Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Kibice Lecha są sami. Tylko im zależy?

włącz .

Rozczarowanie jest wielkie. Od sobotniego wieczoru kibice żądają rozliczeń i grożą, że ich noga nieprędko przy Bułgarskiej postanie. Rano zły nastrój zwykle ustępuje, złość przechodzi. Nie tym razem. Wielu fanów Kolejorza skarży się na bezsenność spowodowaną wściekłością i zawodem. Można przegrać mecz, porażki wpisane są w sport. W przypadku Lecha, po tylu fatalnych spotkaniach, nie chodzi już o pospolitą stratę punktów. Postawa tej drużyny wymyka się racjonalnym ocenom.

To był piąty z rzędu mecz bez zwycięstwa. O ile jednak w Białymstoku, Gdańsku, w Poznaniu przeciwko Wiśle, w Zabrzu można było dostrzec pozytywy w grze Lecha, narzekać na brak skuteczności i szczęścia w sytuacjach podbramkowych, to tym razem nic usprawiedliwia fatalnej postawy. Przeciwnikiem był zespół składający się z facetów grających topornie, stosujących taktykę polegającą na zaprowadzeniu jak największego chaosu, wybijaniu piłki na aut, faulowaniu. Lech nie potrafił sobie z czymś takim poradzić. Nie zagroził bramce Sandecji właściwie ani razu. Mógł nawet przegrać.

Fatalna postawa Lecha po przerwie reprezentacyjnej to już prawidłowość. Trawa rośnie, słońce wschodzi i zachodzi, rzeki płyną w stronę morza, a Lech po dwóch tygodniach przerwy w rozgrywkach nie potrafi się pozbierać. Próbowali to zmienić poprzedni trenerzy, także Bjelica okazał się bezradny. Przyczyną nie jest brak na treningach kilku piłkarzy. Gytkjaer i Majewski zostali w Poznaniu. Mogli pracować pod okiem szkoleniowców nad powrotem do normalności. W sobotę wyszli na boisko i zachowywali się tak, jakby mieli za sobą kilkutygodniowy rozbrat z futbolem, a z kolegami zetknęli się dopiero teraz.

Jeśli zresztą chodzi o duńskiego napastnika, to trzeba go określić jako ogromne rozczarowanie. Ktoś go obserwował, podobno długo, szczegółowo analizował jego grę. Jak można było nie zauważyć problemów z techniką na poziomie elementarnym? Po co Lechowi napastnik nie potrafiący opanować piłki, przyjąć jej tak, by można było oddać strzał? Gdyby w sobotę znalazł się w przeciwnej drużynie, nie wyróżniałby się na jej tle. To mniej więcej podobna klasa. W większości ligowych klubów możemy znaleźć napastników grających na wyższym, lub choćby zbliżonym poziomie, ale zarabiających kilkakrotnie mniej.

Nad Lechem wisi fatum. Gdy wszystko wydaje się zmierzać w dobrą stronę, pojawiają się niespodziewane problemy. Seria pięknych zwycięstw po przyjściu Nenada Bjelicy zwiastowała erę sukcesów. Nagle trener stracił kontrolę nad drużyną. Latem, pierwszy raz w historii, udało się sprowadzić liczną grupę piłkarzy z dużym – wydawałoby się – potencjałem. Okazało się, że nie są lepsi od tych, co już tu są, a słabsi od tych, co właśnie odeszli. Ktoś, kto podejmuje transferowe decyzje, mógł wybrać dużo lepiej. Błędy trzeba naprawiać, ale nikt nie wierzy w pożegnanie tych, co najbardziej zawodzą.

Lech miał grać w europejskich pucharach o sławę i pieniądze. Wrócić na Stadion Narodowy, by zrewanżować się za niezasłużoną porażkę w finale. Skutecznie walczyć o mistrzostwo. Dziś już wiemy, że żaden z tych planów zrealizowany nie będzie. Tej drużyny na to nie stać. Nie została zbudowana fachowo, jest słabsza od ubiegłorocznej w defensywie i w ofensywie. Udzielanie wywiadów, w których obliguje się zespół do walki o najwyższe cele nie brzmi poważnie. Najpierw trzeba zadbać o solidny skład, mieć piłkarzy lepszych od tych, co grają w klubach o mniejszym potencjale ekonomicznym.

Lecha nie wspierają przypadkowi, niedzielni kibice, którzy łatwo przełkną dowolną klęskę. Ciągle wierzą, że przyjdą triumfy na miarę potencjału tego klubu i ich wielopokoleniowego przywiązania. To jednak ludzie nieszczęśliwi. Ich miłość do Kolejorza jest beznadziejna, nie zostanie spełniona. Mają ogromnego pecha. W wielu klubach problemem uniemożliwiającym rozwój jest brak solidnego właściciela, sponsorów. W Poznaniu właściciel jest, ale ma on inne priorytety niż prowadzenie klubu do sukcesów. Najbardziej mu zleży na zachowaniu obecnego systemu zarządzania. To jego prawo, szkoda tylko, że nie liczy się z potrzebami tych, dzięki którym Kolejorz istnieje.

Józef Djaczenko