Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Tiba dał Lechowi zwycięstwo

włącz .

Wiemy, że za wysoką jakość trzeba dobrze zapłacić. Wiemy też, jak dużo może kosztować kunktatorstwo. Po uzyskaniu na początku meczu prowadzenia słabnący Lech grał zachowawczo, na przetrwanie. Stracił gola, był bliski straty nawet jednego punktu. Wtedy strzałem z serii „stadiony świata” zwycięstwo uratował mu Pedro Tiba, za którego klub zapłacił milion euro. Udany ligowy debiut trenera Djurdjevicia, wciąż mu jednak brakuje solidnych piłkarzy.

Ten mecz pokazał, jak bardzo ograniczone są obecne ofensywne możliwości Lecha. W poprzednim sezonie na ławce rezerwowych aż roiło się od graczy, którzy w każdej chwili mogli wejść na boisko i wzmocnić siłę ognia. W Płocku w rezerwie pozostawał tylko młody Hubert Sobol. Trener Djurdjević posłał do boju wszystkich potrafiących grać do przodu. Inna sprawa, że woleli oni zagrywać do tyłu.

Pierwsze minuty w wykonaniu Lecha były takie, jakby miał zapas bramek i grał na przetrwanie, by nie tracić zbyt dużo sił. Wisła miała inicjatywę, a goście kierowali piłkę najczęściej do Biricia, by ten mógł sobie kopnąć jak najdalej, najczęściej do przeciwników. Dopiero po kwadransie ujawniła się wyższa piłkarska kultura Lecha. Pojawiło się szybsze rozegranie, choć nadal mnóstwo było niedokładności, zwłaszcza w wykonaniu Raduta.

Jeden z szybszych ataków przyniósł powodzenie. Po faulu blisko końcowej linii boiska w swoim stylu piłkę pod bramkę wrzucił Jevtić, na głowę przejął ją najlepszy strzelec Kolejorza, Trałka i po rykoszecie od bramkarza dał swej ekipie prowadzenie. Po minucie Darko mógł podwyższyć uderzeniem z dystansu, nie udało mu się jednak trafić. Inicjatywę przejęła Wisła. Atakowała jednym i drugim skrzydłem, a przyczajony Lech nastawił się na kontrataki. Z tym był problem, bo piłki kierowano do przodu bezładnie. Kiedy goście odsłonili się na moment, o mało nie zostali skarceni. Szwoch znalazł się sam na sam z Buriciem, na szczęcie przegrał z nim pojedynek.

Lech próbował potem szczęścia atakując skrzydłami, bo kontrataki wyprowadzane środkiem boiska nadal mu się nie udawały. Pedro Tiba przekonał się, jak mu będzie w Polsce trudno. Mimo dobrej techniki i dużego piłkarskiego obycia przegrywał pojedynki z zawodnikami, o których nikt w Portugalii nie słyszał. I nie usłyszy. W ten sposób ograny został kilka razy.

Kilka minut przed końcem pierwszej połowy Lech rozpoczął zabawę na własnej połowie. Wymieniał dziesiątki podań między bezradnymi zawodnikami Wisły, jakby chciał dowieźć korzystny wynik do przerwy. Trwało to i trwało, gospodarze nie znajdowali na to recepty, aż pomógł im sam Lech, gdy spróbował, dla odmiany, długiego podania. Było ono niecelne, płocczanie przejęli inicjatywę, niczego jednak nie wskórali.

Gra Lecha trzema środkowymi obrońcami wyglądała lepiej niż ostatnio, ale wiele jeszcze brakuje do pełni satysfakcji. Przede wszystkim nie udawały się szybkie ataki, gdy wahadłowi zaangażowani byli w powstrzymywanie akcji ofensywnych Wisły. Nacisnęła on w drugiej połowie, by odrobić stratę. Groźne były wrzutki Furmana, po których jego partnerzy przejmowali piłkę i zagrażali Buriciowi. Kiedy natomiast Lechowi udawało się zaatakować trzema-czterema graczami, za każdym razem akcja paliła na panewce za sprawą braku dokładności w rozegraniu. Mylili się wszyscy, szczególnie Jevtić i Radut.

Ofensywne akcje miejscowej drużyny były coraz liczniejsze i stawało się jasne, że Lechowi do zamknięcia meczu potrzeba drugiego gola. Problem w tym, że w ataku był zupełnie niegroźny. Nie stać go było na skuteczną akcję, a trenerowi warianty personalne się skończyły. Zmienił Raduta na Gajosa, ale to ofensywy poprawić nie mogło. Lech w tej sytuacji ratował się zwalnianiem gry, wyrachowaniem, co przynosiło szczęście tylko do pewnego momentu – do fatalnego błędu Buricia. Lech pozwolił gospodarzom dośrodkować, bo pasywnie zachował się Janicki. Bramkarz wybiegł, by złapać piłkę, chybił jednak i Wisła z niczego uzyskała wyrównanie.

Wisła dalej nacierała. Słabnącemu Lechowi trudno było marzyć o odzyskaniu prowadzenia. Próbował zadowolić się jednym punktem. Boisko opuścił ofensywny Jevtic, wszedł na nie defensywny Cywka. Przewaga gospodarzy rosła. Lecha stać już było tylko na obronę, zwykle bezładną. Właśnie w tym momencie zobaczyliśmy, jak słaby i bezradny jest obecny Lech, jak chaotyczną prowadzi grę. Kiedy już udało mu się przejść na połowę rywala, ofensywne szanse trwonił koncertowo – po podaniach, za które w klasowej drużynie zawodnik na długo wędruje na ławkę rezerwowych.

Wydawało się, że wszystko jest stracone, kunktatorstwo znów nie popłaci. Jednak w ostatnich minutach denerwujący się przy linii bocznej Ivan Djurjević wyraźnie zachęcił swych piłkarzy do agresji, pressingu. Posłuchali go i ruszyli do przodu większą liczbą zawodników. Okazało się, jak dobrym piłkarzem jest Pedro Tiba. Makuszewski świetnie dośrodkował, a Portugalczyk, który w tym meczu wcześniej nie błysnął, fantastycznie uderzył z powietrza, „pod ladę”. Bramka – stadiony świata. W ten sposób drugi raz z rzędu Kolejorz ratuje mecz w samej końcówce.

Wisła Płock – Lech Poznań 1:2 (0:1)

Bramki: Merebaszwili (77.) - Trałka (16.), Tiba (89.)
Żółte kartki: Stefańczyk - Radut, Burić

Wisła Płock: Thomas Dähne – Cezary Stefańczyk, Alan Uryga, Adam Dźwigała, Marcin Warcholak – Mateusz Szwoch, Damian Szymański, Semir Stilić (58. Giorgi Merebaszwili), Dominik Furman, Coló Oliveira (75. Jakub Łukowski) – Oskar Zawada (46. Ricardinho)

Lech Poznań: Jasmin Burić - Rafał Janicki, Thomas Rogne, Nikola Vujadinović - Maciej Makuszewski, Łukasz Trałka, Mihai Radut (68. Maciej Gajos), Pedro Tiba, Piotr Tomasik (66. Wołodymyr Kostewycz) - Darko Jevtić (78. Tomasz Cywka), Christian Gytkjaer.