Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Historyczny blamaż Lecha. 1:5 w Szczecinie

włącz .

Jeszcze jest czas. Okienko transferowe ciągle otwarte. Można przestać opowiadać bajki o „prawdopodobnie najlepszym składzie w Polsce” i sprowadzić na Bułgarską napastnika co najmniej równie dobrego, jak Bartek Ślusarski. Pogoń pokazała Lechowi, jaka jest różnica między drużyną mającą prawdziwego napastnika i taką, która udaje, że występuje w pełnym składzie. Po kompromitujących wydarzeniach w Wilnie i w Legnicy wydawało się, że większego wstydu nie będzie. A jednak chłopców Mariusza Rumaka stać na jeszcze ciekawsze wyczyny. Strach myśleć, co nam jeszcze zgotują.

Bardzo dostojnie Lech zaczął grę w tym meczu. Konstruował akcje powoli, z namaszczeniem, co nie przeszkadzało popełniać wciąż te same błędy. Mnożyły się niecelne podania, szczególnie w wykonaniu Claasena. Jego koledzy raz po raz gubili piłki. W Poznaniu narzekali na złą murawę. W Szczecinie była ona tak dobra, że aż przeszkadzała w grze. Brak jakości w rozgrywaniu piłki to jednak najmniejszy błąd Lecha tego wieczoru. To, co wyprawiali obrońcy, a zwłaszcza Wołąkiewicz, nie mieści się w głowie. Okazało się, jak łatwo można upokorzyć obecną drużynę Lecha.

Wystawiony w ataku Kasper Hamalainen w pierwszej połowie nie istniał. Lech grał bez klasycznej „dziewiątki”. Fin nie wychodził na pozycje, nie próbował przyjmować piłek tyłem do bramki. Trener Lecha powtarza, że jego drużyna zawsze gra z napastnikiem, funkcję tę może pełnić każdy zawodnik. Otóż nie każdy. Pogoń ma rasowego napastnika, Marcina Robaka. Ten potrafił wyjść na pozycje, uwolnić się spod niezbyt czułej opieki niemrawych i gapowatych poznańskich obrońców, szczególnie ociężałego Huberta Wołąkiewicza. W pojedynkę zdemolował Lecha. Zgotował mu porażkę, dla której nie może być wytłumaczenia. A jednak idę o zakład, że w klubie wszystko pozostanie po staremu.

Pogoń, w przeciwieństwie do Lecha, stale wzmacnia skład. Kiedy zasili ją Rafał Murawski, będzie jeszcze groźniejsza. Nie bawiła się w rozgrywanie piłki. Mądry trener Dariusz Wdowczyk zdawał sobie sprawę, że w tym elemencie jest słabszy niż przeciwnik. Szczecinianie starali się szybko przerywać akcje poznaniaków i wyprowadzać piłki bokiem boiska, a szczególnie prawym skrzydłem i zagrywać je do środka. A tam Marcin Robak wyprzedzał Huberta Wołąkiewicza, któremu nogi przyrosły do murawy. Strzelił w ten sposób trzy podobne do siebie gole. Na domiar złego sędzia Paweł Gil podyktował wydumany rzut karny i mecz z udziałem kandydata na mistrza Polski został rozstrzygnięty.

Po przerwie na boisko wszedł Dawid Kownacki, jakby ten 16-latek miał uratować honor Lecha. I rzeczywiście tylko on potrafił zdobyć gola, dobijając piłkę po akcji i strzale Hamalainena. W drugiej połowie Fin pokazał, że wystawianie go na szpicy było błędem. Jego specjalność to rozgrywanie, wyprowadzanie piłek do ataku. Od strzelania goli powinni być napastnicy. Teodorczyk pauzuje za kartki, Ślusarski już jest poza drużyną. Ktoś, kto doprowadził ten klub do takiej sytuacji dowiódł, że jego celem nie jest sportowy sukces, ale przetrwanie.

Nie ma się co łudzić. Jeżeli nawet Lech wygra jeszcze w tym sezonie kilka spotkań i nawet jakimś sposobem znajdzie się w czołowej trójce, to nie ma potencjału pozwalającego marzyć o rozwoju tego klubu, o pokazaniu się w Europie. Zmęczenie materiału staje się aż nadto widoczne. I nie dotyczy ono piłkarzy, lecz tych, co ich zatrudniają.

Pogoń Szczecin – Lech Poznań 5:1

Marcin Robak 15,31,39 (k), 44, 72 – Dawid Kownacki

Sędziował Paweł Gil. Widzów 11.568

Pogoń:  Radosław Janukiewicz, Sebastian Rudol, Wojciech Golla (72. Abdul Moustapha Ouedraogo), Hernani, Mateusz Lewandowski, Patryk Małecki, Maksymilian Rogalski (61. Pavle Popara), Bartosz Ława, Takafumi Akahoshi, Takuya Murayama (54. Jakub Bąk), Marcin Robak.

Lech: Maciej Gostomski, Tomasz Kędziora (46. Mateusz Możdżeń), Hubert Wołakiewicz, Marcin Kamiński, Luis Henriquez, Szymon Pawłowski (77. Dariusz Formella), Dimitrije Injac, Łukasz Trałka, Daylon Claasen (46. Dawid Kownacki), Gergo Lovrencsics, Kasper Hamalainen.

Józef Djaczenko