Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Pucharowe męki słabiutkiego Lecha

włącz .

Po awansie Kolejorza do drugiej rundy Pucharu Polski kibice nie czują satysfakcji. Wprost przeciwnie – wielki wstyd za postawę niegodną tej drużyny. Beniaminek pierwszej ligi bliski był sprawienia sensacji. Mógł wykorzystać brak walki u przeciwnika, grę w chodzonego. Przez prawie 120 minut strzelenie choćby jednego gola przekraczało umiejętności Lecha. O awansie zadecydował zryw w samej końcówce młodziutkiego Klupsia.

Lech od początku starał się grać pewnie i spokojnie, przy tym ofensywnie i już po jednej z pierwszej akcji mógł wyjść na prowadzenie. Piłka z prawego skrzydła wycofana została do Aamarala, ten jednak kopnął nad bramkę. W odpowiedzi ŁKS dowiódł, że będzie groźny. Kilkoma podaniami przedostał się pod bramkę Putnocky’ego. Środkowi obrońcy kompletnie się pogubili, przez co stworzyła się idealna okazja dla gospodarzy. Zmarnowali ją jednak fatalnie.

Z przebiegu spotkania nie wynikało, że zmagają się drużyny różnej klasy. Gra była wyrównana. Ze spokojnych akcji Lecha nie wynikało nic dobrego, a ŁKS po każdym przechwycie starał się uruchomić szybki atak. Goście częściej byli przy piłce, oddawali strzały, które albo były niecelne, albo blokowane przez graczy ŁKS-u, albo zatrzymywał je łódzki bramkarz. Do tego mnożyły się błędy w rozegraniu, po których gospodarze mieli okazję do kontr. Lepsza drużyna „skaleczyłaby” źle taktycznie ustawionego Lecha kilkakrotnie.

Słynący z dobrej techniki Amaral wchodził w dryblingi, ale bywał ogrywany przez anonimowych polskiej pierwszej ligi. Gytkjaer przegrywał pojedynki z obrońcami. Jednak dwa razy, po dośrodkowaniach Cywki i Jóźwiaka doszedł do piłki, oddawał strzały, po których mogła paść bramka. Szczęście dopisało ŁKS-owi także po indywidualnym ataku Tiby. Przechwycił piłkę na środku boiska, popędził pod bramkę, chciał uruchomić Amarala, interwencja obrońcy zamieniła podanie w niebezpieczny strzał. Pod koniec pierwszej połowy Lech uzyskał wreszcie lekką przewagę, ujawniły się wyższe umiejętności indywidualne. Niewiele brakowało do szczęścia Jóźwiakowi.

Drugą połowę piłkarze ŁKS-u zaczęli z nowymi siłami i animuszem. Grali z Lechem jak równy z równym. Liczyli już nie tylko na szybkie ataki, prowadzili też pozycyjne, wykorzystywali niemrawość przeciwnika, grę jednym tempem. Mogli zostać skarceni, gdy Tiba prostopadłym podaniem na sytuację sam na sam wyprowadził Jóźwiaka. Wydawało się, że gol jest murowany. Młody skrzydłowy spudłował jednak fatalnie. Można było nabrać podejrzeń, że to kolejny mecz zaczarowany, gdy Kolejorzowi nie wychodzi kompletnie nic.

Niewykorzystana okazja mogła się szybko zemścić, bo ŁKS miał jeszcze lepszą. Miejscowemu zawodnikowi zabrakło zimnej krwi, by dać swej drużynie awans. Mecz był wyrównany, momentami gospodarze mogli się podobać dużo bardziej. Nie pękali, ujawniali słabość utytułowanego rywala. Kibice z Poznania mieli się czego wstydzić. Liczyli, że miejscowi zawodnicy zaczną tracić siły, a tu nic z tego. Na domiar złego sędzia nie dostrzegał zagrań ręką przez graczy ŁKS-u w polu karnym. VAR nie interweniował.

Po stałym fragmencie gry ŁKS zdobył bramkę, na którą zasłużył, ale sędzia jej zasłużenie nie uznał, z powodu spalonego. W tym momencie boisko opuścił Jóźwiak, który był aktywny, ale nic mu nie wychodziło. Zastąpił go jeszcze młodszy Klupś. W meczu pucharowym regulamin nakazuje mieć w drużynie co najmniej jednego młodzieżowca. Już w pierwszej akcji dobrze podał do Grytkjaera, ale gola nie było. Ostatnie minuty nie przyniosły zrywu piłkarzy Lecha. Nie wykorzystali swych umiejętności, a raczej nie potrafili wykrzesać z siebie choćby odrobiny energii. Biegali jednym tempem aż do ostatniej minuty regulaminowego czasu, jakby zależało im na dogrywce, a kiedy oddawali strzał, to dobrze bronił miejscowy bramkarz.

Pięć minut po rozpoczęciu dogrywki Lech stanął przed szansą. Tiba został sfaulowany blisko pola karnego, a do rzutu wolnego podszedł Radut, zmiennik katastrofalnie spisującego się, spacerującego po boisku Gajosa. Strzelił beznadziejnie podkreślając brak formy. ŁKS bronił się w dogrywce, ale kiedy tylko nadarzała się okazja, błyskawicznie szedł do przodu. Miał kilka okazji bramkowych, głównie dzięki większemu zdecydowaniu. Natomiast Lech grał jak za karę. Udawał, że mu zależy, a przy tym popełniał fatalne błędy i przegrywał bezpośrednie pojedynki, często w sytuacjach, gdy mogło się to skończyć groźnym kontratakiem.

Im dłużej trwała dogrywka, tym mniej chciało się Lechowi, tym mniej było zrozumienia między jego piłkarzami. Nie było drużyny. Była grupa sfrustrowanych panów zmuszonych do biegania w czasie, gdy woleliby robić coś innego. Rzutów karnych jednak nie było. Brakowało minuty do końca dogrywki, gdy świetny rajd przeprowadził Klupś. Zerwał się do ataku, minął kilku rywali, podał Gytkjaerowi, ten nieudanie strzelił, ale do odbitej piłki dopadł Amaral i strzelił pewnie.