Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Pierwsze zwycięstwo Nawałki w Lechu

włącz .

Wynik 2:0 sugeruje, że Kolejorz pewnie pokonał Śląsk Wrocław. Tak nie było. Toczył z nim wyrównany, ale stojący na bardzo słabym poziomie pojedynek. Wpływ na to miała murawa znajdująca się w stanie agonalnym. Mecz zakończyłby się wynikiem bezbramkowym, gdyby nie umiejętności Amarala. Oddał fenomenalny strzał, który wszystko na boisku zmienił.

Pierwsza połowa była beznadziejna. Lech nie grał tak radośnie, jak podczas krótkiego panowania Dariusza Żurawia. W piłkarzach nie było widać polotu, zadowolenia z tego, że są na boisku. Akcje były wymuszone, rozgrywanie piłki przychodziło ciężko, z wysiłkiem, mnożyły się proste straty. Śląsk spisywał się podobnie, więc przebieg spotkania oglądało się z przykrością. Dopiero pod koniec pierwszej połowy doskonały strzał z ponad 30 metrów oddał Gytkjaer. Potężnie uderzona piłka leciała w okolice poprzeczki. Bramkarz Śląska sparował ją poza boisko.

Akcje się nie kleiły, więc było oczywiste, że jeżeli w tym meczu padnie jakakolwiek bramka, to za sprawą indywidualnych zagrań poszczególnych piłkarzy. Zawodnicy Lecha potrafią więcej, o czym szybko się można było przekonać. Śląsk nie tworzył zagrożenia pod bramką Buricia, który w tym meczu wyróżnił się tylko notorycznym wybijaniem piłki poza boisko. Wejść w pole karne i strzałów próbował Gytkjaer, często cofający się do środka boiska. Bramkarz gości nie dał się zaskoczyć.

Nie miał natomiast szans kwadrans przed końcem spotkania, gdy solową akcję przeprowadził Joao Amaral. Gdy znalazł się z piłką przed polem karnym, uderzył tak mocno i precyzyjnie, że minęła ona interweniującego bramkarza i wpadła do siatki tuż przy słupku. To był jeden z piękniejszych goli zdobytych w tym roku na polskich stadionach. Bohater meczu powiedział potem, że nigdy nie grał na równie złym boisku. Śląsk zerwał się do ataku chcąc odrobić stratę. Marcin Robak dwoił się i troił, walczył w środku boiska i pod bramką, skrzydłowi próbowali dośrodkowań.

Mecz powoli zmierzał do końca, ale kilka ważnych wydarzeń jeszcze nastąpiło. Ofiarą nierównego i nasiąkniętego wodą, do tego śliskiego boiska padł Kamil Jóźwiak. Noga mu ugrzęzła, kolano wygięło się nienaturalnie. Cierpiał, gdy znoszono go na noszach do szatni. Sędzia przedłużył mecz o 5 minut, potem jeszcze trochę czasu dołożył, z powodu przerwy spowodowanej zadymieniem stadionu po kibicowskiej oprawie. Śląsk nacierał, starał się nie wypuszczać Lecha z jego połowy. Wystarczyło jedno dobre podanie słabego skądinąd tego dnia Janickiego do Gytkjaera. Ten popędził sam na bramkę rywala nie dając Słowikowi szans na obronę. Krótko potem sędzia zakończył stojący na niskim poziomie mecz.

Lech Poznań – Śląsk Wrocław 2:0 (0:0)

Bramki: Joao Amaral (‘76), Christian Gytkjaer (‘90)

Żółte kartki: Maciej Makuszewski (‘29), Łukasz Trałka (‘85), Joao Amaral (‘88) - Wojciech Golla (‘27), Michał Chrapek (‘56), Jakub Słowik (‘90).

Lech: Jasmin Burić - Robert Gumny, Rafał Janicki, Nikola Vujadinović, Wołodymyr Kostewycz - Maciej Makuszewski (‘56 Tymoteusz Klupś), Łukasz Trałka, Pedro Tiba, Kamil Jóźwiak (‘60 Mihai Radut) - Joao Amaral (‘90 Thomas Rogne), Christian Gytkjaer.

Śląsk: Jakub Słowik - Łukasz Broź, Mariusz Pawelec, Wojciech Golla, Dorde Cotra - Mateusz Cholewiak, Igors Tarasovs, Mateusz Radecki, Michał Chrapek (78’ Daniel Szczepan), Damian Gąska - Marcin Robak.