Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Dysponenci wiedzy tajemnej

włącz .

Oceny obserwatorów były jednoznaczne. Wszystkich obserwatorów. Jeżeli nawet Hubert Wołąkiewicz sfaulował Jakuba Wójcickiego w poniedziałkowym meczu w Bydgoszczy, w co należy wątpić, to z całą pewnością nie zasłużył na czerwoną kartkę. Do środy byliśmy przekonani, że tylko jedna osoba znalazła podstawy do wyrzucenia Huberta z boiska. To pan Paweł Raczkowski, arbiter z Warszawy. W środę przekonaliśmy się, że tego samego zdania jest Kolegium Sędziów przy PZPN. Środowisko piłkarskie podzieliło się więc na dwie części: arbitrów piłkarskich i całą resztę.

Ten mecz i ten incydent pokazuje, jak łatwo całe środowisko, walczące od kilku lat o odzyskanie twarzy, może ją ponownie stracić. Wystarczy podyktować jedną głupią i jedną błędną decyzję. Błędny werdykt podjął pan Raczkowski. Kiedy nie widzi się dobrze wydarzenia, trzeba puścić grę, liczyć na pomoc sędziego-asystenta lub arbitra technicznego. Pan Raczkowski, arbiter z Warszawy, nie widział dobrze. Jak twierdzą piłkarze uczestniczący w tej akcji, zasugerował się tym, co słyszy, a trzask najprawdopodobniej wynikał z tego, że Wójcicki potknął się o Wołąkiewicza.

Wcześniej głupią decyzję podjęły osoby ustalające obsadę sędziowską. Cała Polska wie, że trwa rywalizacja między Lechem a Legią. Wyznaczanie sędziego z Warszawy do prowadzenia meczu Lecha to robienie sobie problemów tam, gdzie można ich uniknąć. Wiemy, że pan Raczkowski, który podczas swej krótkiej kariery mylił się wielokrotnie, wzorem kompetencji nie jest. Nie wiemy natomiast, czy jest nieuczciwy. Nie ma żadnych podstaw, by mu to zarzucać. Kiedy jednak myli się w tak rażący sposób na niekorzyść drużyny walczącej z drużyną z jego miasta i omal nie wypacza wyniku meczu, sprawa nabiera posmaku afery. Naraża na podejrzenia arbitra i tych rezydujących w stolicy działaczy, którzy go wysłali do Bydgoszczy.

Osobny rozdział to postawa Komisji Sędziów, a zwłaszcza jej szefa, pana Przesmyckiego, niegdyś ligowego arbitra z miasta Łodzi. Jak wynika z podpisanego przez niego uzasadnienia, omawianego i ośmieszanego przez media, ani sędzia nie był pewien, czy Hubert faulował, ani takiej gwarancji nie mają ci, co pracę pana Raczkowskiego ocenili. W uzasadnieniu znajdują się takie stwierdzenia: „zawodnik Lecha mógł doprowadzić do kontaktu nóg, który zakwalifikować można jako nieostrożne podstawienie nogi”.

Skoro nie ma się pewności, jak było, lepiej się nie kompromitować podpisywaniem takich dokumentów. Trzeba odpuścić i przyznać, że sędzia wykazał nadgorliwość. Pójście w zaparte i wmawianie opinii publicznej, że arbitrzy dysponują wiedzą tajemną, niedostępną zwykłym śmiertelnikom, to wyrządzanie krzywdy swojemu środowisku. Gdyby w podobny sposób sędzia skrzywdził Legię, a Lech wygrał ligę, cała Warszawa opowiadałaby o „mistrzu przy stole”.

Józef Djaczenko