem na podeście na meczu z Legią. Jego marzeniem było, bym poprowadził cały doping także na meczu z Arką. Zresztą nie tylko on, w tej sprawie zagadywało mnie wielu ludzi. Mam sentyment do starej Arki, on o tym wiedział i żałował, że akurat wtedy przypadł mu wyjazd do Hiszpanii. Miał oglądać mecz w telewizji, gdyby nie udało mu się wrócić. Atmosfera była podła, bo dotarła do mnie wiadomość o jego wypadku. Nie wiedziałem, czy wypada prowadzić doping w takich okolicznościach. Jego przyjaciel Tomek powiedział, że jeśli tak było ustalone, to żebym to zrobił dla niego. Wyłączyłem się więc i myślałem już tylko o tym, jaki byłby zadowolony, gdyby to widział. W tym jednym momencie poczułem ducha starych lat, nastąpił wystrzał endorfin i adrenaliny. Poczułem, że znów jestem na swoim miejscu, szkoda tylko, że z taką tragedią w tle. W tym czasie Damianek walczył ze śmiercią, skonał następnego poranka.

Pokazałeś się też na meczu z Wisłą.

– Tak, ale na ostatnie minuty, by podziękować kibolom za to, że głośnym dopingiem upamiętnili Damianka. Także Grzegorza Bielawca, który w moich czasach zaczynał jeździć na mecze razem ze swoim rodzeństwem, a niedawno przegrał walkę z rakiem. Ultrasi w krótkim czasie wykonali kawał dobrej roboty. Formalnie nie mam na nich teraz żadnego przełożenia. Pojawia się facet właściwie znikąd i mówi, jakie ma wizje na transparenty, a oni to uwzględnili. Stanęli na głowie, wszystko pięknie wymalowali, zmieścili się w czasie mimo piętrzących się problemów z miejscem, gdzie można było to zrobić i terminami. Jestem tej anonimowej garstce ultrasów bardzo wdzięczny za oprawę upamiętniającą Damianka i Grzesia Bielawca. Chcę też podziękować Jarkowi Czyżowi za zrobienie okolicznościowych fan.

Mówisz, że stare czasy nie wrócą, ale mecz z Arką opisujesz tak, jakby właśnie wróciły.

– Te 90 minut rzeczywiście było dla mnie powrotem do przeszłości. To było coś. Szkoda tylko, że w tym meczu zabrakło bramek. Chciałbym zapewnić kibiców, że decydując się na prowadzenie dopingu po tak długiej przerwie zrobiłem to dla nich, a nie dla obecnego Lecha. Z mojej strony to nie był populizm. Absolutnie! Nie bez znaczenie była także realizacja marzenia mojego przyjaciela Damianka.

Rozmawiał Józef Djaczenko