Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Zwycięska seria trwa. ŁKS pokonany

włącz .

Lech długo się męczył, zanim strzelił bramkę beniaminkowi z Łodzi. Na szczęście trener, który był o włos od zdjęcia z boiska swego najlepszego piłkarza, nie zdążył pójść w szkodę. Joao Amaral strzelił wspaniałą bramkę, w doliczonym czasie kropkę nad „i” postawili gracze młodzi i zwycięska passa została przedłużona.

Tym razem Dariusz Żuraw nie zaszalał, w wyjściowym składzie pojawił się tylko jeden młodzieżowiec –Tymoteusz Puchacz. Zagrali natomiast wszyscy gracze kreatywni. To trzeci mecz z rzędu z Amaralem grającym od początku. Trzeci zwycięski, a Portugalczyk, występujący z boku boiska, był najlepszy na placu, o kilka klas przewyższał grającego po drugiej stronie Puchacza. Popisywał się znakomitą techniką, przyjmował, podawał, odbierał jak zawodnik z innego świata.

Obie drużyny grały podobnie – piłką, z dużą liczbą podań. ŁKS zadziwiająco łatwo operował na połowie Lecha. Kreował dobre ataki, nie zagrażał jednak van der Hartowi. Strzelał tylko z daleka, niemal zawsze niecelnie. Natomiast Lech już w pierwszej połowie stworzył kilka okazji bramkowych. Źle grał Gytljaer. Nie dość, że zaliczał stratę za stratą w środku boiska, to nie wykorzystał kilku świetnych podań, od Tiby i od Jevticia. Odebrał też asystę Amaralowi. Kapitalny, obroniony przez bramkarza strzał oddał Jevtić. Niewiele brakowało, by powodzenie przyniósł centrostrzał Kostewycza.

Do przerwy nie udało się zdobyć gola, więc pojawił się niepokój o końcowy wynik. Lech ostatnio swobodnie i płynnie atakuje tylko prowadząc. Nie udało mu się wygrać z Koroną mimo dużej przewagi, narastała nerwowość. Teraz mogło być podobnie. Kiedy w strefie zmian stał już Jóźwiak, a Amaral miał opuścić boisko, Portugalczyk przeprowadził fantastyczny rajd. Mijał jednego obrońcę po drugim i kiedy wydawało się, że strzeli prawą nogą, zwiódł jeszcze jednego przeciwnika i uderzył lewą, ale tak, że interweniujący bramkarz był bez szans. Piłka wpadła pod poprzeczkę.

Trener nie wygłupił się i wstrzymał zmianę, ale nie na długo. Jóźwiak wszedł na boisko nie za Amarala, lecz za słabego w sobotę Puchacza. Portugalczyk opuścił boisko trochę później, a zastępujący go Kamiński zaliczył asystę wykładając piłkę Jóźwiakowi. To był doliczony czas gry. ŁKS próbował się odgryzać, przedostawał się pod bramkę czekającego tam na niego Lecha, zagrożenia nie stwarzał. A Lechowi nie udała się ani jedna próba skontrowania beniaminka.

Lech Poznań – ŁKS Łódź 2:0 (0:0)

Bramki: João Amaral 59, Kamil Jóźwiak 90
Żółte kartki: Muhar - Wolski.
Lech: Mickey van der Hart, Lubomir Satka, Tomasz Dejewski, Thomas Rogne, Wołodymyr Kostewycz, João Amaral (70 Jakub Kamiński), Pedro Tiba (85 Jakub Moder), Karlo Muhar, Darko Jevtić, Tymoteusz Puchacz (65 Kamil Jóźwiak), Christian Gytkjaer.
ŁKS: Arkadiusz Malarz, Jan Grzesik, Kamil Juraszek, Jan Sobociński, Adrian Klimczak, Dani Ramirez, Łukasz Piątek, Ricardo Guima, Maciej Wolski (72 Michał Trąbka), Pirulo (85 Adam Ratajczyk), Łukasz Sekulski (75 Jewhen Rodionow)