Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Marcin Kikut: Odpuścić Ligę Europy? Nawet sobie tego nie wyobrażam!

włącz .

Gra pan jeszcze w piłkę?

– Wyłącznie amatorsko. Organizm, przyzwyczajany przez wiele lat do dużego wysiłku i do intensywnych treningów wciąż domaga się ruchu, więc nie mogę całkowicie odizolować się od sportu. Zawodowe granie w piłkę to jednak dla mnie przeszłość.

Nie tak dawno mówiło się, że zwiąże się pan z Wartą Poznań, klubem o długich tradycjach, wciąż popularnym, choć oczywiście daleko mu w tym do Lecha.

– Trenowałem w Warcie, w grę wchodziło podpisanie umowy, codzienne treningi i gra w zielonych barwach, ale nie mogłem sobie na to pozwolić. Dokładałbym do tego biznesu, bo przecież do klubu trzeba byłoby dojeżdżać, a mieszkam teraz pod Poznaniem.

Nie ma pan więc już ścisłych związków z futbolem, który wypełnił panu najważniejsze lata życia?

– Myślę, że z futbolem w taki lub inny sposób zawsze będę związany. Mam nadzieję, że profesjonalnie, jako trener. Jestem w trakcie kursu UEFA „A”. PZPN organizuje go dla piłkarzy, którzy zakończyli grę, a chcą przekazywać wiedzę i doświadczenie następcom. Poza tym mam inne pomysły na piłkarskie „życie po życiu”: zaczynam przygodę z biznesem. Moja spółka buduje kompleks apartamentowo-hotelowy „Baltin” nad morzem.

Czyli prowadzi pan działalność odległą od tego, czym pan żył dotychczas.

– Tak, choć nie do końca, bo w tym przedsięwzięciu nie jestem jedynym piłkarzem Lecha. Jest takich więcej, dlatego obiekt, który latem zacznie przyjmować gości, będzie miał szczególny charakter. Kiedy piłka wypełnia człowiekowi całe życie, nie ucieknie już od niej, choćby prowadził działalność z nią nie związaną.

Idzie pan zatem w ślady innego byłego piłkarza Lecha, Waldka Krygera, który po zakończeniu sportowej kariery także zaistniał w branży hotelowej.

– Tak, z tą jednak różnicą, że jego pensjonat znajduje się w górach, a nasz powstaje w Mielenku koło Mielna, czyli nad Bałtykiem. Do tej części wybrzeża jest z Poznania najbliżej, auta z rejestracją wielkopolską są w sezonie letnim na tym terenie najliczniejsze. Poza tym Lech jest w tej części Polski klubem lubianym. Mamy więc nadzieję gościć wielu kibiców Kolejorza.

Których oprócz pana piłkarzy Lecha, byłych i obecnych, będą tam mogli spotkać?

– Jest nas kilku, ale nie wiem, czy będą tego chcieli, więc nie podaję ich nazwisk. Choć to żadna tajemnica…

Czy obecna sytuacja Kolejorza coś panu przypomina?

– Oczywiście. Pięć lat temu, po zdobyciu mistrzostwa, przeżywaliśmy to samo. Dopadł nas ligowy kryzys. W początkowej fazie rozgrywek zanotowaliśmy kilka porażek, choć nie z rzędu, przeplatały się one z remisami i zwycięstwami. Będąc bogatym w doświadczenia próbuję szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak źle się dzieje z obecnym Lechem. Jestem daleko od drużyny, nie rozmawiam z chłopakami, więc nie wiem, jak bardzo głęboki jest ten kryzys. Nie ulega jednak wątpliwości, że nasz aż tak głęboki nie był.

Notowaliście wspaniałe wyniki w Lidze Europy.

– Zgadza się, właśnie tym zacieraliśmy obraz po ligowych niepowodzeniach.

Co wtedy czuliście? Świadomie mniej angażowaliście w rozgrywki krajowe?

– Nie, nawet mowy o tym nie było. Zadziałały czynniki psychologiczne. Pokazuje to sytuacja po bardzo dobrym meczu w Turynie. Udało nam się zremisować na wyjeździe z klasowym przeciwnikiem 3:3, a po kilku dniach graliśmy przy Łazienkowskiej. W pierwszej połowie czuliśmy własną klasę. Prowadziliśmy tylko 1:0, a mogliśmy znacznie wyżej. Zagubiona Legia była bezradna, a my seryjnie marnowaliśmy wyborne okazje bramkowe. To się zemściło po przerwie. Legia obudziła się, odwróciła losu meczu, w którym wcale nie była lepsza. Zadecydowało złe podejście do tego konkretnego meczu, nieskuteczność wywarła zły wpływ na naszą psychikę. Podobnych przypadków było więcej. Przyzwyczajeni do gry na wielkich stadionach pojechaliśmy do Bełchatowa. Wyraźnie tam dominowaliśmy, ale znów byliśmy nieskuteczni, a gospodarze otrząsnęli się i załatwili nas w drugiej połowie jedną udaną kontrą.

Mieliście wtedy w składzie wielu klasowych zawodników. Inne kluby mogły tylko pomarzyć o Peszce, Arboledzie, Stiliciu, czy Rudniewie. W takiej sytuacji łatwiej wychodzi się z kryzysu.

– Semir miał świadomość swojej klasy. Czuł, że w lidze czasami wystarczy pokazać 60 procent swoich możliwości, poziom jest tu niższy niż w Europie. Zupełnie inne bodźce na niego działały w meczach pucharowych, ale i on, i my wszyscy wiedzieliśmy, że w momencie kryzysu wystarczy impuls, by zła karta się odwróciła. Chodzę na mecze Lecha i widzę, że gdyby w spotkaniu z Podbeskidziem Thomalla wykorzystał na początku swoją sytuację, padłyby kolejne gole dla Kolejorza i mielibyśmy wysokie zwycięstwo. Każdy piłkarz musi być teraz maksymalnie skoncentrowany. Kiedy w Białymstoku przegraliśmy 0:2 udzieliłem wywiadu, w którym ostro wypowiedziałem się o naszej postawie. Koledzy dziwili się, ale byłem zdania, że lepiej po tej porażce się pobudzić, wtedy łatwiej będzie się otrząsnąć. Pomogło, zaczęliśmy łapać punkty.

Co by pan, jako osoba mająca taki kryzys za sobą, doradził piłkarzom Lecha?

– Przekonywałbym ich, że teraz muszą pokazać charakter, nie mają już innego wyjścia. Nie zapomnieli przecież, jak się gra w piłkę, ciągle są mistrzami Polski, nie mają prawa ani na chwilę zwątpić w swoje wysokie umiejętności. Okoliczności są ciężkie, atmosfera fatalna, ale ratunku muszą szukać we własnych głowach, właśnie w charakterze. Trzeba przełożyć sportową złość na maksymalne zaangażowanie, to wreszcie musi przynieść dobre rezultaty. Mocno w to wierzę.

Wyobraźmy sobie, że kiedy jest pan piłkarzem drużyny mistrza Polski, zarząd klubu nakazuje trenerowi odpuścić mecze pucharowe, oszczędzać piłkarzy, by mogli skupić się głównie na lidze. Jak byście wtedy zareagowali?

 – Odpuścić puchary? Mowy nie ma! Takie zalecenie nie poskutkowałoby. Jako Polacy mocno utożsamialiśmy się z Lechem, znaliśmy oczekiwania naszych kibiców, chcieliśmy zapisać się w historii klubu, ale zawodnicy zagraniczni traktowali grę w Poznaniu jako przede wszystkim okazję do pokazania się, przejścia do klubu z lepszej ligi. Nigdy by sobie nie darowali pucharów. Nie mieliśmy wtedy szerokiej kadry, w takim samy składzie graliśmy w lidze i w pucharach, więc jeden czy drugi piłkarz mógł to fizycznie odczuć, nie pokazywał w niedzielę tej samej jakości co w czwartek. Ale świadomie odpuszczać? Czegoś takiego nie ma w zawodowej piłce. Na piłkarza mogą działać różne bodźce, ale jako zawodowiec nigdy nie powie, że ten czy inny mecz potraktuje ulgowo.

Rozmawiał Józef Djaczenko