Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Jeszcze jeden blamaż Lecha. Nie dał rady Sandecji

włącz .

Kolejny mecz na skandalicznie niskim poziomie, szczególnie w ofensywie. Lech był zbyt słaby, by pokonać Sandecję Nowy Sącz. Grał bez składu i ładu, oddał tylko jeden celny, ale zupełnie niegroźny strzał. A do końca roku miały być same zwycięstwa. Trener znalazł odpowiedź na pytanie, którym piłkarzom nie zależy na grze w Poznaniu. Prawie wszystkim, a najbardziej Gytkjaerowi i Majewskiemu. Pogróżki zarządu klubu pod adresem zawodników niczego nie zmieniają.

Niczym nikogo nie zaskoczył trener Lecha ustalając skład na ten mecz. Zagrali ci sami piłkarze, którzy dwa tygodnie wcześniej przegrali w Zabrzu z innym beniaminkiem. Wyjątkiem był Lasse Nielsen. Duńczyk zastąpił zmagającego się z bólem mięśnia Janickiego. Także przebieg pierwszej części meczu nie był niespodzianką. Przez pierwszy kwadrans Lech nie dał Sandecji powąchać piłki. Miał absolutną przewagę. Gospodarze ratowali się wybijaniem do przodu lub – częściej – poza boisko. Bramkarz Michał Gliwa zupełnie bezkarnie używał rąk poza polem karnym. Sędzia nie zareagował.

Z tej miażdżącej przewagi nic nie wynikało. Nie było strzałów, brakowało sensownego rozegrania, nic nie dawały też seryjnie bite rzuty rożne. Kompletnie bezproduktywny był Gytkjaer. Nie dochodził do piłek, nie potrafił sensownie podać wychodzącym na dobre pozycje kolegom. Wracały więc demony Lecha, czyli żałosna nieskuteczność. Co gorsze, niewiele brakowało gospodarzom do wyjścia na prowadzenie już po pierwszej akcji ofensywnej. Kibice domagali się nawet uznania bramki, piłka jednak linii nie przekroczyła.

Czas uciekał, przewaga Lecha nie malała, wynik nie zmieniał się. Nie było lepszego pomysłu na grę niż bezproduktywne podania na własnej połowie, sporadyczne wypuszczanie w bój skrzydłowych. Pomocnicy nie stronili od wycofywania piłki spod pola karnego rywala do bramkarza. Nie brakowało niecelnych, nonszalanckich podań i nieudanych dryblingów. Piłkarze Sandecji popełniali faule, na które sędzia Jakubik nie reagował.

Mecz stał na katastrofalnie niskim poziomie, bo gospodarze stosowali antyfutbol, ograniczali się do przeszkadzania, a Lech grał tak, jakby zwycięstwo przyznawano za samo posiadanie piłki. Nie było żadnej próby uderzenia z dystansu. Co więcej – w pierwszej połowie Lech ani razu nie trafił w światło bramki! Jeszcze w ostatnich sekundach pierwszej połowy Gytkjaer mógł zdobyć gola, ale próbując opanować piłkę zagrał na poziomie B-klasy. Dopadł do niej jeszcze Majewski, ale i on nie potrafił dobrze uderzyć.

Druga połowa nie przyniosła zmiany obrazy gry. Sandecja, dużo słabsza piłkarsko, starała się przyjmować Lecha na własnej połowie, zwalniać grę. Widząc ofensywną słabość przeciwnika zawodnicy z Nowego Sącza zdawali sobie sprawę, że o ich zwycięstwie może przesądzić jeden skutecznie wyprowadzony szybki atak, lub dobry stały fragment gry. Mecz zaostrzył się, mnożyły się faule i złośliwości, za co winę ponosił sędzia-nieudacznik. Lech stopniowo tracił piłkarskie atuty. Grał coraz gorzej, nerwowo. Poziomem i chaotycznym stylem coraz bardziej dostosowywał się do gospodarzy. Po co sprowadzać i dobrze opłacać piłkarzy, którzy nie potrafią dowieść swej wyższości nad ligowym debiutantem? Nieudolność w zarządzaniu drużyną staje się porażająca. Nie tylko zawodników trzeba winić za słabiutką postawę. Głównie tych, co obracając milionami nie potrafią stworzyć wygrywającej drużyny.

Dopiero 20 minut przed końcem meczu trener Bjelica dokonał pierwszej zmiany. Zdjął z boiska słabego, nie znajdującego wspólnego języka z kolegami, a zwłaszcza z Jevticiem Majewskiego. Wszedł za niego Barkroth, Darko mógł wreszcie grać w środku boiska. Niewiele to Lechowi pomogło, zresztą Jevtić niebawem ustąpił miejsca Rakelsowi. Trener skarżył się ostatnio, że drużyna nie dołożyła pięciu procent do swej gry, przez co nie potrafiła zdobyć zwycięskiej bramki. Teraz też niczego nie dokładała. Wprost przeciwnie – ujmowała. Nie stać jej było na przyspieszenie, na determinację w ostatnich minutach. Nie ma już nadziei, że cokolwiek się zmieni. Nie dość, że zawodnicy są słabi, to trener nie potrafi z nich wykrzesać woli zwyciężania. To się nie może dobrze skończyć.

Sandecja Nowy Sącz – Lech Poznań 0:0.

Żółte kartki: Trochim, Brzyski, Kolev, Piszczek - Nielsen

Sandecja: Michał Gliwca - Adrian Basta, Dawid Szufryn, Plamen Krachunov, Tomasz Brzyski - Filip Piszczek, Bartłomiej Kasprzak, Mateusz Cetnarski (41. Michał Gałecki), Wojciech Trochim (86. Adrian Danek), Maciej Małkowski (61. Bartłomiej Dudzic) - Aleksandar Kolev

Lech: Matus Putnocky - Robert Gumny, Lasse Nielsen, Emir Dilaver, Wołodymyr Kostewycz - Łukasz Trałka, Maciej Gajos (75. Mihai Radut), Radosław Majewski (71. Nicklas Barkroth) - Maciej Makuszewski, Christian Gytkjaer, Darko Jevtić (80. Denis Rakels).