Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Karol Klimczak: Robimy swoje

włącz .

Z okazji Dnia Dziecka przed Inea Stadionem odbył się sportowy piknik. Zjawiły się tłumy dzieci i dorosłych, a niektóre atrakcje cieszyły się takim powodzeniem, że tworzyły się długie kolejki. Po drugiej stronie stadionu toczył się piłkarski turniej drużyn dziecięcych obserwowany m.in. przez prezesa Lecha Karola Klimczaka. Była okazja spytać go o sytuację klubu po zakończonym blamażem sezonie.

 

O pikniku

Zorganizowaliśmy go, by promować zdrowy tryb życia i piłkę nożną wśród najmłodszych. Lepiej, by spędzały jak najwięcej czasu na świeżym powietrzu, a nie przed telewizorem i komputerami. Traktujemy to jako naszą misję. Jesteśmy najpopularniejszym klubem w Wielkopolsce, takie działanie jest zgodne z naszą strategią. Chcemy, by dzieciaki ruszały się, kopały piłkę. Tylko tyle. I aż tyle.

 

O zarządzaniu kryzysem. Znów

Klub jest na tyle stabilny, że boli nas tylko jedna rzecz: brak mistrzostwa Polski. Poza tym nic złego się nie dzieje. Od tylu lat budujemy klub, że taka sytuacja nie może spowodować zachwiania, pojawienia się rysy. Wszyscy są wkurzeni. Czekam tylko, aż zaczną się Mistrzostwa Świata i wszyscy zajmą się inną piłką niż nasza Lechowa. Robimy dalej swoje. Dzisiejsza akcja i turniej zorganizowany przy udziale Szkolnego Związku Sportowego i samorządu wojewódzkiego oraz mediów pokazuje, że robimy to wszystko, co mamy zaplanowane. Takie turnieje będą się odbywały co rok. Chcielibyśmy, aby były organizowane w całej Polsce.

 

O odwołaniu się od kar za mecz z Legią

Procedury odwoławcze jeszcze nie zostały uruchomione. Podjęte decyzje dopiero nabierają mocy prawnej. W najbliższych dniach będziemy decydować, jaką strategię przyjmiemy. Prawdę mówiąc, wiem już, co zrobimy, ale czekamy na uprawomocnienie się kar. Nic więcej w tej chwili zdradzić nie mogę. W poniedziałek widzę się z panem wojewodą. Jemu pierwszemu przekażę decyzję w sprawie trybu naszego postępowania.

 

O wpływie kar na sytuację finansową klubu

Bezpośrednio finansowymi „słupkami” się nie zajmuję, to rola dyrektora finansowego. Sytuacja jest taka, jak z budżetem domowym. Jeżeli ktoś odbierze nam jedną wypłatę, nas to boli. Jesteśmy jednak odpowiednio przygotowani, by sobie z tym poradzić, choć lepiej mieć te pieniądze niż ich nie mieć. Klub się od tego nie przewróci, nie będzie tak, że Piotr Rutkowski i Karol Klimczak powiedzą: wychodzimy. Damy sobie radę. Takie akcje skierowane przeciwko nam są kontrproduktywne. Jeśli ktoś postępuje na zasadzie: im gorzej dla klubu, tym lepiej, to znaczy, że nie zależy mu na Lechu. Nie jest kibicem naszego klubu.

 

O wpływie kar na transfery

Pieniądze nie są decydujące w kwestii transferów. Owszem, są bardzo ważne, dlatego wiadomo, że nie możemy się tu spodziewać Messiego. Będziemy w dalszym ciągu uprawiać tę samą politykę, jaką uprawialiśmy. Jasne, że zrobimy ciekawe transfery zewnętrzne. Liczba i jakość sprowadzanych piłkarzy nie będzie ograniczana przez sytuację, w jakiej się znaleźliśmy. Na pewno jednak nie będzie tak: udowodnimy, że kochamy Lecha i zrobimy transfery. Jeżeli ktoś uważa, że miłość do Lecha mierzy się liczbą transferów, to jest głupi. Zimą, gdy mieliśmy siedem, czy osiem transferów, wszyscy piali z zachwytu. Ale nie ilość decyduje o tym, czy klub jest dobrze zarządzany, czy nie. Czy ktoś nam postawi pomniki za zrobienie piętnastu transferów? Takie myślenie świadczy tylko o głupocie mówiących i piszących.

 

O klubowej racji stanu, czyli o zarządzaniu sportem

Piotr Rutkowski podczas konferencji prasowej powiedział, że od jakiegoś czasu zastanawiamy się nad zarządzaniem sportem, zatrudnieniem dyrektora sportowego. Najłatwiej takie decyzje podejmuje się po sukcesie. To jest moja opinia jako prezesa klubu. Mamy sukces, mistrzostwo, a teraz chcemy więcej, musimy przygotować się do Ligi Mistrzów, więc zrobimy jeszcze lepsze transfery. Weźmy więc do naszej grupy jeszcze kogoś, kto nam w tym pomoże. Kiedy natomiast nam się nie udaje, to konieczna jest odpowiedzialność. Piotr miał tę odwagę, że powiedział: cholera, nie wyszło nam, sprowadźmy kogoś, kto nam pomoże. Nie jest tak, że już jutro kogoś znajdziemy, namówimy do przyjścia. Ala potwierdzam – pracujemy nad tym tematem.

 

O obawie przed „spaleniem” Ivana Djurdjevivcia

Proszę mi wierzyć, że Ivan bardziej palił się do tej pracy niż my. Nie dziwię się, też chciałbym być pierwszym trenerem Lecha (śmiech). Kiedy się siedzi w piłce, człowiekowi wydaje się, że lepiej by ustawił drużynę, inaczej grał skrzydłowymi, zastosował inną taktykę, inny pressing. Na pewno nie było tak, że ktoś wystawił Ivana i powiedział: musisz! Tak było, ale z Rafałem Ulatowskim i Tomkiem Rząsą. Powiedziałem: panowie, nie zastanawiajcie się, bierzcie byka za rogi, jesteśmy one team, pomóżcie nam w trudnym momencie. Było wiadomo, że Ivan zostanie kiedyś pierwszym trenerem. Sam miał tę świadomość. Wielokrotnie rozmawialiśmy z nim na ten temat. Nie trzeba go było zmuszać, on bardzo tego chciał. Szacunek za tę odwagę. Mam nadzieję, że mu się powiedzie. Jest człowiekiem charakternym.

 

O zmianie zarządzania drużyną

Ivana czekają charakterne i odważne decyzje. Nastąpi zmiana podejścia do zarządzania drużyną. W ostatnich latach rozpięliśmy nad nią parasol ochronny. Piłkarze wszystko mieli zapewnione, wszystko na czas, wszystko wygłaskane, wychuchane, wyprasowane. Być może to był błąd i lepszy byłby zimny chów. Z drugiej strony – tak samo jest w profesjonalnych europejskich klubach. Za zawodnika załatwia się lekarza, zakupy, wybiera mu się mieszkanie, zmienia opony w samochodzie. On przychodzi tylko na trening i na mecz. To jedyny jego obowiązek wobec klubu, oprócz czynności marketingowych. Mamy zespół ludzi opiekujących się piłkarzami. Być może trzeba trochę odejść od tego modelu. Od ogłaszania ciszy medialnej, by mogli się koncentrować tylko na ostatnich meczach, żeby grali i wygrywali. Podoba mi się zdanie Rafała Ulatowskiego: nie radzisz sobie z presją, nie możesz być dobrym piłkarzem. Ja muszę sobie z nią radzić. Piłkarze też powinni.