Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Wrocław zdobyty! Lech grał marnie, ale wygrał

włącz .

Tylko z wyniku, czyli trzeciego ligowego zwycięstwa i najlepszego startu sezonu od ćwierćwiecza, możemy się cieszyć. Lech okropnie się męczył. Na bardzo niskim poziomie zagrali De Marco, Klupś, Radut, inni też nie błyszczeli. Wydawało się, że trudno będzie przywieźć do Poznania choćby remis. A jednak Kolejorz, po pięknej, jedynej w meczu akcji, zadał decydujący cios. Oczywiście krótko przed końcem.

Makuszewski i Gajos zostali w Poznaniu. Burić ustąpił miejsca Putnocky’emu. Kostewycz, bohater czwartkowego meczu pucharowego oraz Jevtić zasiedli na ławce rezerwowych. Pierwszy raz w wyjściowym składzie pojawił się Amaral, wahadłowymi tym razem byli Tomasik i Klupś, partnerem Trałki w środku pola został Radut. Jak z tego wynika, trener Djurdjević wziął pod uwagę konieczność rozgrywania meczów co kilka dni i wymienił pół drużyny.

Śląsk dobrze zaczął sezon, ale strzelając gole wykorzystywał stałe fragmenty gry. To siła te drużyny. Piłkarze Lecha zdawali sobie z tego sprawę, a jednak nie wytrącili przeciwnikowi z rąk głównego atutu. Już w pierwszych minutach gospodarze aż czterokrotnie z rzędu wykonywali rzuty rożne. Po każdym było spore zamieszanie pod bramką Putnocky’ego. Mimo tego spotkanie było początkowo dość wyrównane.

Kolejorz dobrze rozgrywał piłkę w środku boiska, miał jednak spore problemy z przedostaniem się pod wrocławską bramkę. Młody Klupś grał żywiołowo, starał się być pod grą, ale tracił sporo piłek, dawał się ogrywać, był fizycznie słabszy od doświadczonych ligowców. Częściej w ataku w pierwszej fazie meczu był Śląsk, prowadził płynne akcje, nie zwalniał ich, lecz starał się atakować jak najszybciej. Obie strony grały uważnie w obronie. Jeśli oddawano strzały, to bardzo niecelne (Amaral i Piech).

Im dłużej trwała pierwsza połowa, tym częściej Śląsk stosował pressing utrudniając Lechowi wyprowadzenie piłki z własnej połowy. Rozgrywanie jej między obrońcami przynosiło złe skutki, także długie podania niczego dobrego nie dawały. Lech stawał się przez to bezradny, nie zagrażał Śląskowi. Gytkjaer był zagubiony. Nie tylko nie otrzymywał dobrych podań, ale i sam niewiele robił, by piłka trafiała do niego.

Po tych piłkarzach, którzy grali w czwartek, widać było zmęczenie. U tych, co rzadko pokazywali się w tym sezonie na boisku, ujawniał się brak ogrania. Na dodatek przytrafiały się szkolne błędy, takie jak podania bramkarza wprost do szarżującego napastnika Śląska. Pierwszej połowy nie można ocenić jako dobrej w wykonaniu Kolejorza. Nie stworzył żadnej groźnej sytuacji, nie oddał żadnego celnego strzału, na szczęście nie dał się też zaskoczyć rywalowi. W drugiej połowie Śląsk grał tak, jakby już wiedział, że Lech nie jest tego dnia groźny i ma w zespole niemało słabych punktów.

Najsłabszym był permanentnie psujący akcje i popełniający błędy Radut. Szybko zszedł z boiska, zastąpiony przez Cywkę. Największy błąd popełnił De Marco, dając się ograć przy wyprowadzaniu piłki. Niewiele brakowało do straty gola. Niepewnie czuł się Orłowski. Śląsk raz po raz zagrażał Lechowi, na szczęście bił rekordy świata w liczbie spalonych. Było ich prawie 20. W jednym meczu! Strzelił kilka goli, żaden nie został uznany. Jakość gry kulała coraz bardziej, szczególnie w wykonaniu Lecha. Brakowało dośrodkowań, a jeżeli już się zdarzały, to z reguły bardzo niecelne. Tylko Amaral oddawał strzały. Fatalnej jakości. Portugalskie gwiazdy tym razem nie błyszczały.

Śląsk atakował i kiedy tylko sędzia nie odgwizdywał pozycji spalonej, było się czego bać. Coraz częściej drużynę narażał na niebezpieczeństwo tracący pewność siebie z minuty na minutę Klupś. W końcu zszedł z boiska, zastąpiony przez zdrowego już Jóźwiaka. Wciąż Lech nie tylko nie zagrał gospodarzom, ale i stwarzał im duże szanse popełniając szkolne błędy. Putnocky uparł się, by niecelnymi podaniami robić sobie duże problemy. Szczytem marzeń wydawał się wynik bezbramkowy.

A jednak Lecha stać było na zryw, jak zwykle w końcówce, osiem minut przed końcem czasu regulaminowego. Okazało się, jaka jest różnica między Klupsiem a Jóźwiakiem. Ten drugi kilka razy dobrze się zachował, rozprowadził akcję. Także w kluczowym momencie zachował się świetnie. Pod bramką Śląska robiło się zamieszanie, gdy trener wprowadził drugiego napastnika – Tomczyka. Czynił zagrożenie, a przede wszystkim absorbował uwagę obrońców. Można było rozegrać płynną akcję. Gytkjaer posłał piłkę na drugą stronę boiska, do Jóźwiaka. Ten uruchomił będącego na prawym skrzydle Tibę. Piękny strzał z ostrego kąta „pod ladę” i Lech, który wydawał się już bezradny, prowadził.

To nie koniec. W ostatnich minutach Lech miał jeszcze kilka okazji bramkowych i mógł zamknąć mecz. Szwankowało niestety rozegranie, brakowało spokoju, by do idealnych sytuacji dochodził Gytkjaer. Sędzia przedłużył mecz aż o pięć minut, zdążył jeszcze odgwizdać kilka spalonych piłkarzom Śląska i zakończył mecz, w którym męczący się Lech odniósł bardzo ważne zwycięstwo. Ma przewagę nad innymi drużynami: zawodników z dużymi możliwościami nawet kiedy nie są w formie.

Śląsk Wrocław – Lech Poznań 0:1 (0:0)

Bramka: Pedro Tiba (83’).
Żółte kartki: Augusto (90’) - Łukasz Trałka (72’), Christian Gytkjaer (85’).

Śląsk: Jakub Słowik - Kamil Dankowski, Piotr Celeban, Wojciech Golla, Mateusz Cholewiak - Augusto, Maciej Pałaszewski - Farshad Ahmadzadeh, Michał Chrapek (71’ Damian Gąska), Robert Pich (85’ Mateusz Radecki) - Arkadiusz Piech (63’ Marcin Robak).

Lech: Matus Putnocky - Maciej Orłowski, Thomas Rogne, Vernon De Marco - Tymoteusz Klupś (70’ Kamil Jóźwiak), Łukasz Trałka, Mihai Radut (55’ Tomasz Cywka), Piotr Tomasik - Pedro Tiba, Joao Amaral (76’ Paweł Tomczyk) - Christian Gytkjaer.