Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Rafał „Uszol” Dąbrowski: Tych lat z pamięci nie wymażę

włącz .

Niespodziewanie pokazałeś się na konferencji Stowarzyszenia Kibiców Lecha Poznań. Wcześniej, przez długie lata nie pojawiałeś się w tym środowisku. Skąd ten pomysł? Co cię skłoniło do przyjęcia zaproszenia?

– Stowarzyszenie mnie nie zapraszało, sam wyszedłem z tą inicjatywą. Muszę jednak podziękować za umożliwienie mi tego, za pozytywną reakcję na mój pomysł. Zaczęło się od tego, że ideę odnowienia flagi mojego autorstwa przedstawiłem Olafowi, od którego uzyskałem aprobatę i Jarkowi Czyżowi, któremu dziękuję za konsultacje i pomoc techniczną. Przy tej okazji poznałem Radosława Majchrzaka, Edgara Trzcielińskiego i Marcina Kawkę, czyli ludzi ze Stowarzyszenia. Wyrażam im za to wdzięczność.

Flaga, o której mówisz ma wartość historyczną, służy kibicom Lecha od 20 lat.

– Pomysł jej odnowienia kiełkował we mnie od dawna, a kiedy sobie uświadomiłem, że powstała dokładnie 20 lat temu, postanowiłem wystąpić z inicjatywą. Skoro przetrwała tak długo, warto zmienić ją na lepszą. Mam nadzieję, że większość osób to rozumie, choć docierają do mnie głosy sprzeciwu. W moim zamiarze nie widzę niczego zdrożnego. Problem wystąpiłby wtedy, gdyby zmiany chciał wprowadzać ktoś, kto nie jest autorem, a stuprocentowym pomysłodawcą byłem ja. Czuję się w obowiązku naprawić błędy, które wykonując tę flagę popełniłem.

Masz na myśli umieszczenie na niej lwów, które w niczym nie kojarzą się z Poznaniem?

– Tamta flaga faktycznie nie nawiązywała do naszego miasta, do jego historii. Różni ludzie, nie tylko zresztą z Kotła, ale z całego stadionu przychodzili do mnie i pytali, co tam robią lwy. Bardziej kojarzą się one z Gdańskiem. Umieściłem je z powodów, nazwijmy to, ambicjonalnych, jako osoba spod znaku Lwa. Imponują mi te silne zwierzęta. Przede wszystkim jednak lwy przewijają się często w heraldyce anglosaskiej, a ja zawsze miałem fioła na punkcie ligi angielskiej. W herbach tamtejszych klubów często widnieje ten motyw. Teraz chcę zmienić flagę na taką, która bardziej oddaje charakter naszego miasta i regionu, naszej drużyny. Po prostu nawiązuje ona do naszego słynnego patriotyzmu lokalnego.

Kiedy nowa flaga zawiśnie w Kotle?

– To już nie ode mnie zależy. Poproszono mnie, bym dołożył rękę do wykonania nowej fany. Dopiero dostanę informację, kiedy będę mógł w tym uczestniczyć.

Pamiętasz ostatni mecz Lecha, na którym byłeś?

– To nie było tak dawno. Uległem usilnym namowom Zbyszka Rybaka, by pójść na mecz z Juventusem, skorzystałem z zaproszenia Piotra Gadomy. Było to dla mnie przeżycie surrealistyczne, bo pojawiłem się na stadionie, zresztą zupełnie innym, niż ten mi znany, po 11 latach przerwy. Zostałem zaproszony do loży biznesowej, czyli do skyboxu, a tam nijak nie czuje się atmosfery. To nie jest takie oglądanie meczów, jakie pamiętam. Czułem się tam wyobcowany. Gdybym siedział na normalnej trybunie, być może miałbym inne odczucia.

Warto przypomnieć, jak doszło do tego, że w pewnym momencie przestałeś przychodzić na stadion, porzuciłeś Lecha. Jeśli dobrze pamiętam, przebywałeś w pociągu mającym zawieźć kibiców na mecz do Szczecina, gdy nagle wyszedłeś i oznajmiłeś, że masz dość, to już nie dla Ciebie.

– Drogi Józefie, prawie dobrze pamiętasz, aczkolwiek nawiązujesz do innego wydarzenia. Wściekłem się na Lecha, że nie użyję innego określenia, gdy drużyna zaprzepaściła wielką szansę startu w Lidze Mistrzów. Po słynnym meczu w Radzionkowie byłem zbulwersowany postawą piłkarzy i działaczy. Incydent z pociągu do Szczecina wydarzył się wcześniej, gdy czułem się zdegustowany postawą części moich kolegów na jednym z poprzednich meczów. Chyba chodziło o jakąś kibicowską grandę, o ich zachowanie. Nie chciałem świecić oczami za wszystkich, działać sam, domagałem się wsparcia kolegów. Zrobiłem sobie przerwę z kibicowaniem i wyjazdami na mecze, ale to jeszcze nie było porzucenie Lecha. Moja postawa już wtedy ich zbulwersowała, ale na krok ostateczny zdecydowałem się ze względów sportowych, które nałożyły się na inne nieciekawe zjawiska.

Dojrzewało to w Tobie stopniowo czy decyzja była spontaniczna?

– Dojrzewało. Widziałem, że sprawy toczą się w złą stronę. Tam, gdzie pojawiają się bejmy, zawsze wszystko się psuje. A pojawiły się w momencie, gdy zaczynała się współpraca władz klubu z kibicami, którzy mieli pilnować porządku na trybunach. Namawiano mnie, bym się w to włączył, bo ciągle jestem wzorem dla młodych kiboli i autorytetem dla różnych środowisk kibicowskich. Mogę napomknąć, że proszono mnie, bym pozostał na stadionie w innej roli, ale to może omówimy przy okazji innych spotkań. Nie chciałem tańczyć, jak mi ktoś zagra, robić z siebie niewolnika. Za jakieś wynagrodzenie mieliśmy odpowiadać za spokój na stadionie. Jak mogłem zaręczyć, że spontanicznie nie wybuchną zadymy? Gdyby zaczęły się burdy, ekscesy na trybunach, jedni kibice do drugich mieliby pretensje. Tego właśnie wolałem uniknąć. Radzionków był tą kroplą, która przelała czarę goryczy.

Przypomnijmy, że Lech miał wtedy szansę gry w Lidze Mistrzów. Wisła prowadziła w lidze niezagrożenie, ale była wykluczona z europejskich pucharów. Lech niespodziewanie pokonał u siebie 2:0 Widzew, a potem pojechał do Ruchu Radzionków z poważnymi szansami na drugie miejsce w lidze. Porażka 0:4 wszystko przekreśliła.

– Właśnie tego już nie dźwignąłem. To było dla mnie po prostu chore. Pojawiły się pogłoski, że Lech odpuścił ten mecz, być może nawet sprzedał, że klub nie czuł się na siłach walczyć o Ligę Mistrzów. Niech każdy myśli o okolicznościach tego wydarzenia co chce, ale kiedy takie pogłoski do mnie doszły nie widziałem tam już dla siebie miejsca. Poczułem się zdradzony, jakby mi ktoś wbił sztylet w plecy. Czar prysł w tym właśnie momencie. Zbierało się na to długo, aż nastąpił ten decydujący moment i całkowicie się z Lecha wyleczyłem. Moje niebiesko-białe życie runęło. Zdałem sobie sprawę, że przez wszystkie te lata byłem bardzo naiwny.

Słyszałem, że wprost z pociągu wybieraliście się do siedziby klubu, by pokazać działaczom i piłkarzom, co myślicie o ich postawie w Radzionkowie.

– Dokładnie tak było, ale to był tylko i wyłącznie mój plan. Byłem agitatorem, nie wstydzę się tego. Nie wiem już, co chcieliśmy zrobić, czy ucierpiałyby samochody, budynek, czy osoby. Do dziś tak dzieje się w Turcji, czy w Grecji, gdzie kibice w ten sposób reagują na to, co budzi ich wściekłość. Gdybyśmy tak wtedy postąpili, ludzie z klubu następnym razem dwa razy by się nad sobą zastanowili. Niestety, u swoich kolegów, druhów, oficerów, czy jak tam ich nazwać nie znalazłem poparcia. Uznałem, że faktycznie nie ma tam już dla mnie miejsca. Skoro niektórym mamona przesłoniła oczy, to trudno. Gdy im się pluje w pysk, to mówią, że deszcz pada.

Od tego czasu nie interesujesz się Lechem?

– Kiedy w Internecie ukazały się informacje na temat mojego grudniowego wystąpienia na kibicowskiej konferencji prasowej można było też przeczytać komentarze na ten temat. Zarzucano mi, że miałem przestać interesować się Lechem, a jednak wracam na stadion. Otóż nie wracam. Prawda jest taka, że nie mam pojęcia, na którym miejscu w tabeli jest Lech. W dawnych czasach byłoby to nie do pomyślenia. Teraz mnie to nie podnieca, do niedawna wręcz mnie nie obchodziło, ale kibole nadal mnie interesują. Spotykam się z nimi, wspólnie trenujemy. Trzeba pamiętać, że już jako małolat jeździłem za Kolejorzem po całej Polsce. Wyposażony w niebiesko-biały szalik, który był świętością, biłem się za swoją drużynę. Tego nie wymaże się z pamięci ani z życiorysu.

Ignorowałeś informacje na temat wyników drużyny?

– Jeżeli gdzieś tam się dowiedziałem, że Lech akurat wygrał z Legią lub inną drużyną, oczywiście bardzo się z tego cieszyłem, mimo iż nie jestem zachwycony związkiem z Amiką, a moja wypowiedź na ten temat nie wszystkim się spodoba. Lech to Lech, a ja mu podarowałem ważny kawał życia. Zapłaciłem za to, ale nie użalam się nad solą, bo to były moje wybory.

Niezależnie od wszystkiego na zawsze pozostaniesz symbolem burzliwych lat dziewięćdziesiątych, gdy mecze rzadko nie kończyły się zadymami, bijatykami, po Polsce jeździły tzw. pociągi grozy.

– Owszem, tak się działo. Dziś każdego ten temat interesuje, każdy chciałby dowiedzieć się o tym jak najwięcej. Pozwolisz, że trochę opowieści zostawię na 7 lutego. Na ten właśnie dzień zostałem zaproszony przez kibiców Kolejorza. Będzie o czym rozmawiać. Wracając do zainteresowania Lechem – bardzo się przez wszystkie lata nieobecności na stadionie cieszyłem ze zwycięstw, ze zdobywanych trofeów. Nie śledzę jednak na bieżąco wyników, nie żyję kolejnymi meczami, nie oglądam transmisji, chyba że jestem na spotkaniu z kumplami, a oni akurat oglądają spotkanie pokazywane przez Canal plus. Moja wiedza na temat Lecha opiera się na tym, co w przelocie usłyszę w jakimś serwisie informacyjnym lub w szatni. Prawdopodobnie nawet nie wymieniłbym drużyn grających w lidze. Ile ich jest? Osiemnaście?

Szesnaście.

– No właśnie. Nie ma szans, bym te kluby wyliczył. Za to utożsamiam się z młodymi kibolami wspierającymi Kolejorza. Z nimi jest mi po drodze.

Ale oni kibicują inaczej niż Ty w swoich czasach. Nie robią zadym na stadionach.

– Ale my też nie robiliśmy wielkich zadym.

Wszyscy pamiętamy, co działo się na wielu meczach, na wszystkich z udziałem Legii. Szturmowanie sektora gości, interwencja policji, „polewaczka” na koronie stadionu, bijatyki z policją po meczu…

– No dobra, nie wypieram się, nie mówię, że tak nie było. Często słyszę pytania na ten temat. Jednak bardzo mnie dziś denerwuje, żeby nie użyć wulgaryzmu, gdy podchodzą do mnie typy, których w ogóle nie znam i pytają – jak tam Kolejorz. Nie wiem, czy taki ktoś został zahibernowany na 16 lat. Odpowiadam – no właśnie, jak tam Kolejorz, bo ja nie wiem.

Dziwisz się, że ludzie ciągle kojarzą Cię z Lechem, że nie dotarło do nich, jak wiele się w Twoim życiu zmieniło?

– Rzeczywiście, coś z tym jest. Nawet funkcjonariusze CBŚ-u przy okazji mojego pojmania sugerują mi związki z Lechem. Kiedy przypominam, że to odległa przeszłość stwierdzają, że takiej łatki nie da się już odkleić. I ich, i klawiszy w Szamotułach, bo i z nimi o tym rozmawiałem spytałem, czy za następne 20 lat, gdy na stadionie nie będzie mnie od 40 lat, nadal będę kojarzony z Lechem. Odpowiadali, że chyba tak. To o czymś świadczy. Nie ma co ukrywać, że taka rozpoznawalność sprawia satysfakcję. Kto jest ze mną blisko, wie o tym. Tych lat, tych wspomnień, tych tysięcy kilometrów przejechanych po Polsce z pamięci nie wyrzucę. Zdarzało się, że było nas w pociągu trzech lub czterech. Potrafiliśmy przejechać 500 kilometrów i w kilku, zupełnie jawnie, z niebiesko-białymi szalikami wejść na wrogi stadion, bo inaczej sobie tego nie wyobrażałem. Niezależnie od tego, czy jechaliśmy w pięciu, piętnastu, czy stu nikt, kto był ze mną, nigdy nie chował barw. To nie sztuka pojechać w kilkuset, bo w tłumie każdy czuje się bezpiecznie i nabiera odwagi, wręcz załączają się tak zwane nieśmiertelności. Psychologia tłumu. Nienawidziłem tego.

Takich przygód rzeczywiście zapomnieć nie można.

– Owszem, zdarzały się burdy, było chuligaństwo, ale nie to było moim celem. Kierowały mną inne idee, nie po to jeździłem za Kolejorzem. Byłem zakochanym w nim kibolem. Interesowały mnie jego wyniki. Znałem piłkarzy, prowadziłem niebiesko-białe życie, nic innego się nie liczyło. Miłość do barw chcieliśmy eksponować z użyciem siły, drzemiącej w nas energii. Pokazywaliśmy, że jesteśmy tymi najbardziej zaangażowanymi. Jakkolwiek by to dziś nie zabrzmiało – byliśmy gotowi oddać życie za naszego Kolejorza. Piłkarze walczyli na boisku, a my poza nim. To był rodzaj przynależności plemiennej, coś z rycerstwa, z niezłomności. Uzewnętrznialiśmy to powiewając flagami na kijach podczas meczu, czuliśmy dumę z tego powodu. Szalik zawieszony na szyli lub zawiązany na nadgarstku traktowaliśmy z nabożeństwem. Trzeba pamiętać, że zaczynaliśmy przygodę z kibicowaniem mając po 14-16 lat. 18-latek był dla nas kimś starym. Spoglądając wstecz widzę, że byliśmy dzieciakami, gówniarzami. Mimo tego biegliśmy na dworzec, by odpowiednio „przywitać” obcą ekipę. Gonili nas, gdy w tej ekipie znaleźli się dwudziestoparolatkowie. Nierzadko trzeba było stanąć i podjąć z nimi walkę. Pytam więc – czy byliśmy tylko chuliganami, pseudokibicami? Cała otoczka, którą tworzyliśmy się nie liczy? Nie ma co ukrywać, że to ja byłem animatorem tego wszystkiego, nawet jeżeli ktoś teraz pomyśli, że się przechwalam.

Nikt tego nie zakwestionuje. Także tego, że rządziłeś w Kotle twardą ręką. Nie tolerowałeś, gdy podczas dopingowania ktoś nie dawał z siebie wszystkiego.

– Zgadza się, to było to. Kiedy jechaliśmy na obcy stadion zależało mi, byśmy śpiewali non stop przez pełne 90 minut. Nie zawsze się udawało, ale bywały wyjazdy, gdy to nam wychodziło. Cały czas coś się działo – skakaliśmy, dopingowaliśmy, śpiewaliśmy. Jeżeli nawet się zdarzyło, że piłkarze mimo ambitnej gry, gryzienia trawy przegrywali, nie zrażało nas to. Byliśmy z nich dumni, a także z siebie, że fajnie się na wyjeździe zaprezentowaliśmy. Bywało i tak, że dostrzegaliśmy u piłkarzy, delikatnie mówiąc, brak zaangażowania. Wtedy proponowałem, zarządzałem, czy tyranizowałem, bo i takie opinie dziś słychać, żeby na nich nie zwracać uwagi. Nieistotne, jak oni grają. Ważne, jak my się zaprezentujemy na obcym stadionie. Pokażemy, jak się bawią kibole z Poznania, a nierzadko z Wielkopolski. Przy okazji pozdrawiam Piłę, Rawicz, Kościan, no i Gniezno. Mam nadzieję, że nikt z innych miejscowości nie poczuje się urażony, że nie jest wymieniony. Po takim wyjeździe czułem wielką satysfakcję i dumę, nawet euforię, wynik meczu schodził na dalszy plan.

Byłeś przeciwnikiem zawiązywania zgód z innymi klubami, używania łączonych szali.

– To prawda. Chciałem byśmy byli sami!!!

Potem jednak doszło do „podpisania” układu z Arką Gdynia. Dlaczego na to się zgodziłeś? Pod wpływem Zbycha Rybaka, fana Arki dobrze wówczas znanego w kibicowskim środowisku?

– Ani ja tej zgody nie chciałem, ani Zbychu. Obiecuję, że opowiem o tym 7 lutego podczas spotkania z kibicami. Zapewniam, że smaczków nie zabraknie. Serdecznie zapraszam. Po poprzednim, grudniowym spotkaniu podszedł do mnie Radosław Majchrzak i zaproponował zorganizowanie kolejnej konferencji. Odbieram to jako przejaw zainteresowania tym, o czym rozmawialiśmy i co jeszcze mam do powiedzenia. Oczywiście zgodziłem się. Przy okazji dziękuję dziennikarzom relacjonującym poprzednie spotkanie – Piotrowi Chołdrychowi z LechTV, Jackowi Pałubie z Telewizji Poznań i innym.

Co się z Tobą działo przez wszystkie te lata, gdy znikłeś ze stadionu? Można było tylko dowiedzieć się, że postawiłeś na czynne uprawianie sportu, uczestniczyłeś w walkach w klatkach.

– Rzeczywiście, ostro w to wszedłem. W tym czasie nastąpiły ważne wydarzenia, między innymi urodziło się moje pierwsze dziecko, Brunon. Otrząsnąłem się z różnych życiowych perypetii.

Mówiąc o perypetiach masz z pewnością na myśli związki z wymiarem sprawiedliwości, bo przygody z Lechem nie zakończyłeś bezboleśnie. Musiałeś odcierpieć za różne wyczyny.

– Nie żałuję tego. Czasami mnie nachodzą różne refleksje, robię rachunek sumienia. Bywałem wściekły i rozżalony, że tak a nie inaczej to wszystko się potoczyło, ale uświadomiłem sobie, że mimo cierpień i poniesionych ofiar dużo tamtym latom zawdzięczam. To, że teraz się przypominam nie wynika z chęci promowania siebie. Bywam wręcz nagabywany, by się przypomnieć. Robię to z myślą o kibolach, tych młodych i tych, co mnie jeszcze pamiętają, a ciągle aktywnie działają. Ludzie ze Stowarzyszenia Kibiców Lecha Poznań wywarli na mnie jak najlepsze wrażenie. Widzę, że mają niebiesko-biało w głowach i w sercu. Jeżeli mogę im w czymkolwiek pomóc, od współpracy się nie uchylam. Zawsze będę się identyfikował z tymi, co są na trybunach i w ten sposób działają na rzecz klubu.

Czy w walkach w klatce przydały Ci się doświadczenia wyniesione z wyjazdów na mecze, ze zmagań z obcymi ekipami?

– Oczywiście, że tak. Nie chodzi zresztą tylko o doświadczenia stadionowe. Także o „dyskotekowe” i po prostu uliczne.

Nie jest tajemnicą, że od walki nie stroniłeś.

– Nie mówię, że jestem święty. Bywam jednak postrzegany przez zły pryzmat. Zdarzało się oczywiście, że byłem inicjatorem walki, ale na ulicach czy w dyskotekach nie szukałem zadymy. Taka samorealizacja była mi zbędna, szczególnie gdy dojrzałem. Kiedy nikt mi nie nadepnął na odcisk, nie szukał mocnych wrażeń, nie przejawiałem agresji. Wręcz unikałem zwady, a jeżeli się upijałem, to na wesoło. Nie wypieram się jednak incydentów przeczących tej regule. Jeżeli chodzi o sport, to miałem niezły początek, były marzenia o dobrych wynikach, zostały jednak rozwiane przez kolejne kontuzje. Nie miałem też szczęścia do dobrych walk. Jeżeli bywałem do nich zapraszany, to organizatorzy najchętniej nic by mi nie płacili. Bywałem też wykorzystywany. Trafiałem na afisz zapowiadający moją walkę, potem okazywało się, że organizatorom brakowało pieniędzy.

Walczyłeś nie tylko w Polsce.

– Także w Anglii, w Niemczech. Nie powiem, ile tych walk było, bo nie prowadzę statystyk, nie mam też managera który by nad tym czuwał, wszystko ogarniał. Jak na prawie 11 lat tych pojedynków wcale nie było tak dużo. Kilka szans zostało zmarnowanych. Zdarzało się, że byłem w sztosie, w dobrej formie, nastawiony na dobrą walkę, ale ona się nie odbywała albo nie byłem brany pod uwagę. Byłem jednym z prekursorów tej dyscypliny, przecierałem szlaki. Nie mogłem liczyć na to, z czym dziś spotykają się młodzi zawodnicy. Federacja KSW bardzo się rozwinęła. Można trenować i startować w zupełnie innych warunkach, nie martwić się o nic poza dbaniem o formę.

Kiedy stoczyłeś ostatnią walkę?

– W maju 2014 roku. To było podczas gali w Olsztynie. Przegrałem, ale byłem z siebie dumny. Podszedł do mnie cutman, człowiek z dużą renomą i międzynarodowym doświadczeniem i powiedział: „Rafał, w całej swojej karierze nie widziałem jeszcze takiego rozcięcia”. Stwierdził też, że gdyby to spotkało kogokolwiek innego, walka nie byłaby kontynuowana. Ludzie chcieli, bym walczył, znali mnie, byłem rozpoznawalny. Lekarz stwierdził, że w żadnym wypadku nie pozwoli na ciąg dalszy. Były jednak naciski, że mam się bić. Przypłaciłem to niestety przegraną. Pierwszy raz w życiu miałem takie rozcięcie, rywal trafił mnie z ręki solidnie. Najchętniej bym z nim poszedł na wódkę, o jego postawie mogę się wypowiadać tylko w superlatywach. Gdyby doszło do naszego spotkania, powiedziałbym: „Bodziu, z tobą przegrać, to jak z innym wygrać”.

Wiek ma swoje prawa, nie jesteś już młodzieńcem.

– To prawda. Ale i tak mogę być z siebie dumny. Widzę zresztą, jak na mnie patrzą młodzi, z którymi trenuję, nierzadko lżejsi ode mnie o 40-50 kg. Widzą, że skoro ja mogę, to tym bardziej mogą oni, to ich mobilizuje. Tyle, że oni po treningu i odpoczynku mogą dalej pracować. Natomiast ja po treningu, na którym daję z siebie wszystko cierpię, bo nie regeneruję się tak szybko, jak kiedyś, metryki nie oszukasz. Inna sprawa, że jestem obarczony obowiązkiem, z którego jestem dumny. Opiekuję się, i to w pełnym tego słowa znaczeniu, moim najmłodszym synem, Jurandem Ewaldem Dąbrowskim, od kiedy skończył czwarty dzień życia. Mogę w tym liczyć na wsparcie i pomoc mojej starowinki mamuchny. Sylwia, mama Juranda jest niepoprawną pracoholiczką, co uznaję za niebywałą cnotę. Do pracy poszła tuż po wyjściu ze szpitala. W sumie mamy czwórkę dzieci. Umowa była prosta. Powiedziała, że da mi to ostatnie dziecko pod warunkiem, że będę się nim zajmował. Jest osobą tak zajętą, że nie wchodziło w rachubę, by zrobiła sobie przerwę w pracy. Podjąłem rękawicę i jestem z siebie mega dumny.

Rozmawiał Józef Djaczenko