Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Zwycięskie pożegnanie przegranego trenera

włącz .

Nie wiemy, kto zastąpi dotychczasowego trenera Lecha. Wiemy, że będzie miał mnóstwo roboty i chyba długo potrwa, zanim Lech zacznie grać tak, jak wszyscy oczekują. Póki co piłkarze Kolejorza pożegnali się z trenerem godnie. Wygrali po meczu, w którym wystarczyły dwa identyczne dośrodkowania Kędziory i dwa identyczne strzały głową Teodorczyka. Skuteczność była niezwykła, bo Lech w tym meczu celnych strzałów prawie nie oddawał. Nie można powiedzieć, że był nieskuteczny. Po prostu nie potrafił tworzyć sytuacji bramkowych.

Wydawało się, że Lech dobrze wszedł w mecz. W pierwszych minutach częściej był przy piłce, trzymał ją na połowie Lechii. Groźnych sytuacji jednak nie stwarzał, grał bez przekonania w ataku. A kiedy Lechia się obudziła, przekonaliśmy się, dlaczego Lechowi w tym sezonie mało co się udaje. Gra jednym tempem, bez pomysłu, nerwowo, przegrywa bezpośrednie pojedynki. Kiedy do piłki startowali dwaj zawodnicy, to niemal zawsze wygranym był gracz ubrany na zielono.

Niewiele brakowało, by Lechia zdobyła gola z gry. Obrona Lecha jak zwykle grała niepewnie i nerwowo, popełniała błędy w kryciu, więc kilka razy zapachniało bramką. Lech nawet nie próbował w tym momencie uporządkować gry. Widzieliśmy bezładne wykopy, podania do przodu, gdzie nie ma żadnego zawodnika w białej koszulce. Lechia gola z gry nie strzeliła, ale z pomocą pospieszył jej były gracz, Hubert Wołąkiewicz. Chciał powstrzymać szarżującego Vranjesa wyciągniętą nogą. Nie sięgnął piłki, trafił za to przeciwnika i sędzia Szymon Marciniak wykonał swój ulubiony ruch: wskazał „jedenastkę”. Vranjes strzelił mocno, Kotorowski go wyczuł, ale piłki nie sięgnął.

Lech szybko wyrównał, ale cóż z tego, skoro pan Marciniak, kierujący się wskazaniem asystenta sygnalizującego pozycję spaloną, gola nie uznał. Sytuacja była stykowa, nawet jeżeli Lovrencsics wyprzedził obrońcę o centymetr, arbiter nie miał prawa tego dostrzec. Każdy uczciwy sędzia, nie uskarżający się na kłopoty ze wzrokiem, nie wymachiwałby w takiej sytuacji chorągiewką. Lech został okradziony z prawidłowo przez Kownackiego zdobytego gola, zresztą po jedynej w tej połowie szybkiej, ładnej akcji.

Mecz był nerwowy od samego początku, mnożyły się przepychanki między zawodnikami. Nie zawsze była to sportowa walka, widać było trochę złośliwości, choć piłkarze nie chcieli zrobić sobie krzywdy. Był wyjątek – Zaur Sadajew. Wchodził tak, jakby miał zamiar połamać rywalom kości. Do tego kłócił się, popychał. W starciu z Ubiparipem zarobił żółtą kartkę. Potem wszedł w Trałkę tak, jakby chciał zakończyć jego karierę i został wyrzucony z boiska. Był tak pobudzony, że chciał bić sędziego, piłkarzy Lecha, wygrażał Trałce, umawiał się z nim na pojedynek na pięści, a kiedy wreszcie zdecydował się zejść do szatni, na pożegnanie chamsko odepchnął kamerzystę.

Osłabienie Lechii okazało się… wodą na młyn dla tej drużyny. Grający w przewadze Lech musiał atakować, więc przez 45 minut oglądaliśmy kopię meczu ze Stjarnan. Na samym początku gospodarze cudem nie zdobyli drugiego gola, gdy bez niczyjej pomocy upadł Wołąkiewicz, wyprowadzając Makuszewskiego na „czystą” pozycję. Strzał był na szczęście niecelny, „Kotor” nawet nie musiał interweniować. Potem już przewaga Lecha była miażdżąca, ale tylko w posiadaniu piłki. Rozgrywał na środku, podawał na boki, dośrodkowywał, wycofywał, znów uruchamiał skrzydła… i tak przez prawie 45 minut. Tylko raz było groźnie, gdy dobrze grający Darko Jevtić otrzymał dobre podanie od Kownackiego, minął zwodem obrońcę i uderzył w poprzeczkę. Piłka odbiła się niemal na linii bramkowej i wyszła w pole.

A potem błysnęli piłkarze przyjaźniący się, urodzeni pod znakiem Bliźniąt. Tomek Kędziora wykonał precyzyjną centrę, Łukasz Teodorczyk wyskoczył i nie dał bramkarzowi Treli szans. Lechia nie zmieniła sposobu grania, Lech wciąż miał piłkę i ciągle brakowało mu pomysłu na jej rozegranie, strzałów nie oglądaliśmy. Znów jednak przypomnieli o sobie dwaj przyjaciele (nie tylko) z boiska. To była kopia poprzedniej akcji.

Dopiero wtedy Lechia zaatakowała. Po kolejnym głupim postępku Wołąkiewicza szanse miał grający przeciwko byłym kolegom Mateusz Możdżeń. Jakoś dziwnie prezentował się w zielonym, ale kiedy tuż przed końcem Hubert popełnił faul przed polem karnym, właśnie „Możdżu” ustawił piłkę. Strzał oddany z 26 metrów był celny. Na szczęście „Kotor” wie, jak Mateusz strzela. I Lech wygrał przy prawie rekordowej frekwencji w Gdańsku. Dzięki temu Mariusz Rumak może mieć satysfakcję – nie odchodzi jako do końca pokonany.

Lechia Gdańsk – Lech Poznań 1:2 (1:0)

Bramki: 1:0 Vranjes (36-karny), 1:1 Teodorczyk (80), 1:2 Teodorczyk (84)

Widzów: 25 529 (w tym 950 kibiców Kolejorza)

Sędzia: Szymon Marciniak (Płock)

Żółte kartki: Sadajew, Możdżeń - Ubiparip, Trałka, Kownacki, Teodorczyk

Czerwona kartka: Sadajew (45-za faul)

Lechia: Dariusz Trela - Mateusz Możdżeń, Rafał Janicki, Tiago Valente, Nikola Leković - Ariel Borysiuk, Daniel Łukasik (54. Marcin Pietrowski) - Maciej Makuszewski, Stojan Vranjes (74. Adam Buksa), Piotr Grzelczak (86. Bartłomiej Pawłowski) - Zaur Sadajew

Lech: Krzysztof Kotorowski - Tomasz Kędziora, Hubert Wołąkiewicz, Marcin Kamiński, Luis Henriquez - Łukasz Trałka, Darko Jevtić (90. Dariusz Formella) - Dawid Kownacki, Kasper Hamalainen (67. Łukasz Teodorczyk), Gergo Lovrencsics (74. Barry Douglas) - Vojo Ubiparip.