Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Remis uratowany. Zwycięstwo poza zasięgiem

włącz .

Fatalnie Lech zaczął mecz w Zabrzu, ale dużo lepiej skończył, choć zwycięstwa nie odniósł. W pierwszej połowie nie istniał. Dał się stłamsić. W drugiej, przegrywając 0:2, zaczął pościg. Udało się wyrównać, gdy wkładający mnóstwo wysiłku w ten mecz gospodarze słabli. Do pełnego sukcesu Kolejorzowi zabrakło skuteczności i determinacji.

Janicki, a nie Goutas w obronie. Radut, a nie Gajos w środku pola w miejsce kontuzjowanego Cywki. To były największe niespodzianki w składzie Lecha na mecz w Zabrzu. Zawodnicy, na których trener Kolejorza postawił nie wykazywali ostatnio nadzwyczajnej formy, skupiali na sobie krytykę. Szczególnie dotyczy to Raduta, nie radzącego sobie z żywiołowo grającymi, dużo biegającymi rywalami.

Jeżeli czegoś można się było obawiać, to tego, że teoretycznie słabszemu Górnikowi bardziej będzie zależało na trzech punktach, na przerwaniu fatalnej serii spotkań bez zwyciestwa na własnym stadionie. Początek rzeczywiście na to wskazywał. Gospodarze rzucili się na Lecha, na nic mu nie pozwalali, raz za razem wykonywali rzuty rożne. Niewiele brakowało, by zdobyli gola już po minucie. Putnocky wykazał się dużym refleksem, by wybić piłkę zmierzającą pod poprzeczkę.

Kilka minut później defensywa Lecha popełniła katastrofalny błąd. Janicki prostopadle podał napastnikowi Górnika, a Putnocky niepotrzebnie wybiegł z bramki ułatwiając skrzydłowemu z Zabrza zdobycie gola. Stało się oczywiste, że Lech będzie miał bardzo ciężko. Kompletnie sobie nie radził z ambitną, agresywnie grającą młodą drużyną z Zabrza. Nie minęło 10 minut, a mógł stracić trzy gole. Niepewnie zachowywał się bramkarz, jego koledzy bezładnie i bezproduktywnie biegali po boisku.

Podania wszerz boiska nie mogły Lechowi przynieść powodzenia. Kończyły się wycofywaniem piłki po energicznych wejściach graczy Górnika. Nic też nie dawały pojedyncze zrywy skrzydłowych, podobnie jak dalekie podania do Gytkjaera. Kiedy już wydawało się, że uda się rozmontować miejscową obronę, następował błąd w rozegraniu i okazja przepadała. Najgroźniejszy był strzał z dystansu Tiby, instynktownie obroniony przez Loskę. A Górnik robił swoje – jego agresja i nieustępliwość wystarczały, by przejmować piłkę i raz po raz wyprowadzać groźne ataki.

Krótko przed końcem pierwszej połowy na jaw wyszła bezradność Lecha, brak zrozumienia i wiary w kolegów. Makuszewski mógł podać do dobrze wychodzącego Tiby, ale wolał strzelić, bardzo niecelnie. Kilka minut później podobnie postąpił Amaral, gdy Lech pięknie wyprowadził kontrę z udziałem sześciu graczy. Portugalczyk zamiast rozegrać piłkę, wykorzystać przewagę liczebną, strzelił z dystansu. W bramkę wcelował, ale bramkarz sobie poradził. Wszystko to działo się, gdy goście wydawali się wracać do gry, łapać oddech, wykorzystywać przewagę w posiadaniu piłki.

Lech lepiej wypadał w statystykach, ale Górnik grał bezpośrednio. Był szybszy, więcej biegał, wykorzystywał każdą okazję do wyprowadzenia ataku, w przeciwieństwie do drużyny przyjezdnej nie bawił się w rozegranie piłki, co początkowo zdawało egzamin także w drugiej połowie – tym bardziej, że natychmiast padł drugi gol. Piłkarze Lecha dali się ograć w środku boiska. Piłka trafiła do Żurkowskiego, który pobiegł w kierunku bramki i z odległości ok. 30 minut strzelił potężnie. Tego nie obroniłby żaden bramkarz. Gol piękny, ale nie byłoby go bez agresywnej gry i determinacji. Żadnego meczu się nie wygra samymi umiejętnościami. Trzeba jeszcze walczyć. Górnik to robił.

Po kilku minutach Lech złapał kontakt, za sprawą klasycznego centrostrzału. Tiba z lewej strony boiska wrzucił piłkę pod bramkę. Gytkjaer chciał zmienić kierunek jej lotu głową. Nie trafił, myląc tym bramkarza, który po chwili musiał sięgać do siatki. Napędziło to wreszcie Lecha. Zaczął grać szybciej, zdecydowanie. Trener natychmiast wprowadził na boisko nowych zawodników – De Marco i Jevticia, zmieniając taktykę. Lech nacierał, ale to Górnik mógł znów odskoczyć. Tym razem Putnocky dobrze się spisał ratując drużynę.

Wzmocnienie skrzydeł przyniosło dobry rezultat. Dobrą grę w całym meczu podkreślił Kostewycz. Poszedł na przebój, minął obrońców, szczęśliwie wróciła do niego odbita piłka i po jeszcze jednym zwodzie uderzył prawą nogą nie do obrony. Górnik przekonał się, że 2:0 to bardzo niebezpieczny wynik. A Lech w dalszym ciągu atakował, dużo lepiej niż na początku. Wyglądało na to, że z gospodarzy schodzi powietrze. Potrafili się jednak zebrać i kilkakrotnie zagrozić Putnocky’emu. Lech w samej końcówce wykazywał mniejszą determinację w dążeniu do zwycięstwa, dlatego tylko zremisował.

Górnik Zabrze – Lech Poznań 2:2 (1:0)

Bramki: Jesús Jiménez (7’), Szymon Żurkowski (49’) - Pedro Tiba (55’), Wołodymyr Kostewycz (77’).

Żółte kartki: Daniel Smuga (54’), Igor Angulo (73’) - Marcin Wasielewski (51’), Thomas Rogne (68’), Christian Gytkjaer (71’), Maciej Gajos (84’).

Górnik: Tomasz Loska - Przemysław Wiśniewski (83’ Kacper Michalski), Dani Suarez, Paweł Bochniewicz, Adrian Gryszkiewicz - Daniel Smuga (64’ Konrad Nowak), Maciej Ambrosiewicz, Szymon Żurkowski, Jesús Jiménez, Kamil Zapolnik (72’ Szymon Matuszek) - Igor Angulo

Lech: Matus Putnocky - Marcin Wasielewski (57’ Vernon De Marco), Rafał Janicki, Thomas Rogne, Wołodymyr Kostewycz - Maciej Makuszewski, Mihai Radut (69’ Maciej Gajos), Pedro Tiba, Kamil Jóźwiak