Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Koniec emocji, koniec złudzeń

włącz .

Nie będzie mistrzostwa Polski. Lech przegrał mecz, który musiał wygrać, by być jeszcze w grze. Lechii wyszedł bardzo dobry mecz. Dominowała nad Lechem szybkością i zdecydowaniem, zwłaszcza w pierwszej połowie. Trener Lecha próbował sztukować skład, uzupełniać ubytki, z marnym skutkiem. Może uda się skuteczniej powalczyć o zwycięstwo ligi w przyszłym sezonie, o ile priorytetem dla właścicieli klubu stanie się zbudowanie mocnej drużyny.

Wydawało się, że otwarta, bezpośrednia, pozbawiona wyrachowania gra będzie atutem Lecha. Nic z tego, w pierwszej połowie dwukrotnie dał się zaskoczyć szybkimi, aż za bardzo bezpośrednimi zagraniami do napastników. Dawidowicz podał przez prawie całe boisko do Sadajewa, a ten błyskawicznie wyszedł sam na sam z Kotorowskim i nie dał mu szans. Obrońcy Lecha „popisali się” brakiem szybkości i umiejętności przewidywania. Patrzyli na siebie ze zdziwieniem zamiast interweniować.

Niedługo Lechia cieszyła się prowadzeniem. Lech przeprowadził kapitalną akcję ofensywną, w której Łukasz Teodorczyk błysnął genialną asystą. Dostrzegł Możdżenia i podał mu na wolne pole, a ten technicznym strzałem wyrównał. Lechia znów wyszła na prowadzenie, bo obrońcy Lecha byli bezradni, gdy podanie z głębi pola przejął będący na pozycji spalonej Grzelczak, podał do Sadajewa, a ten celnie strzelił głową.

W grze Lecha brakowało pewności, zdecydowania. Piłkarze w niebieskich strojach zachowywali się nieśmiało, jakby byli stremowani. Przegrywali niemal wszystkie indywidualne pojedynki. Dawali się ogrywać i wyprzedzać, w przeciwieństwie do Lechii nie stosowali pressingu, byli od siebie oddaleni, przez co gospodarze łatwo, po kilku podaniach, zdobywali teren. To nie znaczy, że Lech był bezradny. Kiedy udawało mu się wymienić kilka szybkich podań w ataku, bramka wisiała na włosku. Obrońcy Lechii grali jednak zupełnie inaczej niż defensywa Lecha – pokazywali zdecydowanie, szybkość, wzajemną asekurację, pewność w interwencjach.

Wydawało się, że na drugą połowę Lech wyjdzie z przekonaniem, że można jeszcze odwrócić losy meczu. Nie zaatakował jednak, to Lechia dominowała, atakowała śmiało. Nie pokazywała wyrachowania, nie „zamurowała” się, nawet obrońców widzieliśmy z przodu, a Lech tego nie potrafił wykorzystać, skontrować gospodarzy. Dopiero po 20 minutach zagrał trochę odważniej, spróbował zaatakować. Po doskonałym podaniu Hamalainena niecelnie strzelił Lovrencsics, jeden ze słabszych piłkarzy na boisku. Potem Teodorczyk jednym strzałem obił dwa słupki.

I to było wszystko, na co Lecha było stać tego wieczoru. Trener próbował wzmocnić atak, zdjął z boiska mało przydatnego Wołąkiewicza, ale jego zastępca, Claasen, był równie bezproduktywny. Potem jeszcze na boisku pokazali się Kownacki i Formella. Ten pierwszy wykonał rajd, po którym został sfaulowany i Lech mógł stworzyć groźną akcję po rzucie wolnym. Mógł, ale Teodorczyk ją spalił.

Lechia wygrała zasłużenie. Grała odważnie, z przekonaniem, że nie taki Lech straszny, jak go malują. Aż strach pomyśleć, co się stanie z Lechem, gdy odejdą czołowi zawodnicy. Pozostanie czekać, aż zawodnikami dużej klasy zostaną piłkarze nastoletni. I mieć nadzieję, że nie zostaną sprzedani zanim to się stanie.

Lechia – Lech 2:1 (2:1)

Bramki: 1:0 Sadajew (23), 1:1 Możdżeń (26), 2:1 Sadajew (41)

Widzów: 16 tysięcy.

Sędzia: Marcin Borski (Warszawa)

Żółte kartki: Sadajew, Pietrowski, Makuszewski

Lechia: Mateusz Bąk - Deleu, Rafał Janicki, Paweł Dawidowicz, Nikola Leković - Marcin Pietrowski, Stojan Vranjes - Maciej Makuszewski (82. Przemysław Frankowski), Piotr Wiśniewski (72. Patryk Tuszyński), Piotr Grzelczak - Zaur Sadajew

Lech: Krzysztof Kotorowski - Mateusz Możdżeń, Paulus Arajuuri, Marcin Kamiński, Luis Henriquez - Hubert Wołąkiewicz (77. Dawid Kownacki), Karol Linetty - Gergo Lovrencsics (68. Daylon Claasen), Kasper Hamalainen, Szymon Pawłowski (81. Dariusz Formella) - Łukasz Teodorczyk.