Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Marcin Kikut: Biznes i futbol – połączenie idealne

włącz .

O tej porze roku rozpoczynał pan batalię o ligowe który. Teraz przygląda się pan dawnej drużynie jako kibic.

– Czas spędzony z futbolem musi coś po sobie zostawić. Wracają do mnie odczucia związane z profesjonalnym graniem w ekstraklasie. Teraz jednak patrzę na te wydarzenia z pozycji kibica Lecha. Liczę, że wiosna będzie pełna emocji. Jesienią, a właściwie w drugiej jej części Lech bardzo fajnie się wydobył z zapaści, ciągle jest w grze i walczy o najwyższe cele. Z jakim skutkiem – dopiero się przekonamy. Dobrze znam takie odczucia. U trenera Bakero byliśmy na 8-9 miejscu, a załapaliśmy się do europejskich pucharów. Siła mentalna drużyny potrafi zdziałać wiele.

W tamtych czasach nie było jeszcze podziału punktów po rundzie zasadniczej. Teraz drużyny ścigające lidera mają dużo łatwiej.

– To jest niesamowity handicap dla goniących. Wiele drużyn można byłoby uznać za pogrzebane, ale przy tym systemie ligowym ciągle są w grze. Lechowi niezwykle trudno będzie obronić mistrzostwo, ale jest to do zrobienia – tym bardziej, że pod wodzą Jana Urbana drużyna mentalnie wróciła na swoje tory. To bardzo dobry trener, jeden z najlepszych w Polsce. Dzięki niemu zespół się odblokował, uwierzył w siebie. Jestem optymistą, szykuję się na ciekawe pojedynki przy Bułgarskiej, chcę je zobaczyć na własne oczy i kibicować, świętować zwycięstwa przybliżające drużynę do sukcesu.

Zna pan dobrze trenera Macieja Skorżę. Nie dziwi pana, że tak szybko zakończyła się jego praca w Poznaniu?

– Byłem tą sytuacją zszokowany, bo rzeczywiście znam go bardzo dobrze. Bez względu na to, co wydarzyło się w Poznaniu jest świetnym fachowcem, to ścisła czołówka polskich trenerów. Piłka jest nieprzewidywalna, czasami olbrzymia wiedza i doświadczenie nie wystarczą. Dla Macieja Skorży to była niesamowita lekcja trenerskiego rzemiosła, nikt w najczarniejszych scenariuszach nie spodziewał się, że sprawy mogą się tak potoczyć. Sezon zaczął się przecież pięknie.

Ciągle trwają spekulacje na temat przyczyn tamtego zjawiska. Ma pan jakieś podejrzenia? Dlaczego sprawy potoczyły się w taki sposób?

– Możemy tylko zgadywać i spekulować. Z pewnością nie uda się sformułować tezy dwuzdaniowej, sytuacja była skomplikowana, wiele czynników miało na nią wpływ. Wydaje mi się, że największym problemem piłkarzy były ich głowy. W pewnym momencie zablokowali się psychicznie. Trudno powiedzieć, czym to było spowodowane. Rozpoczęli przecież rozgrywki bardzo dobrze, rozegrali świetny mecz o Superpuchar. Może właśnie to tak źle zadziałało, drużyna za mocno w siebie uwierzyła. Potem obniżyły się wartości motoryczne u niektórych zawodników, co wpłynęło na piłkarską jakość. Ale to tylko moje podejrzenia.

Faktem jest, że trener nie rotował składem. Tylko kontuzje powodowały, że zastępował zawodników, których uznawał za najlepszych, a trzeba było grać na kilku frontach.

– To ryzykowne stwierdzenie. To, że trener gra podstawowym składem we wszystkich meczach wcale nie musi być złe, ale w niesprzyjających okolicznościach może wyrządzić szkody. Być może niektórzy zawodnicy nie osiągnęli pełni formy, co jednak może dziwić, bo to był dopiero początek sezonu. Rozegranie pięciu-sześciu spotkań jednym składem nie może mieć aż takiego znaczenia. Myślę więc, że jednak przyczyną były problemy nie fizyczne, ale mentalne.

Lech nie jest pierwszym polskim klubem, który ma problemy po zdobyciu mistrzostwa Polski.

– To rzeczywiście jest polski problem, wiele drużyn po takim sukcesie miało kłopoty w następnym sezonie. Nas to dotknęło w 2010 roku, teraz sytuacja się powtórzyła. Nie bez znaczenia są tu sprawy transferowe. Mistrzowie Polski są pewni swego, zawodnicy sprowadzeni do klubu też chcą walczyć o najwyższe cele, ale muszą to być piłkarze grający na bardzo wysokim poziomie, potrafiący wzmocnić rywalizację. Jeden, czy drugi mecz może nie wyjść, przytrafiają się pechowe porażki i w balonik napompowany po mistrzowskim sezonie zostaje wbita pierwsza szpila.

Jako piłkarz też pan był w takiej sytuacji.

– Oczywiście, zdarzyło mi się to. Przypomniałem to sobie, gdy jesienią Lech przegrywał mecz za meczem. Podobnie było w sezonie 2010/2011. Po zdobyciu mistrzostwa przyszło kilka porażek, ogarnęła nas niemoc. Teoretycznie byliśmy mentalnie podbudowani, rozgrywaliśmy przecież doskonałe mecze w Lidze Europy.

To były chyba najlepsze mecze Lecha w historii, największe europejskie sukcesy.

– Tak. Czuliśmy swoją potęgę, ale kiedy trzeba było grać na krajowym podwórku, nie potrafiliśmy się na to przestawić. Nawet jeżeli graliśmy dobrze, nie strzelaliśmy bramek. Nakręcała się negatywna spirala, zawodnicy nie mogli sobie z tym poradzić. Obecni piłkarze jesienią zderzyli się z tym samym. Trudno im zrozumieć, dlaczego niedawno wszyscy nosili ich na rękach, a teraz ich wyzywają. Trudno zrzucać winę na trenera za to, że niektórzy nie wytrzymują takiego obciążenia. Każdy piłkarz indywidualnie przygotowuje się do meczu, buduje swoją mentalność..

Wracają do trenera Skorży – właśnie on wprowadzał pana do dorosłej drużyny, umożliwił najtrudniejszy w życiu krok. Jak pan ocenia to, co dzieje się z wychowankami w Lechu? Przez długi czas żaden z nich nie zadebiutował w pierwszej drużynie.

– Takie przejście to faktycznie bardzo trudny krok. Umiejętności, piłkarski potencjał to ważna sprawa, ale w pewnym momencie ważną rolę zaczyna grać głowa. Pojawia się presja, rosną wymagania. Wielu utalentowanych zawodników nie daje sobie rady w dorosłej piłce. W Lechu proces wprowadzania młodych piłkarzy jest trudny, właśnie ze względu na tę presję. Z perspektywy trybun oceniam go pozytywnie. Inna sytuacja była w Amice, tam naszej grze nie towarzyszyło większe zainteresowanie. Klub był malutki, stworzony dla młodzieży, do pierwszej drużyny wprowadzano ją wręcz hurtowo. W Lechu trzeba to robić bardzo ostrożnie i umiejętnie.

Gdyby przyszło panu debiutować w pierwszej drużynie w czasach trenera Smudy, tak łatwo by nie poszło.

– Miałbym olbrzymi problem, by osiągnąć to wszystko, z czym mi się powiodło. Miałem to, co czasami jest decydujące – przysłowiowy łut szczęścia.

Dlaczego Smuda, człowiek wydawałoby się światły piłkarsko, tak lekceważył młodzież, wręcz hamował jej rozwój?

– Taką miał filozofię piłki. Nastawiał się na szybki wynik, szybko uzyskaną wysoką jakość. Nie było procesu budowania, rozwoju.

To dziwne, bo otrzymał duży kredyt zaufania, ani władze klubu, ani kibice nie żądali natychmiastowego sukcesu, miał czas na spokojne budowanie drużyny.

– Mimo tak korzystnego układu, mimo braku presji ze strony klubu zaprzepaścił szanse wielu zdolnym chłopakom. Wielu z nich podczas łączenia klubów skasował „na dzień dobry” - Filipa Burkhardta, Karola Gregorka, Iliana Micanskirgo, czy Huberta Wołąkiewicza. Innym, młodszym nie dał szansy debiutu. Był dla nich katem. Pogrzebał ich kariery. Ze mną było inaczej. Miałem samozaparcie, potrafiłem się schować za plecami prezesów wspierających mnie jako dziecko Amiki. Potem sam się pozbierałem i rozgryzłem o co chodzi w pracy z trenerem Smudą. Walczyłem w miarę skutecznie. Twierdzę jednak, że trafić na takiego trenera w młodym wieku to duży pech.

Wszystkie te doświadczenia przydają się panu teraz, gdy rozpoczyna pan pracę z młodzieżą.

– Zgadza się. Pod adresem trenera Smudy skierowałem gorzkie słowa, ale i tak wiele można się było od niego nauczyć. Zawsze będę to wspominał pozytywnie. Wiem, że młodzież trzeba szanować, otoczyć ją dużą opieką, dać jej szansę, w pewnym momencie zacząć od niej wymagać tyle, co od seniorów, bo skoro mają kiedyś grać na najwyższym poziomie muszą być traktowani twardą ręką, czuć presję. To mi się przydaje właśnie teraz, gdy rozpocząłem trenerską pracę z grupą dziesięciolatków w GKS Tarnovia Tarnowo Podgórne. W tym klubie praca z młodzieżą wygląda imponująco.

O organizacji tego niewielkiego klubu słyszałem wiele dobrego.

– Przyznaję, że byłem tym pozytywnie zaskoczony, wręcz zachwycony. Nie spodziewałem się, że stoi to na tak wysokim poziomie. Klub jest świetnie zorganizowany, a gram tam także w drużynie seniorów. Przejąłem grupę młodzieżową, która już bardzo wiele potrafi. Widać, że proces szkolenia od kilku lat przebiega prawidłowo, wykonana została kapitalna praca. Trenerem koordynatorem jest tam Gniewko Markiewicz.

Dobrze znany z pracy w Lechu.

– Jasne. Wykonuje tu świetną robotę, podobnie jak inni trenerzy grup młodzieżowych. Kiedy zwolniło się miejsce, chętnie dołączyłem do klubu. Początek pracy przyniósł mi wiele satysfakcji. Nie było łatwo, bo praca z młodzieżą wymaga umiejętności nie tylko piłkarskich. Kłaniają się inne specjalności, mam przecież do czynienia z ludźmi młodymi, wymagającymi szczególnego podejścia. Jest mi łatwiej dzięki temu, że obowiązuje wypracowany w klubie system szkolenia. Nie spodziewałem się, że w tak małym, gminnym klubie zetknę się z takim profesjonalizmem.

Dokąd to Tarnovię zaprowadzi? Skoro tak dobrze szkoli się tam młodzież, co się z nią stanie? Pierwsza drużyna występuje przecież na zaledwie piątym poziomie rozgrywek. Są tam szanse rozwojowe, są kibice?

– Jeśli chodzi o drużynę seniorów, plany są na razie ostrożne. Trzeba utrzymać się w IV lidze. Klub bardziej koncentruje się na szkoleniu młodzieży. Część z tych piłkarzy zasili kiedyś pierwszą drużynę.

Baza sportowa jest dobra?

– Tak, choć przydałoby się jeszcze jedno boisko treningowe. Gmina, z panem wójtem na czele jest klubowi bardzo przychylna. Widać starania, by warunki szkolenia były coraz lepsze, a już dziś są wystarczające, by dobrze wszystkie te dzieciaki przygotowywać. Drużyna juniorów starszych gra na wysokim poziomie, walczy o sukcesy. Szkolenie w klubie jest zorientowane na najmłodszych, by właściwie ich prowadzić od samego początku. W przyszłości zawodnicy z drużyny juniorów mogą trafić do drużyny seniorów. Fajnie by było, gdybyśmy awansowali do III ligi. Jeżeli któryś z lepszych klubów zainteresuje się naszymi wychowankami, ułatwimy im piłkarski rozwój, by grali na jak najwyższym poziomie.

Do takiego funkcjonowania klubu potrzebne są pieniądze. Jak Tarnovia sobie z tym radzi?

– W tej gminie biznesowy klimat sprzyja klubowi, miejscowe firmy tworzą fajną aurę. Powstał program zachęcający je do brania udziału w życiu klubu, nie tylko w wymiarze finansowym.

Potencjał gospodarczy Tarnowa Podgórnego jest znany.

– No właśnie, możliwości są duże. Za ten proces odpowiedzialny jest mój kolega z boiska i nie tylko, Zbyszek Zakrzewski, czyli dobrze znany wszystkim kibicom Lecha „Zaki”. Łączy on grę w klubie z prowadzeniem marketingu na jego rzecz. Wójtowi zależy, by klub był rodzinny, prawdziwie gminny. Inna sprawa, że i ja mieszkam teraz na tym terenie, więc łatwo mi było uzyskać przychylność zarządu. Jest tu fajna koniunktura na piłkę. Działania adresowane są do rodzin – by przychodziły na mecze seniorów, powierzały klubowi piłkarskie szkolenie dzieci i młodzieży, by także na rozgrywki juniorskie przychodziło jak najwięcej osób. W ten sposób tworzy się ciekawa wspólnota.

Futbol nie może istnieć bez kibiców, bez dobrego szkolenia, bez wspierającego go biznesu. Widać, że w Tarnowie Podgórnym proporcje te zostały zachowane. O ile jednak wiem, nie koncentruje się pan na działalności tylko w tej gminie, lecz ma własny biznes.

– Zgadza się, dlatego rozumiem te procesy i mogę służyć radą, a także czegoś się nauczyć w dziedzinie łączenia futbolu z biznesem. Jeśli chodzi o moje przedsięwzięcie – powoli zbliżamy się do końca budowy obiektu o nazwie „Baltin”. To położony nad polskim morzem, w Mielenku hotel ze Spa i z apartamentami. I ja, i mój wspólnik jesteśmy do tego pozytywnie nastawieni, choć czeka nas jeszcze mnóstwo pracy. Chcemy wystartować 25 czerwca, czyli w moje urodziny, a to dobry prognostyk.

Domyślam się, że piłkarskich akcentów tam nie zabraknie.

– Oczywiście, że nie zabraknie, tym bardziej, że akurat zacznie się Euro 2016. Wstrzelimy się więc idealnie. Mecze naszej reprezentacji będzie można oglądać w fajnym otoczeniu, jeszcze przed oficjalnym otwarciem pensjonatu. Wypoczynek u nas już można rezerwować na stronie www.baltin.pl. Pierwsze zapytania i pierwsze opinie już się tam pojawiają, są i pierwsze rezerwacje. Ludzie chwalą sobie, że ceny nie są wygórowane, a nas to cieszy. Szczególnie miło będzie nam gościć kibiców Lecha. Z pewnością ich nie zabraknie, środkowa część wybrzeża to przecież teren oblegany przez Wielkopolan. Będzie okazja zamienić kilka zdań na temat naszego klubu, pogadać o futbolu. Mam nadzieję, że fanatycy Kolejorza, czyli najlepsi kibice w Polsce będą nas odwiedzali masowo.

Rozmawiał Józef Djaczenko