Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Kiedy nie przegrali sami z sobą, pokonał ich Marciniak

włącz .

Czas mija, ale wściekłość na Szymona Marciniaka nie. Okazał się głównym aktorem warszawskiego meczu. Powinien pozostawać w cieniu, nie przeszkadzać, rozwiewać wątpliwości, a właśnie zabawił się w pierwszego po Bogu i według własnego widzimisię wskazał zwycięzcę. Skorzystał z tego, że piłka przypadkowo trafiła Kostewycza w rękę. W pierwszej połowie nie wyrzucił z boiska Jędrzejczyka za uderzenie Situma, a Eduardo za brutalny faul.

Straconych w Warszawie niezasłużenie punktów może Lechowi zabraknąć. Nigdy jednak nie będzie można powiedzieć, że pan Marciniak pozbawił go mistrzostwa. Jeżeli je straci, to tylko dlatego, że od sierpnia nie stać go na wyjazdowe zwycięstwo. To prawda, że w Warszawie, zwłaszcza w drugiej połowie zaczął wreszcie walczyć, grać ambitnie i do przodu. Tylko kto mu bronił tego wcześniej? Gdyby nie odpuścił wielu spotkań, miałby teraz o wiele bogatszy dorobek. Poza tym arbiter nie ustaliłby wyniku meczu przy Łazienkowskiej, gdyby obrońcy Lecha nie zaspali na samym początku, a cała drużyna grała potem skuteczniej.

Piłkarze są rozżaleni. Trener Bjelica początkowo przyznał rację Marciniakowi, dopiero po obejrzeniu spornej sytuacji zmienił zdanie. Z pewnością złość czują także władze Lecha, ale muszą wiedzieć, że jeżeli drużyna jest słabsza niż by mogła, to na ich życzenie. Coraz częściej słyszymy wypowiedzi ludzi dobrze zorientowanych w temacie, związanych ze środowiskami managerskimi. Wyjawiają, jacy piłkarze mogli grać w Lechu, ale okazali się zbyt kosztowni, więc trafili na przykład do Jagiellonii. W Poznaniu nie wydaje się na piłkarzy ale na nich zarabia, a jeśli drużyna rok po roku jest zbyt słaba na zdobycie trofeum, to ubolewają tylko kibice. Nikt inny.

Do jesiennego spotkania przeciwko Legii Lech przystąpił po kompromitacji we Wrocławiu. Jednak rozbił warszawiaków 3:0, nie pozostawił im złudzeń. Potem wrócił do przeciętności. W tym roku na dobrym poziomie rozegrał tylko połowę meczu z Pogonią. W Warszawie zobaczyliśmy jednak innego Lecha. Co prawda dał się zaskoczyć w pierwszych minutach i trzeba było gonić wynik, ale na grę Kolejorza po przerwie można było patrzeć z dumą. Mankamentów było co nie miara, strata goniła stratę, jak w każdym spotkaniu. Było też jednak coś, czego wcześniej nie widzieliśmy: walka, zaangażowanie, parcie do przodu także wtedy, gdy dzięki błyskowi geniuszu Raduta wreszcie udało się Legię dogonić.

Wyjazdowe fatum nie zostało przerwane. Ważny mecz zakończył się porażką. Strata do rywali wzrosła, podziału punktów nie będzie. Kibice nie mają tym razem żalu ani do piłkarzy, ani do trenera. Można przegrać po sędziowskiej pomyłce, takie wydarzenia wpisane są w futbol. Jeżeli jednak rok po roku domowe mecze Legii z Lechem sędziuje ten sam arbiter i za każdym razem w końcówce podaje gospodarzom pomocną dłoń łamiąc lub naciągając przepisy, to mamy do czynienia z patologią. Pan Marciniak może sparafrazować słynnego szatniarza i powiedzieć: „No dobra, pomogłem Legii łamiąc i naciągając przepisy. I co mi zrobicie?”.

Sędzia poratował Legię, ale jeszcze jej nie wręczył mistrzowskiego tytułu. Łatwiej jej będzie niż innym drużynom, może liczyć na wsparcie takich panów, co w naszej lidze nie zmienia się od lat. Jednak jej gra nie budzi zaufania i bez sztucznego wspomagania będzie jej trudno osiągnąć sukces. Nie ma co się dziwić, że Jagiellonia tak łatwo zdominowała 10-osobową Legię. Lech też ją w drugiej połowie zdominował, mimo iż grała w pełnym składzie. Sprowadziła klasowych piłkarzy, którzy jeszcze nie bardzo wiedzą, jak grać. Tak słaba drużyna może jeszcze stracić wiele punktów.

A Lech? Czy potrafi jeszcze nawiązać walkę o mistrzostwo? Nikt rozsądny nie udzieli jednoznacznej odpowiedzi, bo nikt nie wie, jak do następnych spotkań drużyna podejdzie. To zagadka dla wszystkich, także dla trenera i chyba dla samych piłkarzy. Gdyby Kolejorz w każdym meczu, jaki go czeka grał tak, jak w ostatnich dziesięciu minutach meczu przeciwko Śląskowi i w drugiej połowie spotkania w Warszawie, wszystko byłoby jeszcze możliwe. W niedzielę podejmie Jagiellonię, która potrafi ograć każdego w naszej lidze, a z Lechem łatwo sobie w ostatnich latach radziła. Porażka pozbawiłaby Kolejorza realnych szans na końcowy sukces.

Sytuacja byłaby inna, gdyby trener miał większy wpływ na drużynę. Wystarczyłoby wygrać choćby kilka razy na wyjeździe, by liderować i uniezależnić się od wyczynów Marciniaka i jego równie usłużnych kolegów. Polska liga jest coraz ładniej opakowana, piłkarze grają na nowych stadionach, mecze są profesjonalnie pokazywane, ale ich poziom woła o pomstę do nieba, a karty rozdają sędziowie. Ktokolwiek by nie wygrał tej ligi, na długo w Europie nie zagości.

Józef Djaczenko