Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Pokazać mentalność zwycięzców

włącz .

Aż nie chce się wierzyć, że to będzie mecz o życie. Z Lechem musi być źle, skoro tak traktujemy pojedynek przeciwko słabeuszom z Estonii. Wszystko przez ubiegłoroczną wpadkę z Litwinami, drużyną grającą w równie kiepskiej i ubogiej lidze. W ten sposób klub renomowany, szczycący się wyeliminowaniem Juventusu, zdewaluował swoją wartość i renomę. Będzie jeszcze gorzej, jeżeli nie dowiedzie wyższości nad Nomme Kalju.

Co ciekawe, obecny zespół Lecha wcale nie jest dużo słabszy od tego z 2010 roku, mimo iż tamten w każdej formacji miał graczy wielkiej klasy. Nie możemy cieszyć się grą będącego w szczytowej formie Arboledy, Stilicia, Rudniewa, Peszki. Obecni piłkarze mają jednak potencjał porównywalny. Jevtić może być nie gorszy niż Stilić, Teodorczyk w pierwszym swym sezonie w Poznaniu strzelał równie często jak Rudniew, gwiazdą naszej ligi zostanie Keita. Mamy też młodych piłkarzy, z szansami na grę w wielkich klubach.

Właśnie się przekonujemy, jak wiele zależy od mentalności. Rok temu Lech był rozbity kontuzjami, nieliczni zdrowi gracze byli ponad miarę eksploatowani, trudno im było się pozbierać. Nikt nie ma wątpliwości, że prezentują wyższą klasę niż Żalgiris, a jednak odpadli z pucharów. Przeciwnik był silniejszy psychicznie, nastawiony na sprawienie sensacji, dobrze ustawiony przez polskiego trenera. Skutki tamtej klęski mają wpływ na obecną postawę Lecha. Piłkarze zdają sobie sprawę z wyższości nad rywalem, ale z tyłu głowy z pewnością błąkają im się ciemne myśli i niepokojące analogie.

W Estonii Lech pokazał się jako drużyna dużo lepsza, ale nie zwycięska. Znów przegrał mentalnie. Zabrakło determinacji w całym meczu i pewności siebie w momentach decydujących. Do tego przytrafił się katastrofalny kiks obrońcy. Przez tydzień nie można zbudować wielkiej formy, udoskonalić wyuczonych schematów. Można jednak albo popaść w jeszcze większy dołek wspominając Żalgiris, albo nabrać przekonania, że przykre, pechowe wpadki nie zdarzają się tydzień w tydzień.

Jedno jeszcze różni Lecha dzisiejszego od tego sprzed tygodnia. Vojo Ubiparip. Nikt, nawet on sam nie miał pojęcia, że tak szybko „odpali”. W niedzielę zagrał pierwszy raz od prawie roku w meczu o stawkę. I został bohaterem dnia, a przy okazji „wielką nadzieją białych”. Teraz już trener nie pośle do ataku Hamalainena, raczej nie wpuści na boisko od początku Kownackiego. Już zapomnieliśmy, że Vojo był kiedyś zagubionym, marnującym dobre okazje i tracącym piłkę ni to skrzydłowym, ni to napastnikiem. Oby nie pamiętał tego i on. Przezwyciężył fizyczne słabości, a do tego niespodziewanie nabrał pewności siebie. W takiej sytuacji jeszcze podczas pobytu w Poznaniu nie był. Ciekawe, jak się spisze w roli człowieka, na którego liczy niebiesko-biały Poznań.