Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Czesław Michniewicz: Może do mnie zadzwonią?

włącz .

Kariera trenerska Czesława Michniewicza zaczęła się w Poznaniu.

– Aż nie chce się wierzyć, że to było tak dawno temu, za chwilę minie 10 lat. Kiedy ostatnio przyjechałem z zespołem Podbeskidzia na obóz przygotowawczy do Wronek zdałem sobie sprawę, że to wszystko trwa już dekadę.

Miło wspominam tamte pierwsze czasy i fakt, że obdarzono mnie zaufaniem, ale też zdaję sobie sprawę, że sam zbudowałem fundament pod swoją zawodową karierę wybierając się na studia, na AWF, gdzie zdobyłem trenerskie papiery. W Amice otrzymałem szansę prowadzenia rezerw, współpracy z silną wówczas pierwszą drużyną. Do Lecha przychodziłem jako trener mało znany, ale już z przygotowaniem merytorycznym.

Jeszcze bez formalnych uprawnień do prowadzenia zespołu na poziomie ekstraklasy.

– Faktycznie, bez uprawnień. W ekstraklasie byłem jednym z nielicznych trenerów z tytułem magistra, ale nie miałem licencji PZPN. Takie formalne uprawnienia do szkolenia zespołów ekstraklasy dopiero wchodziły w życie, stałem się jedną z pierwszych ofiar.

Początkowo jako pierwszy trener oficjalnie występował drugi trener Ryszard Łukasik, który miał PZPN-owskie uprawnienia. Wypowiadał się na konferencjach prasowych.

– Rysiu był super! Formalnie to on był trenerem Lecha. Pierwszy raz jako trener z uprawnieniami poprowadziłem zespół w pamiętnym rewanżowym meczu Pucharu Polski, w Warszawie.

Jak czuje się młody człowiek podejmujący pracę w takim środowisku? Całe miasto żyje przecież Lechem, dla tysięcy ludzi nie ma ważniejszych tematów, każde wydarzenie jest żywo i gorąco komentowane.

– Trafiając do Lecha nie zdawałem sobie sprawy, w jakim klubie przyjdzie mi pracować. Trochę byłem w Amice, wcześniej trochę w Trójmieście i wydawało mi się, że tam też wszyscy żyją piłką, ale to, co zobaczyłem w Poznaniu przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Te konferencje prasowe, ta wielka liczba dziennikarzy, tyle kamer… Już pierwsza konferencja, podczas której zostałem przedstawiony otworzyła mi oczy i przekonała, że trzeba mieć wiele samozaparcia i odrobinę szczęścia, żeby uchować się na tym stanowisku. Wiedziałem, że Poznań kocha, ale Poznań potrafi też nienawidzić. Wystarczy brak wyników.

Jak się okazało, z wynikami bywało różnie, ale miłością do Czesława Michniewicza to nie zachwiało. Kibice wybaczali wszystko.

– Tak. I to jest zastanawiające.

Kibice zdawali sobie sprawę, w jakich warunkach funkcjonuje klub, jak wielkie występują trudności. Rozumieli, że w tej sytuacji wyniki i tak są ponad stan.

– Właśnie za to kibicom z Poznania zawsze będę wdzięczny. Nawet kiedy było źle, wspierali drużynę. Zawsze się może zdarzyć, że ktoś powie coś przykrego, ale to były małe wyjątki. Mówi się, że kibic w Poznaniu jest wymagający. Taki jest rzeczywiście. Sam może ponarzekać na Lecha, ale kiedy ktoś inny narzeka, zawsze swego klubu broni. Z tym jest jak z żoną. Można ponarzekać na swojego męża, czy na swoją żonę, ale kiedy sąsiedzi narzekają, to już powstaje problem. W Poznaniu przeżyłem fajną przygodę, to było niezapomniane. Te trzy lata to był najlepszy okres pracy w mojej karierze, do tego w pięknym mieście. Właśnie wtedy urodził się mój syn.

Dalej kibicuje Lechowi?

– Tak, to się nie zmieniło, to mu po Poznaniu zostało. Ale kiedy moja aktualna drużyna gra przeciwko Lechowi, to kibicuje tacie, to jest zrozumiałe.

Najważniejszym przeżyciem z tamtego okresu było zdobycie, na przekór kłopotom finansowym i organizacyjnym, Pucharu Polski. Dodatkowym smakiem było pokonanie w finale odwiecznego, mocnego rywala.

– Z Legią graliśmy dwa mecze finałowe. Pamiętam, że prezes Radosław Majchrzak zgodził się przełożyć je tak, by ten drugi odbył się w Warszawie. Nie chciał, by Legia odbierała Puchar Polski na naszym stadionie. U nas wygraliśmy 2:0, na wyjeździe po dramatycznym meczu przegraliśmy 0:1. Było dużo kontuzji, zespół grał z ogromnym poświęceniem. A potem był niezapomniany triumf i niesamowita podróż powrotna do Poznania. Po drodze, pod Koninem, późna kolacja połączona ze śniadaniem. Po powrocie wielka feta, podróż otwartym autokarem przez miasto, wydarzenia na Starym Rynku…

I chwile niepokoju, gdy gdzieś zawieruszyło się trofeum.

– Ale okazało się, że jest bezpieczne, czekało u mnie w domu. Wrażenia były niezapomniane, dla mnie i dla piłkarzy. To była świetna grupa ludzi. Wiadomo, że nie byli święci, ale wiedzieli, kiedy trzeba pracować, a kiedy można potańczyć, bawić się z kibicami.

Jak się wracało do Poznania w nowej roli, jako trener prowadzący przeciwnika Lecha?

– Wygraliśmy wtedy mecz przeciwko Lechowi. Prowadziłem Zagłębie Lubin. Mieliśmy mocną drużynę z Chałbińskim, Stasiakiem, Arboledą. W tamtym sezonie zdobyliśmy Mistrzostwo Polski, a Franek Smuda dopiero tworzył swój „składak”. To nie umniejsza mojej satysfakcji po tamtym zwycięstwie. Tym bardziej, że cały stadion skandował „Czesław Michniewicz” i „Jak to się robi, hej Czesiek pokaż Frankowi”.

Smuda nie był szczęśliwy. Jeśli dobrze pamiętam, od tego czasu w Poznaniu organizowane są osobne pomeczowe konferencje prasowe z trenerami.

– Wcześniej mieliśmy normalne relacje, od tamtego meczu wyraźnie się popsuły, Smuda zaczął dziwnie na mnie spoglądać. Ale wtedy jeszcze konferencja prasowa była wspólna. Na wspólną nie chciał się zgodzić dopiero po meczu z Arką, z którą przyjechałem potem na Bułgarską.

Podczas tej pierwszej konferencji prasowej z ust trenera drużyny gości padły tylko trzy pamiętne słowa – „Veni, vidi, vici”.

– Tak, a Franek mocno się tym zdziwił. Pamiętam, że powiedział: „Co, już?”. Chyba nie do końca wiedział, o co chodzi.

Początek był niesamowity. Z jednym zespołem Puchar Polski, z kolejnym mistrzowski tytuł. Potem jednak losy trenera Michniewicza toczyły się ze zmiennym szczęściem.

– Popełniłem duży błąd podejmując pracę w Arce Gdynia. Obiecywałem sobie, że nie będę pracować w klubie z miasta, w którym mieszkam. Szkoda, że tego się nie trzymałem. Byłem tam dla wszystkich kolegą. Trafiłem do Arki, która nie awansowała do ekstraklasy ale została do niej dokooptowana. Obowiązywały rozdmuchane kontrakty zawodników, było dużo problemów wewnątrz klubu. Mieliśmy 23 punkty po jesieni, powinienem był wtedy odejść. Źle zrobiłem, zostałem. Potem brałem kluby, można powiedzieć, „z łapanki”, gdzie nie było czasu przygotować drużynę tak, jak się chce. Sukcesy uzyskałem w dwóch klubach, w Lechu i Zagłębiu. Ale najlepiej wspominam Lecha i Widzew. Tam było czuć duszę, tam grało się dla kogoś, mimo panujących problemów finansowych.

Kto wie, czy największym sukcesem nie było utrzymanie w lidze znajdującego się w beznadziejnej sytuacji Podbeskidzia. Gdyby zdarzyło się to kilkanaście lat temu, w klubie z bogatym właścicielem, wszystko byłoby oczywiste, bo nie z takich opresji wychodziła na przykład Dyskobolia. Tu sytuacja była „czysta”. Jak udało się to osiągnąć?

– Trafiłem na dobrą grupę ludzi. Zaszczepiłem zawodnikom optymizm. Uwierzyli, że można tego dokonać. Wydawało się, że grają na luzie, ale im bliżej końca, tym było trudniej. Zdawaliśmy sobie sprawę, że szczęście jest blisko, ale jeden mecz może nam wszystko popsuć. W przełomowym meczu z Polonią w Warszawie prowadziliśmy i mieliśmy „setkę”, ale ostatecznie przegraliśmy. To był moment zawahania. Przyjechał Piast Gliwice i nas pokonał. I pojechaliśmy do Poznania, gdzie był wóz albo przewóz. Fajnie, że trafiliśmy na Lecha, który jeszcze walczył o mistrzostwo. Nikt nie może powiedzieć, że nam odpuścił, że wygraliśmy przypadkowo. Zagraliśmy bardzo dobry mecz.

Jaki będzie nowy sezon?

– Dla nas bardzo trudny. Rozbudziliśmy emocje i nadzieje, byliśmy trzecią drużyną wiosny, ale zdajemy sobie sprawę, że aż takiego dużego potencjału nie mamy. Walczyliśmy o życie, o przetrwanie, daliśmy z siebie wszystko. Teraz nie mamy już Roberta Demjana, Zajac jest kontuzjowany. Szukamy nowych zawodników, ale w oparciu o bardzo skromne warunki finansowe. Powiem szczerze – bardzo się obawiam tego sezonu.

Kto zostanie mistrzem?

– Jak śpiewają poznańscy kibice – „Mistrzem Polski będzie Lech!” (śmiech). Życzę Lechowi, żeby rzeczywiście zdobył ten tytuł. Ale patrząc na problemy kadrowe trzeba zdać sobie sprawę, że będzie trudno. Plaga kontuzji w okresie przygotowawczym może wszystko skomplikować. Przebywając ze swoim zespołem we Wronkach oglądałem dwa sparingi Lecha i widzę, że po prostu nie ma kim grać. Gdy spojrzy się na wszystkich zawodników trzeba powiedzieć, że to będzie potęga w polskiej lidze. Ale połowa tych zawodników jest od dłuższego czasu wyłączona z treningów.

Aż się prosi, by wzmocnić skład nowymi zawodnikami.

– Każdemu klubowi by się to przydało.

Początkowo układy z nowymi władzami Lecha najlepiej się nie układały.

– Tak, nie były najlepsze. Gdy byłem jeszcze młodym trenerem odmówiłem powrotu do Amiki. Teraz jednak jest już OK. Rozmawiałem z prezesem Rutkowskim, wcześniej z prezesem Kadzińskim, z innymi osobami. Lech dał mi życiową szansę, jestem za to wdzięczny. Te trzy lata pracy w Poznaniu to ogromny kapitał doświadczenia. Nie żałuję, że przed laty nie wróciłem do Wronek, ale dziś z władzami Lecha mamy normalne relacje, więc może jeszcze kiedyś do mnie zadzwonią? (śmiech).

Podobno dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki, ale…

– Mourinho ostatnio wszedł. Wrócił do Chelsea, gdzie kibice do niego tęsknili.

Może więc „Polski Mourinho” wróci do klubu o podobnych barwach jak Chelsea.

– Każdy trener marzy, by pracować w tak wielkim klubie, jak Lech. Mnie to też dotyczy. Tym bardziej chciałbym znaleźć się tu ponownie, że klub działa już na zdrowych zasadach finansowych, można coś planować, nie trzeba sprzedawać najlepszych, wyróżniających się piłkarzy, żeby utrzymać się na powierzchni.

 

Rozmawiał Józef Djaczenko