Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Niezbadane są wyroki Bjelicy

włącz .

Coraz trudniej przewidywać skład Lecha na najbliższe mecze. Chwaleni przez niego piłkarze nie mieszczą się na ławce rezerwowych, by po tygodniu znaleźć się w wyjściowym składzie. Zawodnicy, na których – jak zapewnia – stawia, ustępują miejsca debiutantom. Nie wiadomo, dlaczego młodzi, rozwojowi gracze nagle przestają otrzymywać szanse.

Zawodnikiem, za którego sprowadzenie z ligi szwedzkiej trzeba było wydać ponad 600 tysięcy euro, a który jesienią, określając to delikatnie, się nie spłacił, jest Nicklas Barkroth. Miał problemy z adaptacją w Poznaniu, grał mało, najczęściej wchodził na boisko w końcówkach spotkań. Za to zimą błysnął w sparingach i wydawało się, że wreszcie pokaże, na co go stać. Sam piłkarz twierdził, że najgorsze za nim, teraz może już pokazać pełnię możliwości. A jednak w Gdyni kompletnie zawiódł, nie tylko zresztą on, tylko bramkarz Burić zagrał na dobrym poziomie.

Podczas konferencji prasowej Nenad Bjelica nie narzekał na Szweda. Usprawiedliwiał nawet jego słabszą postawę kiepskim, utrudniającym szybką grę boiskiem, a także defensywną taktyką Arki. Twierdził, że Barkroth źle się czuje, gdy przeciwnik nie pozostawia przestrzeni, nie pozwala się rozpędzić. W meczu z Pogonią miało być inaczej, po gościach należało się spodziewać gry otwartej. Potwierdziło się to, ale Szweda nie było nawet na ławce. – Nie wiem, dlaczego tak się stało, to decyzja trenera – mówi skrzydłowy i dodaje, że futbol jest nieprzewidywalny, można się spodziewać wszystkiego, więc nie czuje się zdziwiony.

Andrzej Dawidziuk, trener bramkarzy w Lechu sugeruje, że postawa Barkrotha w Gdyni mogła Bjelicę rozczarować. Liczył, że tacy właśnie piłkarze dobrą grą na skrzydłach rozerwą obronę gospodarzy, pociągną drużynę do zwycięstwa. Nic takiego nie nastąpiło, co nie oznacza definitywnego skreślenia Szweda. Nic nie jest dane na zawsze. Jesienią wydawało się, że problemy, jako dotknęły Radosława Majewskiego spowodują przedwczesne odejście tego gracza z Lecha. Po zimowych przygotowaniach Bjelica stwierdził jednak, że to teraz zupełnie inny zawodnik, świadomy tego, co musi robić, skoncentrowany na pracy. A jednak w Gdyni nie zagrał ani chwili. Natomiast w kolejnym spotkaniu pojawił się w składzie wyjściowym.

Swoim występem zachwycony jednak nie był. – To jeden z moich słabszych meczów. Pozytywem jest tylko to, że trener docenia moją postawę. Przez cały obóz pracowałem, by się pojawić w jedenastce i szansę otrzymałem. Jesienią bywałem nawet poza meczową osiemnastką, a to traktowałem jako sygnał, że coś jest nie tak. Gdybym teraz nie wziął się za siebie, to chyba już by mnie w tej drużynie nie było. W niedzielę otrzymałem sygnał, że poszedłem w dobrym kierunku – cieszy się pomocnik Kolejorza.

Przyznaje, że jesienią rozważał pożegnanie się z Poznaniem. Brak w składzie na kilka meczów przyjął jako znak, że musi szukać szczęścia gdzieś indziej. Trener jednak zgodził się na rozmowę z pomocnikiem. – Dał mi wytyczne i powiedział, że albo się zmieniam, albo do widzenia. Potraktowałem to jako kolejną naukę. Przekonałem się, że umiem się zmienić. Jestem bogatszy o następne doświadczenia. Potrafię się przystosować i w ciągu tygodnia przebyć drogę z trybun do pierwszego składu. Albo odwrotnie – uśmiecha się „Maja”.

Jednak w meczu z Pogonią nie błysnął. Trudno mu było znaleźć wspólny język z partnerami, znów nie strzelił gola. Ostatni raz zdarzyło mu się to w Niecieczy, akurat wtedy, gdy Lech ostatni raz wygrał na wyjeździe. Nie będzie zdziwiony, jeżeli w Kielcach znów nie pojawi się w wyjściowym składzie. – Nic mnie nie zaskoczy. Zdaję sobie sprawę, że wszystko zależy ode mnie. Pracuję nad sobą, jestem dumny z odzyskania zaufania trenera. Korzystam z pomocy trenera mentalnego. Rodzinne sprawy są poukładane, te sprawy nie będą rzutowały na moją grę – zapewnia Radosław Majewski.

W niedzielę zadebiutował kolejny wychowanek Lecha – Tymoteusz Klupś. Zagrał kilka minut, ale potraktował to jako przełom w swym rozwoju. Jesienią, gdy Kamil Jóźwiak przedłużył wreszcie kontrakt z klubem wydawało się, że teraz młody skrzydłowy będzie często pokazywał się w składzie. Nie grał źle w zimowych sparingach, zdobywał bramki, ale kiedy zaczęła się liga, trener stracił nim zainteresowanie. W Gdyni nie podniósł się z ławki. W meczu z Pogonią trener do końca trzymał na boisku Situma, który zagrał 20 minut, potem tylko statystował. Aż się prosiło, by wymienić to ogniowo, ożywić grę na skrzydle.