Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Zwycięstwo na jubileusz

włącz .

Lech Poznań, ciągle świętujący 92. urodziny, pokonał Lechię Gdańsk 2:1. Kibice do ostatnich sekund drżeli o wynik, choć piłkarze mogli im tego oszczędzić. Powinni byli zwyciężyć kilkoma bramkami i wybić gościom piłkę z głowy na długo. Łukasz Teodorczyk tym jednym meczem mógł sobie zapewnić tytuł króla strzelców. Po tym spotkaniu Kolejorz awansował na drugie miejsce w lidze. Nie tyle świadczy to dobrze o nim, co fatalnie o poziomie tej ligi.

Na stadionie nie zabrakło jubileuszowych elementów. Urodziny Kolejorza widoczne były na każdym kroku. Nawet piłkarze Lecha, tym razem występujący w strojach normalnych, a nie „z epoki”, potrafili się dostroić i pokazywać, szczególnie pod koniec meczu, futbol archaiczny. W rozwiniętych piłkarsko krajach od dawna tak się nie gra. Nie stosuje się w końcówce zagrywek obliczonych na zyskanie czasu, po których padają gole na własne życzenie. Być może zawodnicy Kolejorza chcieli dostarczyć swym licznym fanom dodatkowych emocji.

Zaczęło się od ambitnych ataków i pressingu Lechii. Na szczęście dla Lecha drużyna ta nie ma dużej jakości ani składu z piłkarzami potrafiącymi decydować o obliczu meczu. Lech opanował środek pola, a potem sukcesywnie spychał gości do obrony. Raz po raz powstawały groźne akcje. Nie wynikały one z wielkiego kunsztu w rozgrywaniu piłki, raczej z szybkich akcji skrzydłami i dośrodkowań. Łukasz Teodorczyk przed przerwą mógł ustrzelić hat tricka, a po przerwie go powtórzyć. Kiedy jedną po drugiej marnował idealne sytuacje, kibice zacierali ręce. Wiedzieli, że „Teo” potrzebuje wielu stuprocentowych okazji, by jedną z nich zamienić na bramkę. Im więcej marnował, tym bardziej przybliżał się do sukcesu.

Do przerwy Lech prowadził tylko dlatego, że ma w składzie Szymona Pawłowskiego, a on akurat jest zdrowy. Kiedy nic mu nie dolega, stać go na akcje, jakie rzadko oglądamy na polskich boiskach. Na polu karnym wykonał dwa wspaniałe zwody, zostawił za plecami obrońców Lechii i oddał fantastyczny strzał, którego bramkarz nie miał prawa obronić. Można było pójść za ciosem, bo Lechię strata bramki zbiła z tropu. Nic takiego nie nastąpiło, a goście potrafili złapać równowagę dopiero po przerwie, gdy na krótko opanowali boisko. Mieli kilka dobrych sytuacji, ale znacznie ich więcej stwarzał Lech. Niestety, Łukasz Teodorczyk ciągle wstrzeliwał się w bramkę. Pudłowali Hamalainen i Lovrencsics.

Atakująca frontalnie Lechia stwarzała Lechowi świetne okazje do kontr. Nic z nich nie wychodziło, piłkarze zagrywali sobie piłkę tak, jakby pierwszy raz akurat się spotkali i nie znali swoich możliwości. Nie wiadomo, czy wynikało to z jakości boiska i padającego przez cały mecz deszczu, czy z pospolitej nonszalancji. Nawet Pawłowski raz po raz przegrywał pojedynki z gdańszczanami. Udało się zdobyć gola dopiero po jednym z wielu stałych fragmentów gry. Lech egzekwował rzut rożny, piłka posłana w kierunku bramki nie mogła do niej wpaść, aż we właściwym miejscu znalazł się Teodorczyk. Gola zadedykował mamie, która też miała swoje święto. Niestety, licznik tego napastnika został wyzerowany i nie było wielkiej nadziei, że wystarczy czasu na wykorzystanie następnej okazji.

Tego czasu było jednak nadspodziewanie dużo, bo kibice gości, którzy zjawili się w sile półtora tysiąca, uraczyli poznańskich widzów wspaniałym pokazem pirotechniki, po którym sędzia, pan Adam Musiał zmuszony był przerwać mecz, aby dymy odpłynęły znad stadionu odsłaniając widok placu gry. Gdy gryzące gazy dotarły nad widownię, kibice Lecha dosłownie płakali ze wzruszenia. Charakterystyczny aromat palonej gumy unosił się nad Bułgarską jeszcze długo. To były piękne przeżycia.

Mecz został przedłużony o 5 minut. I właśnie wtedy zaczęło być ciekawie, bo Lechia rzuciła się do desperackich ataków odsłaniając się zupełnie. Mądrze i nowocześnie grający przeciwnik wykorzystuje to strzelając kolejne gole po kontrach. Piłkarze Lecha nieumiejętnie kopiowali zagrywkę Włodzimierza Smolarka uciekając z piłką do narożnika, zyskując bezcenne sekundy. Kibice traktowali to jako jeszcze jeden element jubileuszowych obchodów.

Takie świętowanie skończyło się niestety źle, bo piłkarze Lecha udowodnili, że w tym sezonie nie ma dla nich niczego niemożliwego. Sprokurowali sytuację, po której Lechia nie miała innego wyjścia, jak kopnąć piłkę do siatki. Emocje wzrosły i realne się stało, że Lechia powtórzy wyczyn Widzewa z ostatniego meczu z Lechem. Lepsza drużyna wykorzystałaby fakt, że ciężko przestraszeni gospodarze wybijają piłkę gdzie popadnie. Lechii nie było na to stać i Lech mógł zatriumfować. Zagrał lepiej niż w ostatnich meczach, stworzył mnóstwo sytuacji bramkowych. Mógł Lechię zdemolować, ale jak przystało na wspaniałomyślnego gospodarza wyciągnął do niej rękę, dał jej chwilę nadzieli na wywiezienie z Poznania punktu.

Lech Poznań – Lechia Gdańsk 2:1 (1:0).

Bramki: 1:0 Pawłowski (32), 2:0 Teodorczyk (61), 2:1 Tuszyński (90)

Widzów: 22 497

Sędzia: Tomasz Musiał (Kraków)

Żółte kartki: Linetty, Douglas - Dawidowicz

Lech: Maciej Gostomski – Mateusz Możdżeń, Hubert Wołąkiewicz, Marcin Kamiński, Barry Douglas – Łukasz Trałka, Karol Linetty (72. Daylon Claasen) – Szymon Pawłowski (90. Tomasz Kędziora), Kasper Hamalainen, Gergo Lovrencsics (90. Dariusz Formella) – Łukasz Teodorczyk

Lechia: Mateusz Bąk – Christopher Oualembo (64. Paweł Stolarski), Rafał Janicki, Jarosław Bieniuk, Nikola Leković – Paweł Dawidowicz, Marcin Pietrowski (46. Zaur Sadajew) – Maciej Makuszewski, Stojan Vranjes, Piotr Wiśniewski (71. Piotr Grzelczak) – Patryk Tuszyński

Józef Djaczenko