Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Zarząd Lecha studzi emocje

włącz .

Mariusz Rumak poprowadzi Lecha w niedzielnym wyjazdowym meczu przeciwko Lechii, choć wydawało się, że po czwartkowej kompromitacji więcej go przy ławce rezerwowych Kolejorza nie zobaczymy. Wcale też nie jest powiedziane, że spotkanie w Gdańsku będzie jego ostatnim w roli trenera. Zarząd Lecha dał sobie czas na podjęcie decyzji do wtorku. Tak długą zwłokę można tłumaczyć na różne sposoby.

Dziennikarze zebrani w sali konferencyjnej po meczu przeciwko Stjarnan byli w zdecydowanej większości przekonani, że trener Rumak przyjdzie tylko po to, by ogłosić swoją rezygnację z prowadzenia drużyny, a wyjątkowo długa zwłoka (zjawił się 20 minut później niż zawsze) wydawała się to potwierdzać. Było prawdopodobne, że trwają właśnie gorączkowe konsultacje z zarządem Lecha. Trener dymisji nie ogłosił. Poinformował tylko, że decyzję w jego sprawie podejmie zarząd.

Wielu obserwatorów twierdzi, że trener w pierwszym porywie, po nasłuchaniu się gwizdów i zachęt od kibiców, chciał pozostawić drużynę Lecha. Został jednak przekonany, by wstrzymał się z oświadczeniem narażającym zarząd Lecha na kłopoty organizacyjne. Nie było wiadomo, kto w takiej sytuacji poprowadziłby drużynę w niedzielnym meczu. Odłożenie decyzji władz klubu do wtorku wydaje się tę tezę potwierdzać.

Wynik meczu z Lechią, jak ogłosił klub, nie będzie miał wpływu na wtorkową decyzję. Wcale to jednak nie znaczy, że los trenera jest przypieczętowany. Być może poznamy nazwisko nowego trenera, ale nikt, kto obserwuje postępowanie władz klubu nie byłby zdziwiony, gdyby okazało się, że Mariusz Rumak poprowadzi zespół na przykład do końca rundy jesiennej. W Lechu nie podejmuje się bowiem dyskusji pochopnych, tuż po porażce. Postawa kibiców, żądanie odejścia trenera nie ma tu żadnego znaczenia. Najważniejsze, by szkoleniowiec nie stracił kontroli nad zespołem, bo tylko to wymusiłoby ruchy ratunkowe – tak twierdzą prezes i wiceprezes klubu.

Taki sposób prowadzenia klubu piłkarskiego, zwany eufemistycznie biznesowym, ma zalety, ale dla Lecha okazał się wielce szkodliwym. Co wydarzyło się od ubiegłorocznego blamażu w meczu z Żalgirisem? Co zyskaliśmy? Otóż nic. Postawa zarządu nie zmieniła się, a kibice przeżywali kolejne upokorzenia, aż do ostatniego, czwartkowego. Czasami, zamiast stosować metody biznesowe, lepiej sięgnąć po kartkę i ołówek, by wyliczyć, ile klub stracił pieniędzy nie reagując na kolejne pożegnania z Europą. Obok można zapisać, ile zyskał trzymają na posadzie Mariusza Rumaka, „trenera na lata”.

O stratach wizerunkowych, o kompromitacji goniącej kompromitację lepiej nie wspominać. Tym razem i tak Lech ma szczęście, bo nieudacznictwo urzędników pracujących w Legii odwróciło uwagę opinii publicznej od naszego kolejnego blamażu. Nie zmienia to faktu, że kibice Kolejorza przeżywają traumę. Nie uwierzą, że pod wodzą dotychczasowego trenera uda się cokolwiek osiągnąć.

Stosowanie metod biznesowych, równoważenie budżetu przyniesie oszczędności, ale przychodów się nie zwiększy bez pozyskania doświadczonego, nie pękającego przed zagranicznymi drużynami trenera. Ostrożna polityka może zapewnić rozwój w biznesie, ale nie w futbolu, gdzie ludzie kierują się nie głową, lecz porywami serca. Nie można w jednej kieszeni trzymać węża, gdy z drugiej, dziurawej nieustannie wysypują się banknoty.

W czwartek przekonaliśmy się, że w Lechu wysoki poziom trzymają tylko kibice. Marnowanie ich zaangażowania, miłości do klubu, atmosfery panującej nie tylko na stadionie, ale i w mieście to wielki grzech, to zabijanie ogromnego potencjału. Zarząd Lecha otrzymał w prezencie ogromne emocje. Trwoni je w imię dziwnych, nie dających egzaminu, nie przystających do współczesnego futbolu standardów.