Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Kopanina żenująco słaba, ale zwycięska

włącz .

Po meczu, którego oglądanie było katorgą, po ciężkich męczarniach Lech pokonał 1:0 Arkę Gdynia, najsłabszą obecnie drużynę ekstraklasy. Trener Adam Nawałka był zadowolony. Stwierdził, że liczą się z trudem wywalczone trzy punkty, a na poprawę jakości gry przyjdzie czas później.

W pierwszej fazie mecz toczył się głównie w środkowej strefie boiska. Obie drużyny szachowały się, stroniły od frontalnego ataku. Z czasem Lech uzyskał przewagę, często przebywał na połowie Arki, nic z tego jednak nie wynikało, bo nie potrafił zawiązać ani jednej sensownej akcji ofensywnej. Przyczyniła się do tego dramatycznie słaba gra Jevticia, notującego stratę za stratą.

Z czasem do głosu doszła Arka i to ona, zupełnie zresztą bezkarnie, zamykała Lecha na jego połowie. Widzowie nie byli pewni, czy to wynik słabości Kolejorza, czy też zastosował on manewr taktyczny polegający na wyciągnięciu rywala z jego połowy. Okazało się, że Lecha nie stać na składne akcje niezależnie od tego, czy próbuje atakować, czy wydostać się z własnego pola karnego.

Gra była upiornie nudna, nic na boisku sensownego się nie działo, bo nawet mając przewagę Arka grała jeszcze ślamazarniej niż Lech, popełniała tyle samo prostych błędów. Tak działo się aż do 39 minuty, gdy gospodarze rozegrali jedyną składną akcję w całym spotkaniu. Na prawej stronie świetnie do siebie zagrywali Gumny z Jóźwakiem, aż ten drugi wdarł się w pole karne, w ciemno podał spod końcowej linii pod bramkę, a tam jak spod ziemi wyrósł Gyrkjaer, któremu wystarczyło dołożyć nogę, by piłka ocierając się o poprzeczkę wpadła do bramki.

Drugi celny strzał w meczu Lech oddał tuż przed przerwą, gdy Makuszewski uderzył po solowej akcji zmuszając bramkarza do dużego wysiłku. Wtedy jeszcze można było mieć nadzieje, że Kolejorz przestanie wreszcie zamęczać widzów, w tym zaproszone na trybuny dzieci (dzięki nim frekwencja sięgnęła 18 tysięcy). Nic z tego. Lech nie zaczął grać w piłkę. Zachowywał się tak, jakby chciał sprowokować gości, którzy zachęceni słabością przeciwnika raz po raz zagrażali Buricowi. Wielkie szczęście, że obecnej Arki też na wiele nie stać.

Pod koniec spotkania aż się prosiło o skarcenie dążących do wyrównania gości. Niestety, kontry Lecha załamywały się już po dwóch podaniach. Nasilały się gwizdy na trybunach. Oburzenie sięgnęło zenitu, gdy Lech, zamiast dążyć do zamknięcia meczu, kontrataki kończył… wycofywaniem piłki do własnego bramkarza. To już nie był pokaz nieudolności i kunktatorstwa. Zapachniało sabotażem, bo nawet przypadkowa akcja Arki mogła pozbawić Lecha punktów. Taki antyfutbol być może pozwoli wygrać kilka spotkań, ale z całą pewnością widzów na stadion nie przyciągnie. Wprost przeciwnie. Mało kto pamięta równie brzydko grającego Lecha. Najgorsze jest to, że stał się w tym powtarzalny. Trenerowi to nie przeszkadza.

Lech Poznań – Arka Gdynia 1:0 (1:0)

Bramki: Christian Gytkjaer (39’)

Żółte kartki: Vernon De Marco (23’), Darko Jevtić (42’)

Lech Poznań: Jasmin Burić – Robert Gumny, Thomas Rogne, Nikola Vujadinović, Piotr Tomasik – Kamil Jóźwiak (90’ Tymoteusz Klupś), Vernon De Marco, Maciej Gajos, Maciej Makuszewski – Darko Jevtić (72’ Łukasz Trałka), Christian Gytkjaer (78’ Timur Żamaletdinow)

Arka Gdynia: Pavels Steinbors – Damian Zbozień, Christian Maghoma, Adam Danch, Michael Olczyk – Adam Deja, Marko Vejinovic (83’ Goran Cvijanović) – Luka Zarandia (76’ Rafał Siemaszko), Michał Janota, Nabil Aankour (62’ Maksymilian Banaszewski) – Maciej Jankowski