Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Z trudem wyszarpane zwycięstwo Lecha

włącz .

Z trzech punktów i zmniejszenia dystansu do lidera tabeli trzeba się cieszyć, ale Lech w meczu z Koroną Kielce nie zachwycił. Był skuteczniejszy, bo ma w składzie Gytkjaera, ale jako zespół goście sprawiali lepsze wrażenie. Długimi okresami dominowali, potrafili zamknąć Lecha na jego połowie, zmusić go do bezproduktywnego biegania za piłką.

W pierwszym fragmencie spotkania Lech grał nieźle, a gra była wyrównana. Obie drużyny starały się opanować środek boiska i wyprowadzać ataki. Korona grała odważnie, piłka krążyła między jej zawodnikami, choć Kolejorz był bardziej konkretny i to on objął prowadzenie. Trałka dobrze podał na prawe skrzydło do Tiby, ten znalazł w polu karnym rodaka Amarala, który jednak skiksował, ale tak szczęśliwe, że wyszła z tego asysta przy golu z pierwszej piłki Gytkjaera.

W tej połowie Lech miał kolejne okazje bramkowe, ale groźniejsza była Korony, szczególnie po stałych fragmentach gry. Trener Kolejorza wrócił do ustawienia z trzema środkowymi obrońcami, co dało większe możliwości w ofensywie, ale w obronie zespół radził sobie dużo gorzej. Sprawniej operującym piłką gościom niewiele brakowało nie tylko do wyrównania, ale i do wyjścia na prowadzenie.

W drugiej połowie należało się spodziewać zmasowanego ataku Korony. I rzeczywiście, potrafiła ona całkowicie opanować boisko. Wyglądało to na grę w dziada. Piłkarze Lecha biegali za piłką, przez długie fragmenty spotkania nie mając z nią żadnego kontaktu. To nie było wycofanie się i czekanie na okazję do kontry. To była desperacka obrona polegająca na próbach przecięcia podań, wybicia piłki poza boisko. W kolejnym meczu Lech nie potrafił wyprowadzić ani jednego dobrego kontrataku. Przerosło to jego możliwość. Mnożyły się błędy w rozegraniu, podania do nikogo.

Od początku grał Jevtić. Widać, że zaczyna łapać formę, mocno angażował się w grę, walczył. Kilka zagrań miał udanych, lecz zaliczył też mnóstwo strat, gdy zbyt odważnie wchodził w dryblingi. Na ostatnie 20 minut trener w miejsce jego i przeciętnego Amarala dał szansę Dioniemu i Makuszewskiemu. Tuż potem padła bramka, co nie było ich zasługą, tylko Buricia i… obrońców Korony. Bramkarz zastosował kolejny w tym meczu 60-metrowy wykop. Gytkjaer potrafił wykorzystać pecha przeciwnika, od którego pleców odbiła się piłka. Przejął ją i zdobył gola mocnym strzałem sprzed pola karnego.

Wydawało się, że jest po meczu. Lech grał swobodniej, wyszło mu kilka ataków, po których padłyby kolejne bramki, gdyby nie brak ostatniego podania lub prosta strata piłki w kluczowym momencie. Korona ambitnie atakował i wreszcie, po dobrym dośrodkowaniu, Soriano zdobyła efektownego gola. Zrobiło się nerwowo, bo goście nie ustawali w dążeniu do remisu, a Lecha nie było stać na żadną przemyślaną akcję. Brakowało jakości. Ostatnie minuty były nerwowe, wyrównanie wisiało na włosku, na szczęście udało się dowieźć trzy punkty do końca.

Lech Poznań – Korona Kielce 2:1 (1:0)

Bramki: Gytkjaer (25’ i 73’) – Soriano (82’)

Lech: Jasmin Burić – Marcin Wasielewski, Dimitris Goutas, Thomas Rogne, Vernon De Marco, Wołodymyr Kostewycz – Łukasz Trałka, Pedro Tiba – Joao Amaral (70’ Maciej Makuszewski) – Darko Jevtić (70’ Dioni Villalba), Christian Gytkjaer.

Korona: Matthias Hamrol – Łukasz Kosakiewicz, Ivan Marquez Alvarez, Pape Diaw, Ken Kallaste – Matej Pucko (46’ Jakub Żubrowski), Oliver Petrak, Adnan Kovacević (67’ Vato Arveladze), Marcin Cebula (76’ Maciej Górski) – Zlatko Janjic, Elia Soriano.

Widzów: 9,5 tys.