Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Wspaniały mecz Lecha. Zmiażdżył lidera!

włącz .

Tego nikt się nie spodziewał, szczególnie po 20 minutach meczu. Jagiellonia pokonywała kolejnych przeciwników, łatwo poradziła sobie w Warszawie z Legią. W Poznaniu czuła się pewnie, grała jak z nut ku radości sporej grupy swych kibiców. Wywiesili transparent: „Kolej na was” i z aplauzem przyjęli łatwy gol swej drużyny. To, co się wydarzyło potem, było szokiem. Dla wszystkich.

Przez pół godziny nie było wątpliwości, kto jest liderem i znajduje się na fali. Jagiellonia grała jak nikt inny w tej lidze. Swobodnie, z szybkością, mistrzowsko operowała piłką, demonstrowała szybkość i polot. Nie było niecelnych podań w jej wykonaniu. Było płynne przechodzenie do ataku, wymiana piłki na takim poziomie, że Lech nie bardzo wiedział, co się dzieje. Starał się nawiązać walkę, ale nie miał szans dłużej utrzymać posiadania. Podawał niecelnie, był przygaszony, popełniał błędy.

Najpoważniejszy przydarzył się Radutowi i Kostewyczowi. Frankowski odebrał piłkę i popędził z nią na bramkę Buricia. Po drugiej stronie boiska biegł Novikovas, który otrzymał podanie i bez trudu umieścił piłkę w pustej bramce. To była mistrzowska kontra podkreślająca przewagę Jagiellonii. Wydawało się, że mecz właśnie się skończył. Lech nie podniesie się, goście nastawią na kolejne kontry, a w ich wyprowadzaniu są ekspertem.

Lech nie rezygnował jednak. Z każdą minutą nabierał animuszu, atakował dużą liczbą piłkarzy. W polu karnym „Jagi” powstało ogromne zamieszanie. Jej obrońcy i bramkarz wybijali piłkę, aż z bliska wepchnął ją do siatki Situm. Liczna publiczność oszalała ze szczęścia, bo gospodarze wrócili właśnie do meczu. W tej akcji urazu doznał bramkarz Pawełek. Długo udzielana mu była pomoc, a dopiero kiedy zszedł z boiska zastąpiony przez Kelemena, nastąpiła weryfikacja wideo. Sędzia Tomasz Musiał ostatecznie gola nie uznał dopatrując się dotknięcia piłki ręką, a wszystko to zabrało 6 minut!

Lech nie rezygnował, kontynuował atak i dopiął swego. Dośrodkowanie Situma głową na gola zamienił Gytkjaer. Tym razem VAR nie znalazł zastosowania i mecz zaczął się od nowa. Trzeba jednak było czekać do drugiej połowy, by zaczęła się nawałnica w wykonaniu Lecha. Ruszył mocno do przodu i Jagiellonię dosłownie stłamsił. Nie istniała po przerwie, a Lech tworzył jedną bramkową okazję po drugiej. Nacierał skrzydłami, gdzie brylował Situm rozgrywający najlepsze spotkanie w barwach Lecha. Długie podania umiejętnie przejmował i rozdzielał najlepszy na boisku Gytkjaer. Na takiego Lecha patrzyło się z dumą i podziwem.

Na prowadzenie Kolejorza wyprowadził Dilaver. Po rzucie rożnym długo składał się do strzału głową, piłkę uderzył już prawie leżąc na murawie. To nie był koniec. Na ostatni kwadrans na boisko wszedł rekonwalescent Jevtić i już kilka minut później stanął przed szansą wykonania rzutu karnego za zagranie ręką. Zrobił to pewnie, Kelemen był bez szans. Jeszcze jedna zmiana, jeszcze jedno wejście smoka. Nowy zawodnik, Kamil Jóźwiak spokojnie przyjął piłkę, poprawił kolanem i oddał mierzony strzał, w samo okienko. Gdy mecz zbliżał się do końca, Lech miał kolejny rzut rożny. Lidera celnym strzałem dobił Trałka. Lech miał jeszcze okazje, bo parł do przodu, a goście nie znajdowali na to sposobu. Niby dążyli do zdobycia gola, a każda strata piłki prowokowała szybki atak Lecha.

W drugiej połowie Jagiellonia nie bardzo wiedziała, co się dzieje. Sprawiała wrażenie boksera, który prowadził na punkty, ale przyjął potężny cios. Lider został zniszczony fizycznie i psychicznie. Lech natomiast grał jak z nut. Gdyby spotkanie trwało dłużej, nie skończyłoby się na pięciu golach. Symptomy poprawy gry, widoczne w poprzednich meczach, ujawniły się w pełni. To był inny Kolejorz niż na początku roku. Pewny siebie, dominujący, rozgrywający szybkie akcje. Każdy ofensywny zawodnik zagrał na bardzo wysokim poziomie.