Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Z Lechem jest coraz gorzej. Bez szans w meczu ze Śląskiem

włącz .

Tylko przez pięć minut Lecha było stać na grę godną lidera tabeli. Potem do głosu doszedł Śląsk i nie dał Kolejorzowi szans, górował nad nim w każdym piłkarskim elemencie. Wygrał 2:0. Drużyna aspirująca do tytułu potrafiła oddać zaledwie jeden celny strzał. Grała mniej bojaźliwie niż ostatnio, ale ciągle jednym tempem, bez energii, bez jakości. Przegrywając dwoma golami nie potrafiła się zmusić do składniejszych ataków.         

Na ofensywny skład postawił tym razem trener Lecha. Zrezygnował z usług Vernona De Marco, środkowego obrońcy zastępującego kontuzjowanego bocznego. Na lewej stronie defensywy pojawił się skrzydłowy Mario Situm, a przed nim grał Darko Jevtić, tym razem posłany na boisko od początku spotkania. Nenad Bjelica wybrał graczy nie tylko ofensywnych, ale i doświadczonych. Na prawej obronie zagrał nie Robert Gumny, lecz Emir Dilaver.

Początek meczu miał inny przebieg niż można się było spodziewać. Śląsk nie zaatakował, nie próbował zamykać gości na ich połowie. Nie miał na to szans, bo od pierwszego gwizdka inicjatywa należała do Lecha. To on przez pierwsze minuty nie wypuszczał rywala spod jego pola karnego. Miał okazje bramkowe, potrafił stworzyć zamieszanie w polu karnym, wykonywał rzuty rożne, brakowało tylko strzałów. Nie tylko celnych, ale jakichkolwiek. Dopiero po pięciu minutach gospodarze otrząsnęli się, próbowali szczęścia mało groźnymi strzałami z dystansu.

Ofensywni zawodnicy Lecha grali inaczej niż w poprzednich spotkaniach. Byli aktywni, stosowali pressing, zmuszali przeciwnika do długich podań albo do wycofywania piłki do bramkarza. Pokazali kilka ładnych akcji, które jednak nie przynosiły powodzenia, gdy piłkę raz po raz tracił Majewski. Rozgrywający Lecha długo nie mógł wejść w mecz, marnował wysiłek kolegów. Niezbyt dobrze grał też Jevtić, po którym było widać brak pewności siebie. To skutki długiego rozbratu z boiskiem.

Kiedy wydawało się, że Lech panuje nad sytuacją i to zdyskontuje, Śląsk przejął inicjatywę. Wystarczył mu atak z udziałem kilku zawodników, by obrona Lecha została rozklepana. Nie dopisało szczęście, bo piłka odbijała się od zawodników Kolejorza, a na koniec trafiła w stojącego tyłem do akcji Dilavera i Słowak Pich nie miał problemów z pokonaniem swego rodaka. Wtedy jeszcze nie było to zasłużone prowadzenie, ale Śląsk słynie ze skutecznej gry na własnym stadionie, od dawna we Wrocławiu nie przegrywa. Po tym ciosie Lech już się nie podniósł. Nie przystąpił do ataku, jakby pogodził się z porażką. Śląsk natomiast nabrał wiatru w żagle i miał kolejne okazje bramkowe. Niewiele do szczęścia brakowało Robakowi.

Lech grał trochę odważniej niż ostatnio, ale równie nieskładnie. Jego akcje rwały się po prostych stratach, piłka rzadko docierała w pole karne. Im dłużej trwała pierwsza połowa, tym mniej mu wychodziło. Mecz zrobił się nerwowy, mnożyły się kartki, głównie dla miejscowych, w drugiej połowie dla sfrustrowanych piłkarzy z Poznania. Bjelica, widząc faulującego Robaka, nie potrafił utrzymać nerwów na wodzy. Sędzia upominał go, a pod koniec pierwszej połowy, gdy niczego to nie zmieniało, odesłał na trybuny. Trener wiedział, że w meczu z Legią może zespołu nie poprowadzić, ale nie odpuszczał, jakby kierowała nim premedytacja. Połowa została przedłużona o 60 sekund. Pod koniec drugiej minuty faul w polu karnym popełnił Situm, a strzałem z 11 metrów szans Putnocky’emu nie dał Robak.

Śląsk nie pokazał niczego nadzwyczajnego, po prostu grał składnie i spokojnie, mecz rozstrzygnął przed przerwą. Nie było sztuką górować nad nieskoordynowanym, ewidentnie nieprzygotowanym do sezonu Lechem. Drużyna, która do przerwy przegrywa dwoma golami, zwykle rzuca się do ataku, by ratować mecz. Nie Lech. W jego grze nie było żadnej zmiany, jeśli nie liczyć zastąpienia bezproduktywnego Gytkjaera nieskoordynowanym Nielsenem. Widząc, że przeciwnik nie jest groźny, Śląsk grał spokojnie, nie forsował tempa, czekał na okazję do kontry. Zmiana obrońcy Nielsena na skrzydłowego Barkrotha niczego nie zmieniła. Żal było patrzeć na taką bezradność.

Momentami słabość czołowych piłkarzy Lecha była przerażająca. Majewskiemu, Makuszewskiemu, Jevticowi nie przystają tak proste straty, błędy na poziomie trzeciej ligi. To nie była wyjątkowa sytuacja, chwila słabości. Ta drużyna tak gra od początku sezonu. Dotychczasowi rywale byli równie słabi, ale wystarczyło trafić na zespół będący w niezłej formie, by ujawnił się brak jakości w poczynaniach Kolejorza, a przede wszystkim brak woli odmienienia losów meczu. Jak zwykle najgorzej było w ofensywie. Nie oddawał strzałów. Napastnicy nie grali w ogóle, mimo iż na zmianę przebywali na boisku. Pomocnicy nie potrafili wymienić kilku celnych podań.

Do końca meczu Lechowi gra jako tako układała się w środku boiska, bo wycofany na swoją połowę Śląsk na to pozwalał. Nie udawało się natomiast przedostawać pod bramkę, a o oddawania strzałów nawet nie było mowy. Kiedy Nielsen kilka minut przed końcem spróbował, jego „wyczyn” wywołał salwę śmiechu na trybunach. Tak zaczęła się seria spotkań przeciwko lepszym zespołom. Strach pomyśleć, co wydarzy się w następnych tygodniach.

Śląsk Wrocław – Lech Poznań 2:0

Bramki: Pich (25), Robak (45+3, karny)

Kartki: Robak, Riera, Chrapek, Kosecki - Situm, Dilaver, Makuszewski

Śląsk: Jakub Wrąbel - Mariusz Pawelec, Piotr Celeban, Igors Tarasovs, Djordje Cotra - Jakub Kosecki, Michał Chrapek (79. Dragoljub Srnić), Sito Riera, Robert Pich - Arkadiusz Piech (69. Kamil Vacek), Marcin Robak (88. Łukasz Madej).

Lech: Matus Putnocky - Emir Dilaver, Lasse Nielsen (60. Nicklas Barkroth), Rafał Janicki, Mario Situm - Abdul Aziz Tetteh, Łukasz Trałka, Radosław Majewski - Maciej Makuszewski, Christian Gytkjaer (46. Nicki Bille), Darko Jevtić (77. Mihai Radut).